Reklama

Z pamiętnika „Bitka” - 12

Tygodnik Echo Powiatu
31/05/2007 08:55
Kontynuujemy publikację wspomnień Wojciecha Pioruna (1900 - 1983) - dowódcy II plutonu VI kompanii IV batalionu AK obwodu „Skowronek”.

Pamiętnik mojego pradziadka obejmuje lata 1900-45. Jednak skupia się on w nim głównie na swojej działalności w AK i pobycie w obozach: Oświęcimiu, Mauthausen i Linz. Wspomnienia te wraz z nim spisała jego córka Czesława Maria Bugaj, i to właśnie dzięki jej uprzejmości możemy je publikować.

Część czternasta

W Linzu była umywalnia z przegródkami, w każdej z nich był kran z wodą i mydłem. Była też ubikacja. My po Oświęcimiu i Mauthausen nie mogliśmy uwierzyć w takie warunki. Pierwszego dnia nie poszliśmy do pracy. Dostałem nowy numer 39103. Zjedliśmy dobrą kolację. Wreszcie po wielu nieprzespanych nocach wstałem rano wypoczęty. Naszą grupę dołączono do starego komanda i pomaszerowaliśmy ok. 3 km polną drogą do huty wytopu żelaza. Tu razem z pięcioma innymi zostaliśmy przydzieleni do wywozu żużlu. Było nas 12 kompletów po sześć osób do wywożenia żużlu wózkami na szynach. Drugie takie same komplety wywoziły sztaby żelaza do walcowni, po drugich szynach. Po drodze mijaliśmy się. Praca była ciężka i niebezpieczna. W każdej chwili wózek mógł się wywrócić i nas poparzyć. Po paru dniach pracy weszliśmy w kontakt z Serbami i Chorwatami, którzy wywozili sztaby żelaza. Wiedzieliśmy, że żelazo idzie do fabryki broni. Postanowiliśmy zmniejszyć tę dostawę. Oni po drodze wrzucali sztaby do dołu, a my szybko te doły zasypywaliśmy żużlem. Był to nasz sabotaż, z którego byliśmy dumni. Wystrzegaliśmy się innych narodowości i oczywiście SS.
Po pracy dodatkowo musieliśmy nosić 30-kilogramowe pustaki i zanosić je do obozu na budowę nowych bloków. Wyrabiali je więźniowie z żużlu i cementu. Pewnego razu, gdy wracaliśmy z pracy zmęczeni i wyczerpani, zatrzymał nas nowy komendant obozu. Kazał nam zdjąć pustaki z ramion i spytał, kto i po co każe nam je tak dźwigać. Odtąd dostaliśmy kije i na nich nosiliśmy we dwóch po pustaku.
Pewnego wieczoru podszedł do mnie Władek Luśniewski, z którym dzieliłem taboret, i zaproponował mi, abym przyszedł do jego komanda i pracował z nimi przy budowie drogi. Zgodziłem się. Poprosiłem o to kapo Czechosłowaka Franta. Na drugi dzień byłem już u niego w komando. Początkowo robiłem przy plantowaniu pod układanie kamienia. Później pomagałem brukarzowi Suchodolskiemu, któremu donosiłem gruby kamień. Praca również była ciężka - tym bardziej, że moje czyraki jeszcze się nie zagoiły i dokuczały mi nadal. Codziennie chodziłem na zabiegi do Polaka dr Malinowskiego. Krew była zaziębiona. Jedne czyraki się goiły, inne wychodziły i tak było jeszcze przez długi czas.
Do pracy chodziliśmy 8 km, ale tu mieliśmy pewne urozmaicenie, gdyż kręcili się tu cywile i mogliśmy choć z daleka popatrzeć na wolnych ludzi. Oczywiście SS i tu nas pilnowało i poganiało do roboty. SS często się zmieniali. Było wśród nich 6 niedobrych oprawców, ale ci byli z nami tylko raz w tygodniu. Bili i kopali nas, popędzając nazywali polskimi bandytami. Ludność cywilna na ogół nas unikała. Ale byli też i tacy co zostawiali nam pod kamieniami małe paczuszki z jedzeniem. Ja już dawno nie otrzymałem żadnej paczki z domu. Chudłem i traciłem siły. Władek, który otrzymywał paczki, dzielił się nim ze mną. Robili to również Miaśkiewicz i czasami Nowakowski.
W pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia dostaliśmy bułkę z marmoladą, na obiad krupnik z żyta, a na kolację 300 g chleba i trochę kiełbasy. W tym dniu nie poszliśmy do pracy. Przyszedł do mnie wtedy ksiądz Stefan z Niepokalanowa z opłatkiem i widząc moją niedolę, przyniósł mi kawałek ciasta i oddał mi swoją zupę. Było to dla mnie, wiecznie głodnego, bardzo dużo. Drugiego dnia również nie poszliśmy do pracy. Tego dnia przyszedł Adam i wybrał co silniejszych mężczyzn do rozładowania wagonów. Zgłosiło się też kilku ochotników. Zabrał ich wszystkich, i odtąd co niedziela chodzili do pracy. Dostawali za to po 10 papierosów. Tu podobnie jak i w innych obozach za papierosy można było dostać wszystko. Handel odbywał się wieczorami po apelu. Czasem Adam jak miał zły humor rozganiał wszystkich, polewając ich wodą z hydrantu. Ja do pracy w niedzielę nigdy nie poszedłem. Z czasem komisja zabroniła więźniom rozładowywać pociągi i już wszystkie niedziele były wolne od pracy.
Z głodu i z przemęczenia zacząłem słaniać się na nogach. Zauważyli to moi towarzysze i odtąd pamiętali, aby dzielić się ze mną jedzeniem. Z domu nadal nie dostałem żadnej paczki ani listu. Niepokoiłem się, czy aby również żona nie została aresztowana. Każdego dnia w godzinie wydawania paczek podchodziłem do okienka z nadzieją, że i mnie wywołają. A tu ciągle nic i nic. Był już luty 1944 roku i do tego czasu wysłałem do domu już trzy listy, na które nie było odpowiedzi.
W końcu otrzymałem upragniony list, żona pisała w nim, że paczkę też wysłała i wkrótce powinna przyjść. Uspokoiło mnie to bardzo.

W tym czasie zachorował brukarz Suchodolski i został odwieziony do szpitala do Mauthausen. Zająłem jego miejsce. Miałem teraz znacznie lżejszą pracę - nie musiałem nosić kamieni, tylko je układałem. Ponieważ nigdy tego nie robiłem, koledzy wzięli mnie, aby SS nie widziało i uczyli mnie tego. W każdą sobotę przychodził do nas tutejszy starosta i sprawdzał naszą pracę. Jak czyjaś praca podobała mu się, to dawał pracownikowi papierosy, butelkę piwa czy coś innego. Jednego razu dostałem od niego 40 sztuk papierosów. Wszystko poszło na wymianę - sam jeszcze wtedy nie paliłem. Tego samego dnia przyszła w końcu upragniona paczka z domu. Musiałem ją rozpakować przy wydającym i on sprawdził jej zawartość. Gdy już chciałem odchodzić, on mnie znowu wezwał i wręczył jeszcze trzy paczki. Co to była za radość! Obydwaj z Władkiem wzięliśmy wszystkie paczki i w bloku sortowaliśmy ich zawartość. Cały blok skupił się wokół nas, gdyż żaden z więźniów nie otrzymywał takiej ilości jedzenia. To co mogło poleżeć schowałem z powrotem do paczki, resztę położyłem na stole. Jeden z więźniów za kawałek chleba zaoferował mi swój taboret. To co zostało rozkroiłem i poczęstowałem tym innych więźniów. W jednej chwili chleba nie było. Teraz nie musiałem już wymieniać papierosów za jedzenie. Sam zacząłem palić. W następnym tygodniu znów otrzymałem paczkę. Od tej pory regularnie z domu, co dwa tygodnie przychodziły paczki. Paczki przechowywane były w oddzielnym magazynie zamykanym na klucz. Miał je pod opieką sztubowy Eugeniusz Corner z Łodzi. Pilnował, aby z paczek nic nie zginęło. Raz, za kradzież kawałka chleba, on i Niemiec Maks zatłukli na śmierć Józefa Błaszczyka. Kapo Maks został zabrany za to do Mauthausen - więcej o nim nie słyszeliśmy.
Nadal pracowaliśmy przy budowie drogi. Kiedy drogę podciągnęliśmy pod pocztę, nasz komendant zaczął chodzić do jednej z pracownic poczty. Co jakiś czas wychodził sprawdzać, czy pracujemy. Gdy minęliśmy budynek poczty komendant stał się bardziej nerwowy i zły. Przychodził do nas wściekły, kopał nas i bił, krzycząc, że jesteśmy nygusami i wymyślał nam od bandytów. Gdy się wyładował, wracał do swojej czarnulki. Wcześniej był zupełnie inny. Im bardziej oddalaliśmy się od poczty, stawał się coraz bardziej zły. Napuściliśmy na niego pisarza, który każdego dnia sprawdzał i zapisywał ile dziennie zrobiliśmy drogi. Poradziliśmy mu, aby namówił komendanta do wyznaczenia nam dziennego odcinka, jaki musimy zrobić. My byśmy sami pracowali, a on w tym czasie mógłby siedzieć u swojej pani. Komendantowi spodobało się takie rozwiązanie sprawy i odtąd wyznaczył nam 10-metrowy odcinek drogi do zrobienia, a sam odchodził, zostawiając nas w spokoju. Gdy wyszliśmy z pracą poza miasto, postanowiliśmy codziennie skracać sobie odcinek, tak że w końcu robiliśmy dziennie 6 metrów drogi.
W tym czasie zmienili nam wszystkich SS. Zabrali młodych, pozostawiając starców i tych najgorszych, którzy byli z nami raz w tygodniu. Starych nie obchodziła nasza praca, byli dla nas względnie dobrzy. Wykorzystywaliśmy to na niekorzyść wroga.
W sobotę przed świętami znowu otrzymałem trzy paczki, a Władek dwie. Mieliśmy jeszcze zapas z poprzednich paczek, także teraz było u nas naprawdę dużo jedzenia. Przygotowaliśmy ponad 300 kanapek dla całego bloku i dla kilku zaproszonych z zewnątrz, m. in. blokowych Hermana i Adama. Po obiedzie wyszliśmy na spacer. Było wesoło, Włosi jak zwykle śpiewali.
Pewnego razu do obozu weszła duża grupa pięćdziesięciu ludzi - jedni w mundurach inni po cywilnemu. Były to rodziny komendanta i pozostałych esesmanów. Komendant polecił nam ustawić się według narodowości i zaśpiewać coś w ojczystym języku. My zaśpiewaliśmy „Warszawiankę”. Śpiewaliśmy głośno i z entuzjazmem. Niektórzy Niemcy stanęli na baczność. Po skończeniu pieśni posypały się w naszą stronę cukierki, czekolady i papierosy.
Odtąd co niedzielę odbywały się występy w jednej z sal. Władze dostarczyły nawet nam stroje kobiece i instrumenty. Przychodzili tu różni artyści. Nasze życie trochę się zmieniło. Znikły nudne niedziele, a ich miejsce zajęła rozrywka i śpiew.


opracowanie i rysunki
Łukasz Majewski
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo e-Sochaczew.pl




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości