Reklama

Z pamiętnika „Bitka” - 19

Tygodnik Echo Powiatu
14/08/2007 12:46
Kontynuujemy publikację wspomnień Wojciecha Pioruna (1900 - 1983) - dowódcy II plutonu VI kompanii IV batalionu AK obwodu „Skowronek”.

Pamiętnik mojego pradziadka obejmuje lata 1900-45. Jednak skupia się on w nim głównie na swojej działalności w AK i pobycie w obozach: Oświęcimiu, Mauthausen i Linz. Wspomnienia te wraz z nim spisała jego córka Czesława Maria Bugaj, i to właśnie dzięki jej uprzejmości możemy je publikować.

Część dwudziesta druga

Dojechaliśmy do morawskiej Ostrawy. Tam pociąg zjechał na bocznicę i odczepiono od niego lokomotywę. Była ciemna noc, a my od dworca oddaleni byliśmy o dobre 500 m. Poszliśmy z Józefem Nowakiem do zawiadowcy stacji, dowiedzieć się, jak długo będziemy czekać. Powiedziano nam, że nie wiadomo - może tydzień, może dwa. Były tylko dwie lokomotywy na chodzie - jedna pojechała do Pragi, a ta nasza odjechała skąd przyjechała. Gdy wróciliśmy do wagonów, dwóch pijanych żołnierzy wszczęło awanturę. Kłócili się o dwie kobiety. Ja, rozumiejąc po rosyjsku, poleciłem mężczyźnie siedzącemu najbliżej, aby wyprowadził te kobiety. Efektem tej kłótni była śmiertelnie postrzelona kobieta, która wracała z wodą dla swoich dzieci. Powiadomiliśmy zawiadowcę i posterunek, aby przysłali pogotowie.
Po tym incydencie zabezpieczyliśmy wejście drutem kolczastym. Na drugi dzień, po śniadaniu przywiezionym przez Czerwony Krzyż, wezwano nas jako świadków nocnego zajścia. Wskazaliśmy tam dwóch żołnierzy, którzy zostali zabrani do aresztu. Gdy powróciliśmy do pociągu, czekała nas miła niespodzianka. Z pobliskich wsi przyszły kobiety, przynosząc nam masę jedzenia. Niektóre wypytywały nas o swoich mężów. Tu upłynęło nam kilka dni. 3 lipca poszliśmy do miasta. Mieliśmy parę koron, postanowiliśmy wstąpić do baru. Kelner zamiast naszych pieniędzy wolał nasze amerykańskie papierosy. Wyjaśnił, że mięso jest tu tylko na kartki. Gdy zobaczył, ile mamy papierosów, zaprowadził nas do luksusowo urządzonego pomieszczenia i dał nam syty obiad i wódkę. My ucztujący w takim miejscu, w naszych pasiakach, wyglądaliśmy dziwnie. Kelner przyglądał się, jak łapczywie i szybko jedliśmy. Opowiadaliśmy mu wszystko, co musieliśmy przeżyć w obozach. Miał łzy w oczach. Przyniósł nam jeszcze kanapki z wędliną. Daliśmy mu osiem paczek papierosów. Był bardzo zadowolony. Powiedział nam, jak ciężko tutaj o papierosy. Pomyśleliśmy, że może zbierzemy wszystkie nasze paczki i pójdziemy z nimi do zawiadowcy i uda nam się w ten sposób załatwić szybszy odjazd do kraju. Jeszcze tego samego dnia o osiemnastej wyruszyliśmy do Polski.
Przyjechaliśmy już bez przygód do Dziedzic i tu na polskiej ziemi spotkała nas kolejna przykra niespodzianka. Gdy pociąg stanął, do wagonów wtargnęły bandy zdemobilizowanych żołnierzy i zaczęły rabować nasze nędzne rzeczy i paczki UNRA. Spotkało to nas - biednych więźniów, powracających do ukochanej ojczyzny. Jeden z kolejarzy poradził nam, abyśmy poszli na posterunek wojska polskiego, co też prędko uczyniliśmy. W pościg za rabusiami rzucił się cały oddział. Większość paczek udało się odzyskać. Kazano nam opuścić pociąg i zgłosić się do Czerwonego Krzyża. Tam zdałem listę i bilet ogólny. Zrobiono wszystkim zdjęcia do tymczasowego dowodu osobistego. Zostaliśmy zaprowiantowani. Mieliśmy spędzić tu parę dni.
Kwaterę znalazłem przy dworcu, u starszej pani. Na rynku zobaczyliśmy, że miasto jest bardzo dobrze zaopatrzone w żywność - to nas podniosło na duchu. Jeden sprzedawca, gdy dowiedział się, że jesteśmy byłymi więźniami, odkroił nam za darmo kawał mięsa i życzył smacznego. Zjedliśmy z apetytem pierwszy obiad na polskiej ziemi. Następnego dnia robili nam zdjęcia. Trwało to wszystko bardzo długo. Każdy dostał nowy dowód i bilet. Mój pociąg do Warszawy odchodził dopiero o 5.00, co oznaczało jeszcze jedną noc na kwaterze. Pożegnałem się z kolegami i personelem Czerwonego Krzyża i wraz z Olejniczakiem poszliśmy na kwaterę. Wstaliśmy rano, pożegnaliśmy się z życzliwymi gospodarzami i pobiegliśmy na dworzec. Pociąg nadjechał punktualnie. Wszyscy stłoczyliśmy się przy wejściu, ale niepotrzebnie, bo miejsc siedzących było dużo.
Pociąg zaraz ruszył. Byłem tak wzruszony, że nie zwracałem nawet uwagi na mijane okolice. Myślami byłem przy rodzinie. Już od roku nie miałem z domu żadnej wiadomości, cały czas myślałem, czy wszyscy są zdrowi. Im bliżej byliśmy domu, tym byłem bardziej niespokojny. Opuszczając dom w tak straszliwych okolicznościach, nie myślałem, że będzie mi jeszcze dane do niego powrócić. Teraz wracałem po dwóch latach i 4 miesiącach gehenny. Myślałem o dzieciach, o tym jak musiały wyrosnąć, i czy je poznam. Z myśli tych wyrwał mnie Olejniczak, który już wysiadał i żegnał się ze mną. Odtąd pilnie uważałem na wszystkie mijane stacje. W końcu zdecydowałem się wysiąść w Żyrardowie. Miałem tam kolegów. Okazało się jednak, że jeden wyjechał na Ziemie Odzyskane, a drugiemu Niemcy wymordowali całą rodzinę. Postanowiłem jechać do Sochaczewa dorożką. Dorożkarz zażądał 200 zł, nie wiedziałem czy to dużo, czy mało, zresztą nie miałem przy sobie ani grosza. Postanowiłem iść pieszo. W Wiskitkach spotkałem Rotchimla, brata Romana Rotchimla z Sochaczewa, który wciągnął mnie do organizacji. Zabrał mnie do siebie, abym trochę odpoczął. Umyłem się u niego i zjadłem obiad. Powiedział, że wczoraj u brata widział moją żonę i że w domu jest wszystko w porządku. Powiedział, że żona cały czas oczekuje mojego powrotu - gdy to usłyszałem kamień spadł mi z serca. Rotchiml wziął swój wóz i razem wyruszyliśmy w drogę. Droga dłużyła się, bo koń był okulały. Dojechaliśmy do Aleksandrowa, gdzie mój znajomy rzeźnik Heniek Soplewski dowiózł mnie już do samego miasta.
Przed domem czekała już cała rodzina, uprzedzona przez znajomego, którego wcześniej spotkałem na drodze. Soplewski pozostawił mnie w gronie uszczęśliwionej rodziny i odjechał. Powitaniom nie było końca. Tego dnia Julia przygotowała wędlinę, która była jedynym utrzymaniem rodziny. Dzieci, jak się dowiedziałem, nie przerwały nauki, wszystkie kontynuowały ją na tajnych kompletach. Byłem dumny, że mam tak dzielną i pracowitą żonę, która mając na utrzymaniu szóstkę dzieci, nadal pracowała czynnie w organizacji, nie zrażona moim aresztowaniem .


opracowanie Łukasz Majewski
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo e-Sochaczew.pl




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości