Kontynuujemy publikację wspomnień Wojciecha Pioruna (1900 - 1983) - dowódcy II plutonu VI kompanii IV batalionu AK obwodu „Skowronek”.
Pamiętnik mojego pradziadka obejmuje lata 1900-45. Jednak skupia się on w nim głównie na swojej działalności w AK i pobycie w obozach: Oświęcimiu, Mauthausen i Linz. Wspomnienia te wraz z nim spisała jego córka Czesława Maria Bugaj, i to właśnie dzięki jej uprzejmości możemy je publikować.
Część dwunasta
Na drugi dzień dostałem bardzo dużej gorączki. Kapłan kazał położyć mi się do łóżka. Przez pierwsze dni nie można było ustalić choroby. Doktor Kapłan przyprowadził ośmiu lekarzy na konsultacje. Doktorzy Knot i Wiśniewski rozpoznali tyfus. Przeniesiono mnie na 9 blok tyfusowy. Lekarz z tego bloku rozpoznał we mnie dowódcę I plutonu I szwadronu III pułku ułanów. Przedstawił się. Był lekarzem pułkowym, nazywał się Szor. Powiedział mi, żebym się nie martwił, bo on nie pozwoli mi umrzeć, on mnie wyleczy. Kazał położyć mi się do łóżka i dobrze okryć całe ciało. Zabrał mi paczkę, która wcześniej przyszła z domu, aby nikt mi jej na sali nie podkradł. Zrobiło mi się strasznie gorąco. Będąc na wpół przytomny, odkryłem się. Ktoś mnie znów przykrył, jednak nie kojarzyłem już kto. Nieprzytomny byłem przez 6 dni. Gdy oprzytomniałem, doktor Szor powiedział, że przyszła dla mnie druga paczka, ale on zabrał z nich smalec i dał SS, w zamian za zastrzyki. Dzięki tym zastrzykom przeżyłem. W kantynie kupowano wodę mineralną i dawano mi ją do picia. Byłem zaskoczony tym, że ktoś dla mnie kupuje wodę. Lekarz zabronił mi mówić, powiedział, że po uzdrowieniu dowiem się, kim był mój dobroczyńca. Cały czas podczas mojej choroby ktoś przy mnie czuwał. Majkut karmił mnie dietetyczną zupą. Przez chorobę strasznie schudłem. Pozostała tylko skóra i kości. Przy wzroście 176 cm ważyłem tylko 37 kilogramów. Jednak pod troskliwą opieką przyjaciół szybko wracałem do zdrowia. Po ozdrowieniu dowiedziałem się, że Szor cały czas siedział przy mnie, gdy byłem nieprzytomny. On zgolił mi trzy razy włosy i tym samym uratował je. W miarę jak dochodziłem do siebie, powracał również i apetyt. Koledzy jak mogli, znosili mi jedzenie. Ku mojej radości z domu otrzymałem bardzo dobrą paczkę, jakby żona przeczuwała, że po ciężkiej chorobie muszę zebrać siły. Była w niej połowa wędzonej szynki, ser biały, groch suszony ze skwarkami i smalcem, słodkie suchary i około 2 kg cebuli, tak tu bardzo potrzebnej - szkorbut bardzo dawał się we znaki. Po 25 dniach ważyłem już 82 kg. Takich szczęśliwców jak ja było mało. Inni umierali, bo brak im było pomocy i opieki przyjaciół. Ja najbardziej zawdzięczałem swoje życie Szorowi właśnie oraz Majkutowi, Skibie oraz Wolskiemu i Boroncowi? Ja w miarę możliwości pomagałem innym, ale teraz z nawiązką mi się odpłacono. Byli też tacy, którzy sami szukali śmierci. Jednego kilka razy ratowaliśmy po próbach samobójczych. Pewnego razu, gdy go nikt nie pilnował, skoczył do studni z płytką wodą i tam poniósł śmierć. Jednak w większości przypadków ludzie za wszelką cenę pragnęli żyć. Gdy już całkowicie doszedłem do siebie, doktor Kapłan zabrał mnie z powrotem do siebie. Po powrocie do mojego starego bloku nie zastałem już Gliwnego i Kowalskiego - musieli wrócić do macierzystych bloków. Z początku, gdy o tym nie wiedziałem, było mi trochę przykro, że mnie nie odwiedzali. W tym czasie prowadziliśmy z Cyganami ożywiony handel wymienny. Oni byli po drugiej stronie drutów. Przerzucaliśmy przez nie chleb, a w zamian dostawaliśmy tytoń i mleko. Handel taki możliwy był, gdy wartownik był ludzki i pozwalał nam na to. Jak był drań, strzelał do nas. Była tam w obozie cygańskim pielęgniarka rosyjska Marusia. Ona odbierała i karmiła dzieci cygańskie. Z nią też prowadziliśmy wymianę.
Pewnego razu przywieźli na nasz blok 300 młodych Żydów różnej narodowości. Wszyscy byli wysterylizowani. Byłem zdziwiony, dlaczego ich do nas przywieźli - wyglądali na zdrowych. Jeden z nich wyjaśnił nam, że lekarze SS założyli im na jądra szczypce i podłączyli na krótko pod prąd. Przez dwa dni byli badani przez doktora Kapłana i lekarzy SS. Dopiero drugiego dnia stwierdzono u czterech wyciek z jąder. Kapłan polecił mi przynieść maść i bandaże. On chore miejsca smarował, a ja bandażowałem. Zaczęli odczuwać ból. Trzeciego dnia przyjechała trzyosobowa komisja. Znowu ich badali. Coraz więcej z nich zaczęło chorować, nie mogli chodzić. Mieli całe krocza opuchnięte. Po paru dniach opuchlizna zeszła, ale ropień nadal wyciekał. Po kilu dniach wyzdrowieli, jednak jądra zanikły i pozostały tylko małe szramy. Później wszystkich wzięli do komory gazowej i krematorium.
Zaczęły przybywać całe rodziny żydowskie z dobytkiem, przywożone transportem towarowym. W wagonach pełno było żywności, dolarów, kosztowności, futer. Żydzi wychodzili sami z wagonów, cały majątek zabierali Niemcy. Wychodzili rzekomo na chwilę do łaźni, a szli prosto do komór gazowych. Sprawdzano przez wizjer, czy wszyscy są już martwi, a następnie uruchamiano wentylator. Wtedy wchodzili inni Żydzi, zabierali ubrania na wózek i pod eskortą SS przewozili do magazynów. Ci sami Żydzi zabierali wszystko z wagonów i również składowali to w magazynach. Przy trupach robiono rewizję, zabierano wszystkie kosztowności, jakie przy nich pozostały, jak złote monety czy biżuteria. Żydów z obsługi co jakiś czas zmieniano. Starsi szli do komory gazowej, a na ich miejsce przychodzili nowi. Żydzi z komanda komór gazowych przychodzili czasem do nas, na krótki pobyt do szpitala i opowiadali nam dokładnie o tych zbrodniach. Zdarzały się też bohaterskie wyczyny ludności żydowskiej, dokonane na oczach całego obozu. Pewnego razu przyjechał transport Żydów z Paryża. SS jak zwykle popychało ich i biło karabinami. Młoda Żydówka - artystka nie wytrzymałą takiego traktowania, wyrwała jednemu z esesmanów karabin i zawartość jego wpakowała w najgorszego drania - dowódcę SS. Padł martwy, ale i Żydówka została natychmiast zastrzelona przez SS. Poniosło śmierć również wielu innych Żydów. Żydówka wiedziała, że i tak nie ma nic do stracenia, dokonała bohaterskiego czynu, pozbawiając życia najgorszego dręczyciela. Jego następca był już o wiele łagodniejszy. W czasie mojej choroby zabrali do komory gazowej wszystkich funkcyjnych Żydów. Niektórzy z nich byli draniami, nieraz gorszymi od Niemców. W październiku przyszedł do mnie Kapłan i poinformował mnie, że muszę wrócić do bloku izolacyjnego nr 11. Nie było rady, musiałem wrócić do jednego z najgorszych bloków. Z bloku tego mało kto wychodził żywy. Przed opuszczeniem szpitala spotkałem się z Majkutem i Tatą. Tata tym razem nie mógł mi nic pomóc. Poradził tylko, abym starał się najbliższym transportem wyjechać do innego obozu, gdzie nie ma izolacji. Co się stało z Majkutem i Tatą - którego prawdziwego nazwiska nawet nie znałem, nie wiem. Tata pochodził z Poznania. Po wyzwoleniu szukałem i jednego, i drugiego - nie odnalazłem ich. Udało mi się za to odnaleźć Janka Berenca, zamieszkałego w Piotrkowie Trybunalskim.
13 października 1943 roku powróciłem na blok 11, żegnając się z doktorem Szorem, Kapłanem, Berencem, Majkutem i z Tatą. Musiałem się zameldować blokowemu Bednarkowi. Wziął moją kartę i oddał lekarzowi, który powitał mnie słowami: Gdzieś się, byku tak uchował? Trzeba cię zapędzić do roboty. Po ułożeniu swoich rzeczy na koi, Bednarek dał mi miotłę, szufelkę, wiadro i kazał sprzątnąć cały blok. Wieczorem przyszli więźniowie z pracy przy bloku nr 9. Z dawnych kolegów już nikogo nie spotkałem. Nie znałem tutejszych regulaminów. Czułem się nieswojo i obco. Pewnego razu, gdy zamyślony stanąłem ze wszystkimi po zupę, dostałem cios w twarz. Usłyszałem słowa: Jak stoisz ofiaro! Nie wiedziałem, że po zupę stoi się tu na baczność. Jeden z więźniów po cichu zwrócił mi na to uwagę. Z nerwów przestałem być głodny. Moją zupę oddałem najbliżej stojącemu. Na moim ubraniu nie miałem czerwonego koła i liter JL. Kapo dopisał mi czerwonym ołówkiem litery i kazał zgłosić się do blokowego. Tak niekompletnie ubrany poszedłem do roboty. Porządkowaliśmy teren po budowie jezdni. Tam dowiedziałem się, że ten, który mnie uderzył, jest plutonowym podchorążym z Warszawy i jest zastępcą blokowego. On za byle co kopał i bił ludzi. Nazywał się Mioduszewski. Z pracy nasze komando, jako najbardziej niebezpieczne, powracało pierwsze. Za nami szła kompania karna. Na bloku panował rygor. Z przesadą pilnowano porządku. Na podłodze nie mogło być nawet pyłku. Pilnowali tego Ślązak Bednarek i Mioduszewski. Za byle przewinienie, za znalezienie małego śmiecia, które często sami podrzucali, trzeba było dźwigać ciężkie tragi z grubych bali. Oprawcy nasi wyżywali się na nas, ile mogli. Prześcigali się w wynajdowani dla nas coraz to nowych kar, aby zaskarbić sobie łaski SS.
opracowanie i rysunki Łukasz Majewski
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze