Kontynuujemy publikację wspomnień Wojciecha Pioruna (1900 - 1983) - dowódcy II plutonu VI kompanii IV batalionu AK obwodu „Skowronek”.
Pamiętnik mojego pradziadka obejmuje lata 1900-45. Jednak skupia się on w nim głównie na swojej działalności w AK i pobycie w obozach: Oświęcimiu, Mauthausen i Linz. Wspomnienia te wraz z nim spisała jego córka Czesława Maria Bugaj, i to właśnie dzięki jej uprzejmości możemy je publikować.
Część ósma
Ściany sali całe były we krwi. Odoru wydobywającego się z sali nie można było wytrzymać. Pod ścianą postawiono krzesło i kazano mi usiąść. Po dłuższej chwili przyprowadzono młodziutką 16- letnią dziewczynę o imieniu Halina, która przenosiła broń do getta. Pytano ją, kto jej dał broń. Ona wypierała się wszystkiego. Twierdziła, że koło getta tylko przechodziła, że nie jest Żydówką tylko chrześcijanką. Na dowód pokazała medalik z łańcuszkiem na szyi. Wprowadzono dwa psy. Rzuciły się na nią, szarpiąc ubranie, a później ciało. Krew bryzgała w koło. Głodne psy pastwiły się nad ofiarą. Dziewczyna straszliwie krzyczała. Poszarpane ciało przedstawiało tak straszliwy widok, że odwracałem wzrok ze zgrozą. Nie mogłem patrzeć na piekielną ucztę rozszalałych bestii. Oprawcy patrząc na to byli roześmiani i zmuszali mnie do patrzenia. Gdy kaci zobaczyli, że dziewczyna jest już martwa, siłą odciągnęli od niej psy i wyprowadzili je. Mnie również odprowadzili do „tramwaju”. 23 kwietnia, w dniu moich imienin, odbyło się ostatnie przesłuchanie. Wprowadzono mnie ponownie do kaźni. Tym razem ustawiono mnie tyłem do ściany i kilka razy uderzono w tył głowy, następnie wprowadzono psy. Zrobiło mi się gorąco i słabo. Psy dopadły do mnie i zaczęły szarpać moje ubranie. Byłem przerażony, ale nie odczuwałem, co dziwne, bólu. Psy poszarpały tylko moje ubranie i zostały wyprowadzone.
Następnie usłyszałem głos mówiący do mnie: komendancie Sochaczewa, odwróć się! Ja nic. - Skarbniku Sochaczewa, odwróć się! Ja nic. - Kolporter Sochaczewa, odwróć się! Ja nadal nic. Wówczas jeden z gestapowców podszedł do mnie i odwrócił mnie twarzą do sali. Jakież było moje przerażenie, gdy po drugiej stronie ujrzałem kpt. Kowalskiego - „Wujcia” - „Zbyszka” komendanta ZWZ z Sochaczewa. Nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Wiedziałem już, kto mnie wsypał. Poczułem się jakbym obuchem dostał w głowę. Jeden z gestapowców podszedł do niego i rozkazał: Podejdź do tego bydlaka i powiedz mu, aby się przyznał! Moje cierpienia były niepotrzebne. Kapitan podszedł do mnie na dwa kroki, zasalutował i powiedział: Wojtek przyznaj się, ja nie wytrzymałem bicia. Przestaną ciebie bić jak się przyznasz. To ja wsypałem cały sztab powiatowy.
Jeden z oprawców podszedł do mnie, uderzył pięścią w brodę i spytał: Będziesz mówił? Odpowiedziałem, że tak, nie miałem już wyboru. Trzech gestapowców zaprowadziło mnie na III piętro do pokoju 252. Tam była maszynistka mówiąca po polsku. Postawili mnie przy szafie, a sami w tym czasie spożyli obfity obiad. Mi dano w moje obolałe ręce do trzymania lampę, uprzedzając abym jej nie zbił, bo mnie zastrzelą. Po dłuższym czasie ręce zaczęły mi opadać. Powiedziałem, że już dłużej nie dam rady. Jeden z nich wziął ode mnie lampę i kazał mi usiąść na krześle. Poczęstował mnie papierosem - odmówiłem. Zaczął oglądać moje dłonie, czy przypadkiem nie ma na nich śladu tytoniu. Zauważył moje spuchnięte ręce i czarne paznokcie. Zapytał się co to jest - odpowiedziałem, że pamiątka poprzedniego przesłuchania - zaśmiał się tylko. Przysunął krzesło do moich nóg, swoje stopy położył na moich stopach i zaczął mnie bić po udach - zasłoniłem się ręką, zaczął bić po rękach. Z bólu znów wyłem - oprawca bił dalej. Gdy ten się zmęczył, zaczął mnie bić drugi po plecach. Kazał położyć mi się brzuchem na krześle, dłonie oprzeć o podłogę, na których stanął. Zaczął bić mnie gumą po plecach i pośladkach. Bił drań bez opamiętania - ja krzyczałem wniebogłosy. Gdy oprawcy się zmęczyli, kazali mi wstać. Nie miałem siły, osunąłem się na podłogę. Podeszli i posadzili mnie na krześle. Z bólu nie mogłem wysiedzieć, ale zmuszali mnie do tego. Później zawołali maszynistkę, która w międzyczasie uciekła z pokoju. Miała łzy w oczach, gdy powróciła. Kaci zaczęli zadawać mi pytania, na które zacząłem odpowiadać. Pytali, kiedy i gdzie się urodziłem, jaką szkołę skończyłem, jak nazywa się kapitan, który mnie wsypał. Gdy wymieniłem nazwisko Kowalski Ignacy, powiedzieli, że to już jego czwarte nazwisko. Zaczęli pytać też, gdzie mam ukrytą broń. Powiedziałem, że broni nie miałem, że dopiero miałem j ą zdobyć w wyniku akcji. Uwierzyli w tę bajkę. Pytali dalej, dlaczego należałem do organizacji, powiedziałem że chciałem żyć i pracować w wolnej Polsce. Jeden z nich aż trzy razy powtórzył: - Będziesz wolny - i pokiwał głową. Przyznałem się do siedmiu nazwisk, tj: Żukowskiego, Matczaka, Gmurka, Świerczewskiego, Sosnowskiego, Fronczka i Kowalskiego. Podałem ich adresy. Oni już byli ostrzeżeni zaraz po biciu w Sochaczewie. Przeczytali mi protokół i kazali podpisać. Kazali mi wstać, nie mogłem o własnych siłach. Wzięli mnie pod ręce i ciągnęli po sali. Po około dwóch godzinach mogłem już chodzić. Chcieli dranie, abym o własnych siłach wyszedł z sali. Na Pawiaku wzięto mnie tym razem pod zimny prysznic - sprawiało mi to wielki ból. Tam podszedł do mnie Stefan Urbański, który początkowo mnie nie poznał - tak byłem zmieniony katowaniem - i obmył mi plecy. Z przerażeniem stwierdził, że na plecach mam wszystkie kolory z wyjątkiem koloru skóry.
Tym razem nie powróciłem już do dawnej celi, zaprowadzono mnie do celi nr 29. Tam spotkałem 5 chłopców oskarżonych przez młodą kobietę o ćwiczenie z bronią. Niektórzy z nich nie mieli więcej niż 14 lat. Następnego dnia, na obórce spotkałem Matczaka, który mi powiedział, że na pierwszym przesłuchaniu przyznał się i został tu przeniesiony. Mówił, że chodzi codziennie do pracy na stolarni w podwórzu. Powiedziałem mu o konfrontacji ze „Zbyszkiem” - „Wujciem”, który wsypał cały sztab powiatowy. Mnie również przydzielono do pracy w stolarni, gdzie sprzątałem i przenosiłem gotowe elementy do magazynu. Było to dla mnie o wiele za ciężkie - ręce miałem jeszcze sztywne. Pewnego razu podszedł do mnie sierżant z policji granatowej i od niechcenia zapytał, czy znam pannę Danusię. Odpowiedziałem, że nie, ale znam pannę Krystynę. Kazał mi iść do magazynu rupieciarni. Tam podał mi notes, abym napisał, kogo mają uprzedzić w Sochaczewie. Podałem siedem pseudonimów, do których musiałem się przyznać i adres żony. Gdy spostrzegł moje rany, dał mi miotłę i kazał udawać, że zamiatam. Był to mistrz stolarski J. Borzym, który przychodził z miasta do pracy i przenosił grypsy do odpowiedniego łącznika. Do stolarni więcej nie poszedłem. Przeniesiono mnie do celi nr 30. O przeniesienie postarał się wachmistrz Kowalenko - był to straszny drań i bił ludzi, jednak dla mnie okazał się dobry. Z tej celi nikt nie chodził na roboty. Było tu czterech Polaków i Francuz. Sala była mała, było małe okienko z widokiem na bramę. Nie wolno było nam patrzeć przez nie. Zawiesiliśmy sznurek i powiesiliśmy ręcznik tak, że mogliśmy patrzeć przez okno niezauważeni.
Mój gryps, jak się później okazało, jeszcze tego samego dnia został doręczony do mojej żony przez łącznika Edwarda Michałowskiego. Żona natychmiast powiadomiła wszystkich siedmiu. Po trzech miesiącach, gdy przyjechało po nich gestapo, zastali tylko Gmurka i Selerskiego, którym sprzykrzyło się ukrywanie. Myśleli, że może już gestapo dało sobie z nimi spokój - pomylili się. Znaleźli się w Oświęcimiu. Eugeniusz Żukowski też wpadł, ale przez przypadek - podczas łapanki. Również znalazł się w Oświęcimiu.
W parę lat później miałem sposobność odwdzięczyć się J. Borzymowi. Po wyzwoleniu ukazała się książka pt. „Życie Pawiaka”. Autor tej książki zaznaczył, że na stolarni pracował mistrz Borzym na usługach gestapo. Autor nie wiedział, że człowiek ten należał do organizacji, ryzykował własne życie i po prawidłowo podanej odezwie na hasło, pomagał ludziom. Narażał się na wielkie niebezpieczeństwo przenosząc grypsy i oddając je łącznikom.
opracowanie i rysunki
Łukasz Majewski
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze