Kontynuujemy publikację wspomnień Wojciecha Pioruna (1900 - 1983) - dowódcy II plutonu VI kompanii IV batalionu AK obwodu „Skowronek”.
Pamiętnik mojego pradziadka obejmuje lata 1900-45. Jednak skupia się on w nim głównie na swojej działalności w AK i pobycie w obozach: Oświęcimiu, Mauthausen i Linz. Wspomnienia te wraz z nim spisała jego córka Czesława Maria Bugaj, i to właśnie dzięki jej uprzejmości możemy je publikować.
Część osiemnasta
Byliśmy w ciągłym pogotowiu. Jednego dnia przez samolot rosyjski zostało rozbite nasze komando, które o północy szło do pracy. Mieli złe rozpoznanie - widząc kilku esesmanów, przystąpili do ataku. Ze stu osób przeżyło tylko osiemnastu. Była to dla nas wstrząsająca wiadomość. W komandzie tym był Władek Brzeziński. Myślałem, że też zginął. Jednak okazało się, że przeżył dzięki butom. Stare miał zniszczone i prosił mnie, abym wystarał się o jakieś lepsze. Miałem dwie pary, jedną dałem mu. Jednak ktoś mu je skradł i nie miał w czym iść do pracy. Na jego miejsce poszedł inny, i to właśnie on został zabity podczas nalotu.
Gdy mnie zobaczył, z radości rzucił mi się na szyję. Do tej pory zmarłych, rannych i chorych Niemcy wywozili do Mauthausen. Od kwietnia zmarłych grzebano za obozem, a dla chorych przygotowano osobny blok. Chorych było 1210. Leczyło ich dwóch lekarzy. Brak było lekarstw i opatrunków. Władze obozowe postanowiły skazać ich na śmierć głodową. Przez 3 dni nic nie dano im do jedzenia. Przed blokiem stał wartownik i nikogo do chorych nie dopuszczał.
W nocy na całym mieście i na terenie fabryki rozklejone zostały plakaty głoszące, że w III obozie została popełniona straszliwa zbrodnia na 2000 więźniach politycznych, którzy otrzymali zastrzyki z benzyny. Zostały również zrzucone ulotki o tej treści. Następnego dnia przyszedł do mnie Strenk i kazał mi przygotować kleik dla chorych więźniów. Niemcy przestraszyli się opinii swojego społeczeństwa. Razem z piątką innych rozdawaliśmy kleik chorym. Wyglądali strasznie po tej głodówce, niektórzy nie mieli siły się poruszyć. Każdy dostał po pół litra kleiku, jednak po takiej głodówce było to dla nich za mało - prosili o kawałek chleba. Komendant przestraszył się nie na żarty i teraz za wszelką cenę chciał uratować tych ludzi. Stopniowo porcje były zwiększane do normalnych. Pomimo starań wielu z nich zmarło. Pewnego dnia na wszystkich blokach pojawiło się ogłoszenie podpisane przez Adolfa Hitlera, że: „Wszyscy więźniowie, którzy zgłoszą się do armii III Rzeszy, pozostaną wolni. " Początkowo żaden z więźniów się nie zgodził. Później zgłosiło się 52, w tym 5 Polaków. Nasz sztab postanowił wydać na nich karę śmierci. Wyrok ten wykonano, topiąc ich w rzece. Na porannym apelu zorientowano się, że 3 więźniów brakuje. Znaleźli ich utopionych. Zabrali ich trupy i kazali pochować ich za obozem bez żadnego dochodzenia.
Nadal żyliśmy w ciągłym napięciu. Każdy ruch władz obozowych był pilnie strzeżony. Nasz obóz był podminowany. Radio londyńskie podało do wiadomości, że w zajętych przez nich miastach nie zastali więźniów. Niemcy wszystkich ewakuowali i wywieźli w niewiadomym kierunku. Wojska alianckie były coraz bliżej. Podawano, że wkrótce ma paść i Berlin
Wreszcie przyszedł 1 maja 1945. Już w nocy słyszeliśmy bardzo bliskie artyleryjskie strzały. Od strony Linzu dochodziły strzały ckmów. Nasz obóz znalazł się w środku boju. Tego dnia szykowaliśmy się wszyscy do pracy. Wyszedłem z kuchni zobaczyć co się dzieje. Zobaczyłem jak więźniowie na oczach całej komendy przewracają szubienicę. Dalej wynoszą z kancelarii papiery i palą na dużym stosie. Co się działo później, nie widziałem, gdyż przyszedł Strenk i kazał wsiąść do samochodu i jechać po zaopatrzenie. W nocy 5 maja zwołano apel. Nasz blok nie był zobowiązany, aby się na nim pojawić, jednak wszyscy szybko się ubraliśmy i czekaliśmy, co będzie dalej. Żaden z więźniów nie wychodził. Na placu była cała komenda obozu, blokowi, kapo i zdenerwowany raportfuhrer. Dzwonki odezwały się po raz drugi. Znowu nic. Pierwszy raz wśród więźniów zapanowała solidarność. Wcześniej wszyscy byli uprzedzeni, aby w razie alarmu nikt nie wychodził, gdyż grozi to niebezpieczeństwem zagłady lub wywiezieniem w nieznanym kierunku. Za trzecim razem komendant ogłosił, aby więźniowie nie bali się, że zbliża się wielki bój i komenda postanowiła sprowadzić więźniów od schronu. Jednak i tym razem nikt nie wyszedł. Już widniało i my poszliśmy do kuchni przygotować kawę. Wtedy podjechały dwa duże samochody ciężarowe załadowane chlebem i margaryną. I znów apel z głośników, że kto wyjdzie dostanie chleba i kostkę margaryny. Tym razem pierwsi wyszli Rosjanie i ustawili się przed samochodami. Niemcy wyprowadzili ich za most. SS z bagnetami na karabinie wchodzili do bloków i zaczęli wyciągać z nich więźniów. Zabrali też pracowników z kuchni. Zostawili tylko 30 do gotowania obiadu. Szef Strenk poszedł ze wszystkimi. Nastawiłem kocioł z wodą i wyszedłem zobaczyć, ilu z nami pozostało esesmanów. Było ich tylko ośmiu. Postanowiłem się lepiej zorientować i przejść po blokach. Poszedłem pod blok nr 7. Usłyszałem tam chlupnięcie wody. Wszedłem do środka i zobaczyłem w dole kloacznym więźnia. Razem z Jankiem Janczakiem wyciągnęliśmy go. Był tak wyczerpany, że musieliśmy go siłą poprowadzić do rzeki, aby go umyć. Zaprowadziliśmy go na izbę chorych pod opiekę doktora Wiśniewskiego. Wróciliśmy na kuchnię. Przyszedł do nas jeden z SS i nalał nam szampana. Jeszcze poprzedniego dnia był taki niedostępny, a teraz taki hojny. Powiedział, że jak pójdziemy z nim to dostaniemy całą skrzynkę szampana i papierosy. Później przyszli do nas głodni SS prosić o obiad. Daliśmy im jeść, zanieśliśmy też jedzenie chorym...
opracowanie Łukasz Majewski
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze