Reklama

Z pamiętnika „Bitka” - 16

Tygodnik Echo Powiatu
11/07/2007 13:07
Kontynuujemy publikację wspomnień Wojciecha Pioruna (1900 - 1983) - dowódcy II plutonu VI kompanii IV batalionu AK obwodu „Skowronek”.

Pamiętnik mojego pradziadka obejmuje lata 1900-45. Jednak skupia się on w nim głównie na swojej działalności w AK i pobycie w obozach: Oświęcimiu, Mauthausen i Linz. Wspomnienia te wraz z nim spisała jego córka Czesława Maria Bugaj, i to właśnie dzięki jej uprzejmości możemy je publikować.

Część dziewiętnasta

Po obiedzie postanowiliśmy rozbroić esesmanów na terenie obozu.
Janczak zajął się najgorszym - wartownikiem. Miał mi dać znać jak go rozbroi. Akcję naszą przyspieszyła wiadomość, że 4 tankietki amerykańskie stoją pod mostem. W pewnym momencie przyszedł Strenk w cywilnym ubraniu i sam mi - bezbronnemu więźniowi - oddał broń. Hodakowski, który już zdobył ckm, wypalił z niego do 2 esesmanów i w ten sposób zaopatrzyliśmy się w broń. Na moście spotkaliśmy dużą grupę cywili z bronią, którzy spieszyli nam z pomocą. Między nimi był Jan Kwiatkowski, który dwa tygodnie wcześniej uciekł z obozu. Później dołączyło do nas pięciu austriackich partyzantów. Doszliśmy do Linzu i z daleka widzieliśmy już powracających. Byliśmy dobrze uzbrojeni. Rozstawiliśmy się pod halą fabryczną. Byliśmy niewidoczni. Czekaliśmy aż podejdą blisko nas. Na czele stał komendant i reszta świty obozowej - około 20 osób. Dalej szli więźniowie. Kiedy podeszli, wyskoczyłem i po niemiecku krzyknąłem: ręce do góry! Nie spodziewali się tego zupełnie. Komendant szybko się opanował, chciał chwycić po broń, jednak widząc tyle luf wycelowanych w siebie, zrezygnował i poddał się. Za nim poddali się i inni. Rozbroiliśmy ich i zaprowadziliśmy do hali fabrycznej. Nie ze wszystkimi poszło tak dobrze. Większość SS otwierała do nas ogień. Większość z nich była jeszcze w schronach. Jednak otoczyliśmy ich ze wszystkich stron. Wyszedł ze schronu mjr Sokołowski i przejął dowództwo. Walka trwała około 2 godzin. Jeńców mieliśmy około 700, zabitych po ich stronie było 2000. Reszta uciekła. Wśród jeńców i zabitych nie odnaleźliśmy tych pięciu najgorszych. Wielu z nich wcześniej wyczuło sytuację, przebrało się, jak Strenk, i uciekło.

Około 14.00 podjechała jedna z tankietek amerykańskich. Wszyscy wyszliśmy jej na spotkanie. Byliśmy tak stłoczeni jeden koło drugiego, że Amerykanów, którzy chcieli wejść do obozu, podawaliśmy sobie nad głowami. Byli strasznie zdziwieni, że sami się wyzwoliliśmy i tylu jeńców wzięliśmy do niewoli. Po nich przyjechali nowi Amerykanie około 18.00. Więźniowie wstawili się za raportfuhrerem z I obozu, który zawsze nas bronił i był dla nas dobry. Wieczorem zebrał się nasz sztab powiększony o majora czeskiego i rosyjskiego. Postanowiliśmy wydać wyrok śmierci na zbrodniarzu Remim i jego koledze. Wyrok wykonali Rosjanie - ich to najwięcej zginęło z rąk tych oprawców. Nad ranem wszyscy Polacy opuścili obóz. Było nas 1212 osób. Uformowaliśmy się czwórkami i z flagą biało-czerwoną wyruszyliśmy na Linz. Po drodze spotkaliśmy kolumnę czołgów amerykańskich. Głośno nas pozdrawiali i rzucali nam papierosy i czekoladę. Na moście na Dunaju zatrzymał nas posterunek wojskowy i kazał zejść nam z drogi. Wytłumaczyliśmy, że jesteśmy więźniami politycznymi z III obozu w Linzu i idziemy do miasta. Dowódca warty sam nie mógł zadecydować, co z nami zrobić. Major Sokołowski i profesor Miaśkiewicz pojechali z nim motorem do dowództwa. Długo nie wracali. Doszli do nas ci, którzy wcześniej pozostali w samym mieście i powiedzieli, że w pobliżu jest obóz Polaków z Powstania Warszawskiego z całymi rodzinami. Część baraków jest pusta - oni tam się zatrzymali i namówili mnie i 100 innych, abyśmy przyłączyli się do nich.

Polacy przywitali nas radośnie i zaprosili do środka. Stoły jak za dobrych czasów zastawione były wędlinami i różnym innym mięsiwem oraz wódką. Tu zjedliśmy pierwszą wspólna kolację jako wolni ludzie. Byliśmy tak bardzo spragnieni wolności i możliwości wspólnej rozmowy. Opowiadaniom nie było końca. W obozie pod koniec nie było źle, ale zawsze był to obóz koncentracyjny i na każdym kroku było znienawidzone SS, którego do końca się baliśmy. Teraz mogliśmy swobodnie, wspólnie świętować. Była to moja pierwsza kolacja wśród polskich rodzin przy śpiewie i wesołym nastroju, po 25 miesiącach więzienia. Na drugi dzień wstałem z wyrzutami sumienia, że opuściłem majora i pozostałych więźniów. Szybko się ubrałem i wyszedłem w nadziei, że może ich spotkam. Po drodze zobaczyłem dwupiętrowy budynek. Były to koszary SS. Było tam trochę żywności. Obejrzałem ten budynek i zadecydowałem, że może on posłużyć nam jako tymczasowe schronienie. Poszedłem po kolegów, a jak i warszawiacy usłyszeli, o co chodzi, przyłączyli się do nas i razem zamieszkaliśmy w tym budynku. W podwórzu były magazyny dobrze zaopatrzone w suszone jarzyny i ziemniaki oraz sproszkowane jaja. Stały również dwa ciężarowe samochody. Przy magazynach wystawiliśmy wartę i poszliśmy na miasto. Sklepy były już pootwierane przez Amerykanów, a w nich masa żywności. Po drodze zatrzymaliśmy wóz i załadowaliśmy na niego zakupione artykuły żywnościowe. Obracaliśmy tak dwa razy. Za drugim razem zaczepił nas żołnierz amerykański. Spytał, dla kogo wieziemy tyle żywności. Wytłumaczyliśmy mu, on zapisał moje imię i nazwisko i wziął adres tymczasowego zamieszkania. Kazał nam zawieść to i jeszcze raz powrócić. Tym razem zaopatrzyliśmy się w mięso. Po przywiezieniu jedzenia postanowiliśmy rozejrzeć się po polskiej okolicy. Tuż za naszym domem, w krzakach leżała duża grupa zabitych, w większości węgierskich cywili. Ich ciała były już w stanie rozkładu. Postanowiliśmy ich pochować. Zebraliśmy ludność miejscową - około 124 osób. Oni to kopali doły, zbierali trupy, układając je według narodowości. Nałęcz i Marchlewski zrobili listę zabitych. Nazwiska ich umieściliśmy na tabliczkach przy wspólnej mogile z krzyżem.

Po obiedzie przyjechał do nas gazik z czterema żołnierzami. Jeden z nich mówił po polsku. Sprawdzili, ilu nas jest i jak dajemy sobie radę. Polecili spośród siebie wybrać komendanta, zastępcę i sekretarza. Jednogłośnie wybrano mnie na komendanta, zastępcą został Nałęcz, a sekretarzem Marchlewski. Tłumacz wręczył nam formularze, które trzeba było wypełnić, podając szczegółowy wykaz osób. Według nich mieliśmy otrzymywać zaopatrzenie. Żołnierz mówiący po polsku został nam przydzielony jako opiekun. Zdumiewała go nasza jedność i solidarność. Sam urodził się w Warszawie i gdy miał 6 lat wyjechał z rodzicami do Stanów Zjednoczonych. Na imię miał Władysław. Przywieźliśmy z piekarni 500 kg białego świeżego chleba. Po tylu latach ciepły i pachnący chleb był dla nas prawdziwą radością.


opr. Łukasz Majewski
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo e-Sochaczew.pl




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości