Reklama

Z pamiętnika „Bitka” - 14

Tygodnik Echo Powiatu
28/06/2007 09:32
Kontynuujemy publikację wspomnień Wojciecha Pioruna (1900 - 1983) - dowódcy II plutonu VI kompanii IV batalionu AK obwodu „Skowronek”.

Pamiętnik mojego pradziadka obejmuje lata 1900-45. Jednak skupia się on w nim głównie na swojej działalności w AK i pobycie w obozach: Oświęcimiu, Mauthausen i Linz. Wspomnienia te wraz z nim spisała jego córka Czesława Maria Bugaj, i to właśnie dzięki jej uprzejmości możemy je publikować.

Część siedemnasta

W warsztacie wędliniarskim pracowaliśmy dwa tygodnie. Pewnego razu poszedł z nami „dziadek”- jeden z szefów kuchni. Po drodze zaprowadził nas do swojego domu. Żona jego z córką poczęstowały nas winem. Później w warsztacie rozbieraliśmy świniaka. Majster przyniósł szklanki i kiełbasę. On zaproponował mi ucieczkę. Jednak bałem mu się zaufać. Chciał dać mi cywilne ubranie i wskazać melinę, a stamtąd mieli mnie dalej przeprowadzić.
Tymczasem kapo przestał na mnie krzywo patrzeć i zaliczył mnie już do rzeźników. Jadłem z rzeźnikami z kotła szefów. Szef widząc, że dobrze rozumiem po niemiecku, zaczął mi, a nie kapo, wydawać dyspozycję i ja od tej pory gotowałem im obiady. Po pewnym czasie sam wchodziłem do magazynu i z artykułów gotowałem obiady. Pracowałem tak przez 6 miesięcy, aż do wyzwolenia. Zacząłem jeździć z niedostępnym szefem Strenkiem po zaopatrzenie. Początkowo bałem się go, ale w sumie okazał się być nie taki straszny. Kiedy nabrał do mnie zaufania, zaczął mnie prosić o różne przysługi.
W tym czasie SS byli starszymi ludźmi i często sami chodzili głodni. Za papierosy i chleb można było od nich wszystko kupić.

Pracując na kuchni, nie zaniedbywałem swojej pracy w organizacji obozowej. Chodziłem na wszystkie odprawy sztabu. Jednego dnia major poinformował nas, że Amerykanie z jednej, a Rosjanie z drugiej strony zbliżają się do nas, i że trzeba przygotować się do walki, aby u progu wolności nie pozwolić się Niemcom zaskoczyć. Kowale pracujący w kuźni zrobili dla nas bardzo ostre toporki strażackie. Stolarzy zrobili do nich trzonki.
Codziennie odwiedzałem blok nr 7, przynosząc kolegom coś do jedzenia. W bloku tym, jak już wspominałem, po jednej stronie byli Polacy, a po drugiej Rosjanie. Blokowy był Niemcem, który bardziej trzymał z nami. Nie obchodziło go, co działo się po naszej stronie, dlatego mieliśmy swobodę w działaniu. Jednego dnia przyszedł do mnie Władek i oznajmił, że przywieźli więźniów z Mauthausen i, że wśród nich jest Jan Mazurek. Dali go na blok 4. Okazało się, że złapali go po dwóch tygodniach w Czechosłowacji, gdy spali na stogu siana. Na żandarmerii był bardzo bity i cały zakrwawiony z wybitymi zębami przewieziony do szpitala w Mauthausen. Co się stało z jego towarzyszem, nie wiadomo, bo ich rozłączyli. Pomyślałem, jak to dobrze że nie spróbowałem z nimi tej ucieczki.
Często korzystaliśmy z nalotów i gdy Niemcy z miejsca uciekali i kryli się w schronach, my wynosiliśmy z magazynów co się dało i zanosiliśmy wygłodniałym kolegom. Sami byliśmy syci i nie potrzebowaliśmy dla siebie niczego.

Jednego razu pojechaliśmy po chleb. W drodze zastał nas alarm. Szef i SS kazali nam szybko wysiadać z ukrytego w krzakach samochodu i podążyć za sobą. Szef po szynach doszedł do budynku z szerokimi drzwiami i zadzwonił. Otworzył esesman i wpuścił Niemców, a nam kazał zejść na dół. W podziemiu spotkaliśmy innych więźniów. Byliśmy zaskoczeni co tylu ludzi robi tak głęboko pod ziemią. Okazało się, że był to obóz nr II. Oni tu głęboko pod ziemią pracowali i jedli. Niektórzy z nich już od kilku lat nie widzieli słońca i nie wychodzili na powietrze. Byli niesamowicie bladzi i mizerni. Z Sochaczewa był tam Wojda, zamieszkały na Rozlazłowie. Żaden odgłos z powierzchni tam nie dochodził. Byli zaskoczeni, jak im powiedzieliśmy o ciągłych bombardowaniach i alarmach, oraz o powstaniu w Warszawie. Byli głodni i załamani. Twierdzili, że nie doczekają wolności. Praca ich polegała na kopaniu i ładowaniu na wózki ziemi i kamieni. Dalej już wywozili inni. Po odzyskaniu wolności, żadnego z tych więźniów nie spotkaliśmy. Widocznie Niemcy wszystkich wykończyli.

20. listopada otrzymałem paczkę ze Szwecji, z Czerwonego Krzyża. Byłem bardzo zaskoczony i ucieszony. Kto mógł znać moje nazwisko i numer obozowy, pozostało dla mnie tajemnicą. W paczce były konserwy mięsne, czekolada, cukierki, herbatnik, suchary i papierosy.
W mleczarni pobieraliśmy raz w tygodniu mleko i w każdy czwartek była mleczna słodka zupa. Jednego razu zamiast mleka przywieźliśmy śmietanę. Innym razem przywieźliśmy o 1 skrzynkę kiełbasy więcej. Wiedzieliśmy, że z tych nadwyżek zawsze dostaniemy coś dla swych kolegów. Toteż wszędzie, gdzie pojechaliśmy, coś organizowaliśmy dodatkowo, wykorzystując nieuwagę magazyniera. Dużo nam w tym pomagał szef Strenk.
Naloty nasilały się coraz bardziej. Jednego razu bomba spadła na pusty blok nr 13. Więźniów ogarnęła panika. Zaczęli uciekać. SS zaczęli do nich strzelać. Wielu z nich ranili, kilku zabili. Na próżno biegał raportfuhrer krzycząc, aby SS nie strzelali. W zamieszaniu nic nie było słychać. Rannych zabrano do szpitala. Tam spotkałem młodego chłopca Prokopa - razem przeszliśmy przez Pawiak, Oświęcim, Mauthausen i Linz. Prosił, aby zawiadomić jego rodzinę, że umiera. Nie wiem, czy przeżył, po wojnie napisałem list do jego rodziny. przyjechała nawet jego siostra, ale nic nie wiedziała.

W obozie od stycznia 1945 roku życie polepszyło się. Więźniowie raz w tygodniu otrzymywali kotlety mielone. Moje ciągłe chodzenie do bloku nr 7 z jedzeniem było źle widziane przez innych więźniów. Wówczas wszedłem w porozumienie z blokowym i dawałem mu dodatkowo 20 porcji więcej dla swoich i jego ludzi. Nigdy też nie zapomniałem o mjr Sokołowskim, dzięki któremu dostałem się na kuchnię. Dając innym dodatkowe porcje, narażałem się bardzo, ale wiedziałem, co to znaczy być głodnym.
Z Mauthausen przyszedł nowy 500-osobowy transport. Byłato ludność z Warszawy, która nie brała czynnego udziału w powstaniu. Bez umiaru psioczyli na powstańców i im złorzeczyli. Byliśmy zgorszeni ich postawą. Uczestników powstania było tylko 8. Spotkałem się z nimi i razem poszliśmy do majora. Oni opowiedzieli nam o przebiegu powstania, o nierównej walce, o bohaterskich czynach, o ofiarności małych dzieci i wreszcie o upadku powstania z powodu braku pomocy z zewnątrz. Tych ośmiu otoczyliśmy troskliwą opieką. Oni wszyscy dożyli końca wojny.
Pewnego dnia po przyjściu na kuchnię stwierdziliśmy, że brakuje chleba i margaryny. Doszliśmy do wniosku, że ktoś ukrył się na strychu i podbiera nam jedzenie. Jednak tam nikogo nie było. Pozostawialiśmy coś na kuchni, a to zawsze znikało. Ktoś ukrywał się skutecznie aż do wyzwolenia, kiedy na górze znaleźliśmy tylko pasiaki.

Jednego dnia był silny nalot na stację kolejową. Pociągi zostały rozbite. W wagonach były amerykańskie papierosy. Więźniowie przy uprzątaniu zniszczeń wynieśli trochę tych papierosów. Jednak podczas rewizji wartownik zabrał im wszystkie. Drugiego dnia ja i oberkapo Czech wzięliśmy obiadowy wózek SS i szefa „Dziadka” z kuchni i ustawiliśmy wózek przed mostem na drodze, którą wracały komanda z pracy. Wcześniej uprzedziliśmy więźniów, aby wrzucali do niego papierosy. Nasi SS udali, że nic nie widzą, a pozostali nie zwrócili na wózek uwagi, tym bardziej, że był konwojowany przez szefa kuchni. I tak zebraliśmy 5 kotłów papierosów. Po apelu kapo je rozdzielił. Takie akcje teraz zdarzały się coraz częściej. Przy wielu pomagali nam sami Niemcy.
Nasze radio podało, że wojska alianckie zajęły Wiedeń. Alianci byli od nas zaledwie o 120 km. Czekaliśmy z utęsknieniem wolności, która się do nas zbliżała.


opracowanie
Łukasz Majewski
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo e-Sochaczew.pl




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości