Reklama

Z pamiętnika Bitka- 6

Tygodnik Echo Powiatu
28/03/2007 08:35

Kontynuujemy publikację wspomnień Wojciecha Pioruna (1900 - 1983) - dowódcy II plutonu VI kompanii IV batalionu AK obwodu „Skowronek”.
Pamiętnik mojego pradziadka obejmuje lata 1900-45. Jednak skupia się on w nim głównie na swojej działalności w AK i pobycie w obozach: Oświęcimiu, Mauthausen i Linz. Wspomnienia te wraz z nim spisała jego córka Czesława Maria Bugaj, i to właśnie dzięki jej uprzejmości możemy je publikować.

Część siódma

Zajechaliśmy na dworzec. Matczak z jednym z żandarmów pomogli mi wysiąść z wozu i przejść do pustego wagonu. Pojechaliśmy do Warszawy. Na dworcu czekała więzienna karetka. Zawieźli nas na Pawiak. Tam żandarmi przekazali nas, jak mówili - „polskich bandytów” - gestapo. Zaprowadzono nas do piwnicy. Mnie rzucono na posadzkę. Polano wodą. Zimna woda dobrze mi zrobiła na moje potłuczone mięśnie i rany. Ulżyło mi i popadłem w odrętwienie albo sen. Z początku pamiętałem kroki Matczaka, który chodził w kółko. Po przebudzeniu czułem się lepiej i o własnych siłach stanąłem na nogi. W chwilę później usłyszałem otwieranie drzwi. Wszedł w niemieckim mundurze wichmajster Kowalenko mówiący po rosyjsku. Wprowadził nas na górę, kazał rozebrać się i przejść do lekarza na badania. Było nas tam bardzo dużo. Moja kolej przyszła dopiero po dwóch dniach czekania. Rozebrałem się sam. Najgorzej było z koszulą, która zdążyła mi wrosnąć w rany. Pomógł mi lekarz Polak- zdarł mi ją po prostu razem ze strupami. Zabolało bardzo. Lekarz niemiecki popatrzył na moje rany, dał mi maść i kazał sanitariuszowi posmarować mi plecy.
Nasze ubrania poszły do odparowania. Po założeniu nowych ubrań, zaprowadzili mnie do celi numer 52. Było nas tam około 30 osób, stłoczonych w malutkim pomieszczeniu. Cały czas musieliśmy chodzić, nie wolno było przestać. Ja byłem słaby z bicia i z głodu. Starszy pan poradził mi, abym przy ścianie, z dala od drzwi, położył się na kurtce. W razie czego inni mieli mnie ostrzec, abym wstał i dalej chodził.
Moja cela była najgorsza. Z niej brali ludzi na Al. Szucha i pod ścianę straceń. Dostałem pierwszy obiad, którego nie zapomnę do końca życia. 5 kwietnia zabrali z naszej sali 6 osób, w tym Matczaka, który już do nas nie powrócił.

Następnego dnia zabrano mnie na przesłuchanie na Aleję Szucha. Przewieziono nas tam pod liczną eskortą. Na Szucha podzielono nas na trzy grupy i wprowadzono do oddzielnych cel. Tam pilnowali nas gestapowcy. Otrzymaliśmy krupnik, podany nam przez Czerwony Krzyż. Gdy przyszła moja kolej, dwóch gestapowców wyprowadziło mnie i poszliśmy na górę. Tam zaczęło się przesłuchanie. Tam też pytali o „Narcyza”, „Młota”, innych, o ich adresy. Wymieniali nazwiska: Żukowski, Gmurek. Zorientowałem się, że podawali nazwiska ludzi i ich pseudonimy, nie wiedząc, że są to jedne i te same osoby. Mogli robić to specjalnie. Byłem czujny. Odpowiadam, że nikogo nie znam, nic nie wiem. Gestapowiec mówiący po Polsku uderzył mnie gumą, zasłoniłem się odruchowo ręką. Dostałem parę gum po ręku i po głowie, potem zaczął bić już gdzie popadnie. Rany zagojone zaczęły na nowo krwawić. Z bólu krzyczałem: nie bij po ranach! Wtedy ściągnięto ze mnie koszulę i obejrzano moje rany. Gestapowcy śmiejąc się, zapytali, kto mnie tak urządził. Odpowiedziałem, że to żandarmi z Sochaczewa. Gestapowiec powiedział: gdybyś się przyznał w Sochaczewie, to już byś tam wisiał, a tak przysłali cię do nas. My już wszystko wiemy, tylko chcemy abyś to potwierdził. Kazali włożyć mi koszulę i poprawić włosy i odprowadzili mnie do tzw. tramwaju - celi numer 3.
Gdy wróciłem na Pawiak, wziąłem ciepły prysznic, ubrania znowu poszły do odparowania. W celi zaopiekował się mną ten sam starszy pan. Po obejrzeniu moich pleców krzyknął z przerażenia i zawołał do pomocy trzech mężczyzn - byli to jego synowie i zięć. Nazywał się Wróblewski, pochodził z Tomaszowa Lubelskiego. On z synami siedzieli tam już dwa miesiące, ale ani razu nie byli przesłuchiwani. Był tam oprócz nas mężczyzna, który przestrzegał, aby podczas przesłuchania nic nie brać od gestapo, bo to jest pułapka. Gdy ktoś przyjmie papierosa to wybijają mu zęby, gdy ktoś skusi się na wypicie wódki, ma wbijaną stłuczoną szklankę w usta.

8 kwietnia znowu wzięto mnie na przesłuchanie. Przesłuchiwali inni gestapowcy. Długo przeglądali moje papiery, jeden z nich powiedział: I co ptaszku, będziesz dziś śpiewał, czy mamy cię do tego zmusić? Nie zabijemy ciebie, ale do śpiewania zmusimy. Podprowadzili mnie do słupka i założyli pętlę na ramiona, każąc mi wejść po schodach na górę. Tam przymocowali mi pętlę i jeden z nich wytrącił mi stołek spod nóg. Zawisłem w powietrzu. Po chwili poczułem ból w ramionach i mroczki w oczach. Podszedł jeden, uderzył mnie w brodę i spytał czy będę mówić, czy wolę wisieć. Ja cały czas mówiłem, że nic nie wiem. Pozostawiono mnie tak. Jeden z nich powiedział: To twardy pies. Jak długo wisiałem, nie wiem. Zemdlałem.
Oprzytomniałem, gdy upadłem na podłogę. Wstać o własnych siłach nie dałem rady. Gestapowcy wzięli mnie pod rękę i zaczęli szybko chodzić. Odzyskiwałem powoli siły, posadzili mnie na krześle i dalej zaczęli pytać. Wzięli mi ręce do tyłu i powkładali między palce ołówki. Zaczęli gnieść moje ręce. Był to tak straszny ból, że zawyłem jak zwierz, ale i tym razem nic ze mnie nie wydobyli. Dali mi spokój i zaprowadzili do „tramwaju”. Tam upadłem na twarz. Pomogli mi wstać najbliżej stojący i posadzili mnie na ławce. W takim stanie odwieźli mnie na Pawiak. Po przybyciu do celi, współwięźniowie zaczęli wypytywać, za co mnie tak straszliwie katują. Bałem się mówić. W celi mógł być jakiś prowokator, musiałem być ostrożny. Wieczorem Wróblewscy znów posmarowali mi wazeliną plecy. Cierpiałem niesamowicie. W nocy nie mogłem spać. Za moją celą znajdowała się ściana śmierci. Słyszałem strzały. Z naszej celi często wyprowadzali ludzi, którzy nigdy już nie powrócili.

12 kwietnia znowu mnie zabrali. Tym razem nie byłem przesłuchiwany, chcieli mnie wykończyć nerwowo i tym załamać. 15 kwietnia - kolejne przesłuchanie i wieszanie na słupku. Tym razem powiedzieli mi, że będę wisiał tak długo, aż się przyznam. Gdy wisiałem, zaczęli wbijać mi drzazgi za paznokcie. Byłem tak zbolały, że mimo niesamowitego bólu nie reagowałem. Z ust wydobywał się tylko jakiś jęk i bełkot. Potem zemdlałem. Miałem chwilę zwątpienia, myślałem że to już mój koniec. Jednak okazało się, że człowiek często może wytrzymać więcej niż mu się wydaje.
Zastanawiałem się, co robić. Czy przyznać się i wydać na pewną śmierć? Jak długo mogę jeszcze znosić katusze?
Jeden z oprawców podszedł do mnie i kopnął mnie w nogę. Kazał mi wstać. Nie poruszyłem się. Wówczas podeszli do mnie i postawili przy ścianie, zaczęli poruszać moimi palcami i chodzić ze mną. Wyprowadzili mnie do „tramwaju”. Koledzy pomogli mi wsiąść do samochodu. Ręce miałem sztywne, pod paznokciami krew. W celi znów Wróblewscy opiekowali się mną. Karmili mnie i poili. Gdyby nie ich pomoc, zmarłbym z głodu. Rąk nie czułem, o poruszaniu nimi nie było mowy. Czułem się podle. W głowie miałem straszliwy szum. Miałem dużą gorączkę, często mdlałem. Dodatkowo, gdy odzyskiwałem przytomność, dręczyły mnie złe myśli i strach. Zastanawiałem się dlaczego śmierć jeszcze do mnie nie przyszła. Dlaczego cierpię takie męki? Wiedziałem jednak, że dopóki się nie przyznam, to będę im jeszcze potrzebny.
20 kwietnia - kolejne przesłuchanie - i znowu nowe twarze gestapowców. Było ich aż czterech. Jeden z nich ze złością uderzył mnie w twarz, a następnie w szale zaczął mnie okładać gumą. Wyprowadzono mnie.
22 kwietnia nie zaprowadzono mnie na górę jak zwykle, ale wprowadzono na dół - do dużej sali bez okien. Była to kaźnia, gdzie mordowano ludzi.

rysunki i opracowanie
Łukasz Majewski

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo e-Sochaczew.pl




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości