Reklama

Z pamiętnika „Bitka” - 13

Tygodnik Echo Powiatu
19/06/2007 13:19
Kontynuujemy publikację wspomnień Wojciecha Pioruna (1900 - 1983) - dowódcy II plutonu VI kompanii IV batalionu AK obwodu „Skowronek”.

Pamiętnik mojego pradziadka obejmuje lata 1900-45. Jednak skupia się on w nim głównie na swojej działalności w AK i pobycie w obozach: Oświęcimiu, Mauthausen i Linz. Wspomnienia te wraz z nim spisała jego córka Czesława Maria Bugaj, i to właśnie dzięki jej uprzejmości możemy je publikować.

Część szesnasta
Nadal chodziliśmy do pracy, a nasz komendant na pocztę przeniesioną do innego budynku. Starosta nadal nagradzał nas za dobrą pracę papierosami, piwem, owocami lub chlebem.
Jednego dnia w czasie pracy uciekł Iwan - Polak z Kijowa, który początkowo na ochotnika wstąpił do SS i pracował jako wartownik na II obozie. Jednak służba w SS nie podobała mu się. Został złapany i przydzielony do naszego komanda. Spróbował ucieczki raz jeszcze. Udając, że idzie do ubikacji, uciekł w cywilnym ubraniu, pozostawiając pasiaki. Tym razem udało mu się.
Na naszym obozie mieliśmy dwóch katów - najgorszy był Remi- skazany na 40 lat za rabunek i mordy. Drugi skazany był na dożywocie. Oni wykańczali uciekinierów, na pozostałych również się wyżywali. Komendant III obozu - Kohler też był zły. Jeśli ktoś mu się nie podobał - bił go, kopał, a nawet zabijał, po czym jak gdyby nigdy nic szedł na śniadanie. Był brzydki, na sam jego widok robiło się niedobrze. Wysoki i chudy, gdy szedł chwiał się na nogach. Był przedmiotem drwin nawet wśród innych SS.

12. sierpnia przyjechała komisja odmierzyć odcinek zrobionej przez nas drogi. Okazało się, że zrobiliśmy za mało. Za karę całe nasze komando zostało przydzielone do pracy w młynie na przemiał kamieni. Była to jedna z najcięższych prac, która wykańczała więźniów. Natomiast naszego komendanta zabrano na 21 dni aresztu roboczego, a później na front wschodni. To była nasza zemsta za bicie i rzucanie w nas kamieniami. Wiedzieliśmy, że też zostaniemy ukarani, jednak poświęciliśmy się, aby już dłużej nie znosić tego kata. Gdyby nie on, nasza praca nie byłaby zła - na świeżym powietrzu, wśród wolnych ludzi z miasta.
Nazajutrz, z samego rana poprowadzili nas do młyna. Przejął nas nowy komendant i nowi SS. Wkładało się kamienie do dużej łyżki dźwigu, który unosił się i zrzucał kamienie na walec. Ten z kolei kruszył kamienie na drobne kawałki, które spadały niżej i tu były skruszane na miał i leciały do wózka. Wózki te trzeba było pchać po szynach. Ja dostałem się właśnie do pchania wózków.
Następnego dnia znów był nalot. Komendant szybko nas zabrał i biegiem poprowadził do lasu. Gdy znaleźliśmy się w lesie, zdążyły spaść już pierwsze bomby na hale fabryczne. W lesie wśród więźniów spotkałem Jana Mazurka, który namawiał mnie do ucieczki. On i jego towarzysz byli już przygotowani i chcieli jeszcze wziąć mnie ze sobą. Nie zgodziłem się. Uciekli sami. Teraz ucieczki w czasie trwania nalotów zdarzały się częściej. Przeważnie uciekinierów łapano i po straszliwych męczarniach zadawanych przez Remiego i jego kolegę, najpierw w kanale, a później na szubienicy, ginęli. Po odwołanym alarmie zorientowano się, że dwóch więźniów brakuje. Zaczął się pościg z psami. My powróciliśmy do pracy na trzy zmiany w młynie. Po 3 dniach zabrano nas do pracy nad Dunaj. Dołączyło do nas 100 osób i tu, pod okiem kapo Wencla - Czecha układaliśmy kamienną skarpę. Tym razem robotę mieliśmy wytyczoną sznurami naciągniętymi na kołkach.
Drugiego dnia był znowu nalot. Zbombardowane zostały szyny kolejowe i wszystkie bunkry SS znajdujące się wkoło obozu. Nasz obóz, zgodnie z zapewnieniami z rzucanych ulotek, został nietknięty. Kolejny nalot był za pięć dni. Zniszczono świeżo położone szyny, hale fabryczne gdzie wyrabiano broń. Naloty były coraz częstsze i robiły duże spustoszenia w fabryce broni. My niezmiennie, codziennie chodziliśmy do pracy. Podobnie jak przy budowie drogi, także tu jakieś litościwe ręce podkładały nam jedzenie pod kamienie. Ja znów przestałem otrzymywać paczki, i te znajdywane pod kamieniami były dla mnie wybawieniem.
Nieraz na bocianówce był starszy, dobry Niemiec i on pozwalał nam trochę odpocząć. Jednego dnia jakaś kobieta na naszych oczach postawiła pod krzakiem całe wiadro grochówki. Stary Niemiec pozwolił nam zabrać to wiadro i rozdzielić między więźniami. Po jednym z nalotów, kiedy bombardowano pływające barki z bronią, na plażę została wyrzucona masa ogłuszonych ryb. Nazbierałem większość z tych ryb i razem je ugotowaliśmy. Niektórzy z głodu na plaży zjadali surowe ryby. Zjadali też trawę z korzeniami, a nawet węgiel. Głód panował wtedy okropny. Ja sam jednego razu podniosłem z drogi potrąconego przez samochód kota, którego ugotowaliśmy i ze smakiem zjedliśmy. Innym razem złapaliśmy psa komendanta i też po ugotowaniu zjedliśmy.

Któregoś dnia przyszedł mjr Sokołowski i powiedział, że szukają rzeźnika na kuchnię i że on podał moje nazwisko. Z początku się bardzo ucieszyłem, ale później spostrzegłem, że na twarzy dostałem egzemy po goleniu wspólną brzytwą. Martwiłem się, że przez to nie przyjmą mnie na kuchnię. Jednak na wieczornym apelu wyczytano moje nazwisko i kazano stawić się na kuchni następnego dnia. Po apelu poszedłem do doktora Wiśniewskiego. On oczyścił mi twarz z łusek, dał mydło i kazał solidnie wymyć twarz i głowę. Następnie ogolił mnie, natarł spirytusem, a później zapudrował i obandażował mi całą twarz. Następnego dnia zdjąłem to wszystko. Piekło okropnie, ale musiałem to zrobić. Za wszelką cenę chciałem dostać się na kuchnię. Oznaczałoby to koniec mojego i moich towarzyszy głodu. Zameldowałem się na kuchni. Kapo był z tego niezadowolony. Dał mi wyszczerbiony i zardzewiały nóż, abym go wyostrzył. Przed tym schował maszynę do ostrzenia noży. Następnie kazał mi podejść do stołu na uboczu i pracować przy trybowaniu mięsa. Cały czas byłem pilnie obserwowany przez 4 szefów Niemców. Zdawałem sobie sprawę, że ten egzamin zadecyduje czy pozostanę w kuchni, czy odeślą mnie z powrotem do kamieni. Jak już zauważyłem, kapo był mi nieprzychylny. Gdy się tak uwijałem, główny szef powiedział po niemiecku: Patrz, ten nowy jest lepszym fachowcem i szybszym niż sam kapo. Udałem, że nie zrozumiałem co mówił, ale zaraz raźniej i pewniej się poczułem i z większą ochotą wziąłem się do trybowania. Po pracy kapo nalał mi miskę zupy z ogólnego kotła i dał do jedzenia. Jak się dowiedziałem, pracownicy rzeźni, a było ich 6, jedzą z kotła szefów. Każdy z pracowników miał oddzielną szafkę zamykaną na klucz, w której mógł trzymać swoje rzeczy. Pracownik, który dał mi klucze, miał na imię Leon- później zaprzyjaźniliśmy się. Szef kuchni kazał mi przynieść swoje rzeczy na blok nr 2, gdzie mieszkają pracownicy kuchni i rzeźnicy; i zameldować się u blokowego. Zabrałem swoją kolację i mięso do swojego byłego bloku i zaniosłem to kolegom- sam z wrażenia nie mogłem jeść. Na bloku nr 2 dostałem dwulitrową miskę zamiast menażki i łyżkę z widelcem z białego metalu. Na sienniku leżało czyste, białe prześcieradło, a na zagłówku biała poszewka. Oprócz stołów i taboretów były też dwa żelazne piece na których można było coś ugotować. W poprzednim bloku piec był tylko u blokowego i jak miał dobry humor, to pozwalał nam z niego korzystać i to nie za darmo.
W kuchni razem z kapo mieliłem mięso. Po zmieleniu ważyliśmy je i po 6 kg wrzucaliśmy na kocioł dla 320 ludzi. W tym czasie wszystkich więźniów do wykarmienia było 8500, natomiast SS 3500. Według regulaminu do kotła wrzucało się 20 kg kartofli lub brukwi, 8 litrów oleju lub margaryny i 8 kg mąki na zasmażkę. Była tu dobra praca i nie chodziłem już głodny. Po kolacji mogliśmy całą miskę zabrać na blok, a jak blokowy miał dobry humor, mogliśmy przywołać na kuchnię swojego kolegę i dać mu jeść. Przez pierwsze 3 dni byłem na posyłki do wszystkiego. Czwartego dnia szef Strenk zawołał mnie, Leona i Czecha Franca i pod eskortą SS wysłał nas do zakładu wędliniarskiego w Linzu. Kierownik tego warsztatu kazał nam rozebrać połówkę świniaka po swojemu. Moja robota najbardziej mu się podobała, i kazał pozostałym więźniom robić tak samo. Był to duży, zmechanizowany warsztat rzeźniczy. Przy wędzarni jeden z pracowników dał nam po kawałku kiełbasy. Później zaproszono nas do gospodarzy na wspólne śniadanie. Było tam masę jedzenia. Po naszej głodówce był to dla nas prawdziwy luksus. Na odchodne ten sam czeladnik dał nam po dużej kiełbasie dla kolegów. Radził nam, aby każdy wpuścił kiełbasę w nogawkę i przywiązał ją sznurkiem do paska. Swoją kiełbasę oddałem mjr Sokołowskiemu, któremu zawdzięczałem odmianę swojego losu.


opracowanie
Łukasz Majewski
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo e-Sochaczew.pl




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości