Reklama

Z pamiętnika „Bitka” - 18

Tygodnik Echo Powiatu
14/08/2007 12:31
Kontynuujemy publikację wspomnień Wojciecha Pioruna (1900 - 1983) - dowódcy II plutonu VI kompanii IV batalionu AK obwodu „Skowronek”.

Pamiętnik mojego pradziadka obejmuje lata 1900-45. Jednak skupia się on w nim głównie na swojej działalności w AK i pobycie w obozach: Oświęcimiu, Mauthausen i Linz. Wspomnienia te wraz z nim spisała jego córka Czesława Maria Bugaj, i to właśnie dzięki jej uprzejmości możemy je publikować.

Część dwudziesta pierwsza

Pewnego dnia przyszedł do mnie Jan Kacperczak i powiedział, że w majątku w którym pracował przez 3 lata, przebywa syn właściciela, który należał do Gestapo w Warszawie. Przyjechał tam nie dawno, aby się ukrywać. Powiedziałem o tym Władkowi. Wzięliśmy 10 osób i pojechaliśmy po niego. Gdy dojechaliśmy tam, Janek zapukał do drzwi, otworzył mu młody człowiek i po niemiecku powiedział: To ty bandyto, czego chcesz? - wówczas Janek powiedział nam, że to właśnie o niego chodzi. Spojrzałem na niego i zdrętwiałem. Był to ten sam drań, który na Szucha wbijał mi drzazgi za paznokcie i wkładał ołówki między paznokcie, wyłamując je. Nie wiem czy mnie poznał, ale gdy mówiłem o nim innym, on zaczął uciekać. Posłałem za nim cały magazynek naboi, zabijając go na miejscu.
W pierwszą niedzielę czerwca o godz. 19 miał odbyć się wiec Polaków zorganizowany przez Komitet Emigracyjny na łące nad Dunajem. Przybyliśmy wszyscy, było bardzo ciasno. Na murawie rozstawiono 2 stoły i dużo ławek. Podjechał samochód z pułkownikiem i grupą oficerów w przedwojennych mundurach. Przyjechał również młody major i starszy sierżant w polskim mundurze. Major powiedział nam, że został przysłany z Warszawy przez prezydenta Bieruta i Marszałka Polski Michała Żymierskiego, i że cała Polska jest już wolna; panuje w niej ład i porządek i cała ludność przystąpiła już do odbudowy zniszczonego kraju. Mówił, że każde ręce są potrzebne do pracy, i że ojczyzna oczekuje nas z utęsknieniem. Następnie, głos zabrał pułkownik Władysław Żymierski, stryjeczny brat Marszałka Polski: Obydwaj za majorem mamy ten sam cel, tylko że ja przyjechałem do was z Londynu. - Następnie zwrócił się do majora tymi słowami: Co pan major przywiózł z Polski, w której panuje już ład i porządek, tym wynędzniałym, w łachmanach i w podartych butach ludziom, tak bardzo cierpiącym w obozach koncentracyjnych? Czy tylko słowa i puste frazesy? Czy mają oni o pustych żołądkach wracać do ojczyzny? Ilu ich w takich warunkach umrze po drodze? Tu trzeba lekarstw i troskliwej opieki, aby doprowadzić ich do zdrowia. Czy wie pan ile ich tu jest? To potężna armia wygłodniałych ludzi, tylko w tym okręgu jest ich 47800. W innych okręgach Austrii i w całych Niemczech Polaków jest znacznie więcej. Ja przyjechałem z obcego państwa, przywożąc ze sobą 40 wagonów żywności. Po tych słowach wiec się zakończył. Potworzyły się grupki żywo dyskutujące o tym wiecu. Jedni opowiadali się za pułkownikiem i wyjeździe na zachód, a inni za majorem i powrotem do Ojczyzny. Nie znaliśmy warunków panujących w Polsce. Różne opowieści odstraszały od powrotu do Ojczyzny. Słyszeliśmy, jak z byłymi AK obchodziły się władze rzekomo polskie. Stanęliśmy przed poważnym dylematem, który pozbawił nas spokoju i chęci do życia. Dużo osób natychmiast zgłosiło się do wyjazdu do Londynu. Samolot 2 razy w tygodniu zabierał po 50 osób na raz. Tęsknota do kraju i rodziny była bardzo silna, jednak zapowiadanego transportu wciąż nie było.

20. czerwca przyszedł rozkaz, abyśmy opuścili dotychczasowy obóz. Mieliśmy zabrać tylko osobiste rzeczy i przenieść się do obozu nr. 5 za Dunaj. Cały, dobrze zaopatrzony w żywność magazyn, musieliśmy pozostawić. W zamian wywieziono nas do końskich baraków, takich jak były w Brzezińce. Pozostawiono nas na polu. W barakach tych mieszkały przeważnie kobiety z dziećmi. Cztery były wolne - i my właśnie w tych brudnych mieliśmy zamieszkać. Ogarnęła mnie rozpacz. Po czystym i dobrze zaopatrzonym obozie i pięknych górskich widokach ta nora wydawała się przerażająca. Teraz żałowałem bardzo, że nie wyjechałem. Tu nawet kuchni ogólnej nie było. Sam zbudowałem sobie kuchnię z cegieł. Rano swój bagaż oddałem pod opiekę przyjacielowi, a sam wyruszyłem na poszukiwania. Szedłem śladami samochodu, który dzień wcześniej nas tu przywiózł. Zobaczyłem szyny tramwajowe, zaczekałem na tramwaj i nim pojechałem do obozu nr 2, do majora Sokołowskiego. Trafiłem na ubój 5 krów. Spotkałem kilku przyjaciół z Oświęcimia i z III obozu w Linzu. Major przywitał mnie serdecznie i zapytał co mnie sprowadza. Gdy się dowiedział do jakiego miejsca nas przydzielono, zaproponował mi pozostanie w jego obozie. Dał mi samochód, abym pojechał po rzeczy i swoich ludzi. Było tu dużo miejsca dla nas, gdyż sporo osób stąd wyjechało już do Londynu. Gdy dotarłem do obozu nr 5, powiedziałem, że w obozie nr 21 jest dużo miejsca i kto chce, może ze mną jechać - samochód w jednej chwili był zapełniony. Dowiedziałem się, że Żukowski pojechał transportem do Polski i na pewno zawiadomi moją rodzinę, że wkrótce i ja powrócę. Dni szybko mijały.
29. czerwca podjechały do nas 4 duże samochody ciężarowe. Z pierwszego z nich wysiadło kilku oficerów i dwóch cywili. Jeden z nich przez tubę ogłosił, że samochód ten odjeżdża o 6.00 do Polski, i kto chce niech wsiada. Biegiem poleciałem po swoje rzeczy i szybko wsiadłem do samochodu. W jednej chwili samochody były tak załadowane, że nie było gdzie palca wcisnąć. Każdy wpisał się na listę i otrzymał paczkę UNRA na drogę. W każdym samochodzie nie mogło być więcej niż 40 osób. Pozostali musieli zaczekać na następny transport. Pożegnałem się z Sokołowskim, Miaśkiewiczem, Luśniewskim i Suchodolskim. Samochody podjechały pod magazyn i każdy otrzymał bochenek chleba. Wkrótce przejechaliśmy przez posterunek amerykański, a później radziecki oraz minęliśmy granicę austriacką. Dojechaliśmy do stacji w Budziejowicach na terenie Czechosłowacji. Stamtąd mieliśmy jechać dalej pociągiem aż do Polski. Na dworzec dojechaliśmy już o 10.00. Było dużo czasu do odjazdu pociągu, dlatego rozłożyliśmy się na murawie. Podjechał do nas samochód Czerwonego Krzyża z obiadem. Jednak jedzenie było tak niedobre, że nikt tego nie chciał jeść. Częstowaliśmy tym panie, które nam to roznosiły, ale one tylko ze wstrętem wykrzywiały usta i zaraz odjechały. Punktualnie o 14.00 pociąg odjechał. Jechał jednak bardzo wolno i zatrzymywał się na każdej stacji.


opracowanie Łukasz Majewski
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo e-Sochaczew.pl




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości