Reklama

Z pamiętnika „Bitka” - 11

Tygodnik Echo Powiatu
24/05/2007 10:52
Kontynuujemy publikację wspomnień Wojciecha Pioruna (1900 - 1983) - dowódcy II plutonu VI kompanii IV batalionu AK obwodu „Skowronek”.

Pamiętnik mojego pradziadka obejmuje lata 1900-45. Jednak skupia się on w nim głównie na swojej działalności w AK i pobycie w obozach: Oświęcimiu, Mauthausen i Linz. Wspomnienia te wraz z nim spisała jego córka Czesława Maria Bugaj, i to właśnie dzięki jej uprzejmości możemy je publikować.

Część trzynasta
W drugim dniu mojego pobytu na bloku nr 11 przydzielono mnie do komanda, które robiło porządki w 3 krematorium. Krematorium to było już czynne i gazy unosiły się w powietrzu. Mogłem z bliska przyjrzeć się jak wygląda. U góry zawieszone były chromoniklowe natryski, wysoko na ścianie zawieszone reflektory. Przez natrysk szedł cyklon, który w ciągu siedmiu minut zabijał 2500 ludzi. Wynosiliśmy popiół ludzki, w którym były niedopalone kawałki kości. Wrzucaliśmy to do dużego dołu. Ludzie z innego komanda wrzucali też do tego dołu resztę złota znalezionego przy trupach - nie chcieli oddawać wszystkich kosztowności esesmanom. Pracowałem tam cztery dni. Poprosiłem kapo, aby pozwolił mi pójść do szpitala. Majkuta nie zastałem, poszedłem do Berenca - tam zostałem mile zaskoczony. U niego w bloku został ustawiony ołtarz. Na szczytowej ścianie został zawieszony perski dywan, okna zostały zakryte kocami.
Ustawiono krzyż z białego drewna, a po bokach świeczniki. Na kartonie z paczki żywnościowej namalowany był Pan Jezus ze spuszczoną głową wiszący na krzyżu oraz płacząca pod krzyżem Matka Boska. Nad malowidłem paliła się czerwona żarówka. Gdy to zobaczyłem popłynęły mi łzy. Zacząłem gorąco się modlić. Ze mną stało około 200 osób. Jak się okazało, ołtarz wykonali sami chorzy.

Tej nocy Janek przerzucił mi przez druty chleb i kostkę margaryny i obiecał, że co noc będzie przerzucać mi jedzenie. Nie zapomniał o mnie - przez cały okres mego pobytu w obozie dokarmiał mnie, a jak zrobiło się zimno załatwiał bieliznę i skafander.

Jednego dnia byliśmy świadkami jak pod krematorium podjechały cztery duże samochody wiozące Greków. Ludzie ci przed pójściem do pieca wykrzykiwali: Naszą krwią odkupiona będzie Ojczyzna!
W naszym bloku była ciepła woda i mydło, toteż po takiej robocie przy krematorium mogliśmy się dobrze wymyć. Co sobota dostawaliśmy po 2 litry mleka na osobę. Pracowaliśmy przy krematorium w cztery osoby. Pilnowało nas dwóch niedobrych kapo, którzy bili nas trzonkami łopat. Z jednym z więźniów, z Sobocińskim, zaprzyjaźniłem się. Pochodził ze Starachowic. Jednego dnia podczas mgły, gdy wszyscy staliśmy, czekając aż opadnie, rozpoznałem w innych komandach znajomych: Andrzeja Kruliczaka i Bronisława Bombrycha. Zdziwili się bardzo, że żyję - myśleli, że zostałem rozstrzelany na Pawiaku.
Tymczasem Matczak, nie wiem dlaczego, przestał do mnie przychodzić. Pytał o mnie Wiesiek Kacprzak - kuzyn z Warszawy, ale już nie mogłem się z nim spotkać, ponieważ 5 listopada odczytano listę 50 osób, które zostaną przewiezione do innego obozu - ja znalazłem się na tej liście. Tego dnia dostałem jeszcze wałówkę i ostatnią paczkę z domu. Zabrano nas wszystkich przed bramę wejściową. Wyczytywano nazwiska. Zaprowadzono nas do starego Oświęcimia do łaźni. W bloku nr 20 otrzymaliśmy nowe pasiaki, buty, sweter, rękawiczki, skarpety, beret i ręcznik. Później wprowadzono nas na strych - spotkałem tam Żukowskiego, który wpadł w ręce SS przypadkiem, oraz Leonarda Gmurczyka i Janka Selerskiego. Ci ostatni przez trzy miesiące ukrywali się. Myśleli, że gestapo zapomniało o nich i mogą bezpiecznie wrócić do domów. Po dwóch nocach pobytu w domach zostali odnalezieni i aresztowani.
Zgromadzono nas na strychu w 1500 osób. Jeden stał przy drugim, nie było gdzie się ruszyć. Rano sprowadzono nas na plac apelowy i tu każdy dostał bochenek chleba i serek topiony. Ustawili nas piątkami blisko bramy. Po drugiej stronie był blok kobiecy. Kobiety z bloku pootwierały okna i przyglądały się nam. Były różnej narodowości. Zaczęły rzucać nam chleb i czekoladę. Były ładnie i kolorowo ubrane i umalowane. Jak się okazało, był to blok publiczny odwiedzany przez SS i niektórych funkcyjnych kapo.
Zaprowadzili nas na dworzec i wsadzili do wagonów towarowych po 50 osób. Wstawili do wagonu 10-litrową bańkę kawy i zamknęli drzwi od zewnątrz.
Po dwóch dniach dotarliśmy do Wiednia. Usłyszeliśmy strzały. SS otworzyło nasz wagon i sprawdziło podłogę, ale była w porządku. Przestrzegali nas przed próbą ucieczki. Więźniowie z drugiego wagonu tego próbowali i zostali zabici.

Jechaliśmy jeszcze jedną noc, zanim dotarliśmy do Mauthausen. Na dworcu przekazano nas miejscowemu SS. Szliśmy bardzo wolno polnymi ścieżkami przez wsie. Byliśmy głodni i wyczerpani, niektórzy mdleli. W obozie musieliśmy czekać pod łaźnią na ciepłą wodę. Do naszej grupy podszedł esesman i odliczył 800 osób, którzy mieli największe problemy z marszem. Było wśród nich trzech kolegów z Sochaczewa. Poprowadzono ich jeszcze dalej do oddalonego o 8 kilometrów Gusen W łaźni pozostawiliśmy swoje ubrania, a dostaliśmy porwaną bieliznę i tzw. łatki na palce u nóg. Tak zaprowadzono nas do bloku nr 20. Blokowymi byli tu Hiszpanie. Była tu jedna duża sala. Okna pozasłaniane były kocami. Było nas tam 700 osób, zaczęło robić się duszno. Okna zasłonięte były po to, abyśmy nie widzieli, jak rozstrzeliwują więźniów. Po drugiej stronie baraku była ściana śmierci. Na czas egzekucji pozostałych więźniów zamykano. Blokowy bił nas gumą i kazał nam się ciaśniej ułożyć. Leżeliśmy ściśnięci na zmianę: głowa - nogi, nogi - głowa. Mieliśmy jeden koc na 4 osoby. Rano po czwartej już nocy nieprzespanej, przyszedł blokowy i zaczął coś po hiszpańsku krzyczeć. Nikt go nie rozumiał. Przyszedł inny i po niemiecku kazał nam wstać, wynieść sienniki i zamieść podłogę. Później wyszliśmy nago do umywalni i musieliśmy umyć się cali w zimnej wodzie. Ręczników nie było. Po myciu wzięliśmy bieliznę i wyszliśmy na plac otoczony drutem kolczastym. Tu oblepieni śniegiem dopiero ubieraliśmy się. Żeby się trochę ogrzać, chodziliśmy w kółko. Stanęliśmy blisko siebie, wtedy blokowy podszedł do nas z hydrantem i oblał nas zimną wodą, a był to już listopad. Był mróz i śnieg, a my staliśmy na placu boso, w samej bieliźnie aż do wieczora. Do bloku pozwolono nam wejść dopiero po kolacji. Taki plan dnia obowiązywał aż do 24 listopada. W Oświęcimiu blokowy Bednarek był niedobry, ale Hiszpanie w swoim okrucieństwie go przewyższali. Wszyscy byliśmy tutaj wygłodzeni, przemoczeni, przeziębieni, a do tego czyraki obsypały nam całe ciało. Ja sam nie mogłem się przez nie ruszać.

25 listopada zbudził mnie esesman i spytał o mój wiek i kazał mi wyjść przed blok. Było nas tam 25 więźniów. Zabrało nas SS. Początkowo myśleliśmy, że idziemy na śmierć. Codziennie przecież rozstrzeliwali pod naszym oknem kilka lub kilkanaście osób. Zaprowadzono nas do bloku nr 15 i tam ubrano. Otrzymaliśmy bieliznę, pasiaki, buty na drewnie, płaszcz, beret, nauszniki, wełniane skarpety, rękawiczki i nawet chusteczkę do nosa. Przez 19 dni byliśmy pozbawieni ubrania i staliśmy boso, głodni na mrozie, często do tego polewani zimną wodą. Byliśmy zrozpaczeni i myśleliśmy, że już żaden z nas tego dłużej nie wytrzyma. Toteż jak nas tak ubrali, wstąpiła w nas nowa nadzieja. Wiedzieliśmy, że gdzieś nas wywożą, nie wiedzieliśmy jednak, czy aby nie czeka nas jeszcze gorszy los.
Na drogę dostaliśmy dzienną porcję chleba i puszkę konserw na pięciu. Ustawiono nas w dwuszeregu i pod opieką blokowego czekaliśmy na samochód. Po drodze blokowy powiedział nam, że jedziemy do I komanda w Linzu, i że tam jest dobrze.
Ten, który nas wybierał, przed wojną był międzynarodowym kasiarzem. Miał na imię Adam. Niemcy wzięli go do obozu na kierownika robót budowlanych. Pochodził z tych okolic. Mógł dobierać sobie robotników. Wybierał Polaków jako najbardziej pracowitych i obowiązkowych. Gdy podjechał samochód, Adam odczytywał listę i w tej kolejności wchodziliśmy do samochodu, gdzie było już SS. Ja z powodu czyraków nie mogłem sam wsiąść do samochodu. Pomogli mi koledzy. Po ujechaniu około 2 km Adam wysiadł z samochodu i z plecaka wyciągnął dla każdego po bułce. Przyjechaliśmy do obozu, który był dopiero w rozbudowie. Były gotowe tylko cztery bloki. Bloki te stały na terenie fabryki Hermana Geringa. Przyprowadzono nas do bloku nr 1 i oddano pod opiekę Niemcowi Hermanowi. Tu mieliśmy swoje łóżka, szafki z menażkami, łyżkami i talerzami. W części mieszkalnej były stoły i taborety. Jak na obóz koncentracyjny, były tam wspaniałe warunki.


opracowanie Łukasz Majewski
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo e-Sochaczew.pl




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości