Reklama

Z pamiętnika Bitka - 5

Tygodnik Echo Powiatu
28/03/2007 08:19

Kontynuujemy publikację wspomnień Wojciecha Pioruna (1900 - 1983) - dowódcy II plutonu VI kompanii IV batalionu AK obwodu „Skowronek”.
Pamiętnik mojego pradziadka obejmuje lata 1900 - 45. Jednak skupia się on w nim głównie na swojej działalności w AK i pobycie w obozach: Oświęcimiu, Mauthausen i Linz. Wspomnienia te wraz z nim spisała jego córka Czesława Maria Bugaj, i to właśnie dzięki jej uprzejmości możemy je publikować.

Część szósta

W organizacji mieliśmy również komendanta policji granatowej Strzeleckiego. On był łącznikiem między Guze a nami. Pewnego razu zawiadomił nas, że policjant Więckowski z Łaz złożył meldunek na swojego komendanta Jachołkowskiego i Basiaka. Oskarżył ich, że należą do organizacji i trzymają broń na posterunku. Było za późno, aby do nich jechać. Powiadomiłem ich telefonicznie. Nie mogłem otwarcie mówić o co chodzi - telefon był na podsłuchu. Spróbowałem podstępu i powiedziałem Jachołkowskiemu, aby zabrał broń i pojechał do wsi Grabnik, przeprowadzić dochodzenie w sprawie kradzieży i morderstwa. On natychmiast domyślił się, o co chodzi. Uciekł razem z Basiakiem, unikając aresztowania.

Więckowski od dawna szpiegował swojego przełożonego, ale nie mógł znalźć nic obciążającego. Jednak w wyniku nieszczęśliwego wypadku udało mu się zdemaskować Jachołkowskiego. A było to tak: Basiak i Gmurek po szkoleniu mieli wyczyścić broń i schować ją do magazynu. Basiak zapomniał zabezpieczyć broń i podczas czyszczenia postrzelił Gmurka. Początkowo chciano ten fakt ukryć. Gmurka leczono potajemnie u felczera Zawadzkiego. Jednak rana była poważna, brakowało leków - doszło do zakażenia. Kiedy było już bardzo źle, zawiadomiono mnie o tym. Przewieźliśmy go natychmiast do szpitala w Sochaczewie. Pomimo natychmiastowej operacji, nie udało się go uratować. Chłopak zmarł. Ojciec Gmurka nie mógł przeboleć śmierci syna. Zaczął pić. Żal był silniejszy od rozsądku - wykorzystał to Więckowski. Postawił mu kilka wódek i udając żal po stracie jego syna, wyciągnął z niego informacje o organizacji. Poinformował o tym żandarmerię. Jednak my z Guze byliśmy szybsi. Aresztowali tylko Gmurka i Zawadzkiego. Wywieźli ich na Pawiak, a później do Oświęcimia. Obydwaj zginęli. AK wydała na Więckowskiego wyrok śmierci.

Syn Forblichlera również należał do AK i był dobrym Polakiem. Forblichler był byłym kapitanem wojsk polskich, jednak przeszedł na niemiecką stronę i był zastępcą starosty. Był gorszy od niejednego Niemca. Gdy syn otrzymał kartę powołania do wojska niemieckiego, on z radości wyprawił ucztę. Jednak syn na tym przyjęciu strzelił sobie w głowę. Dla niego służba w armii wroga była hańbą niegodną Polaka. Kilka miesięcy później na Forblichlerze został wydany wyrok śmierci za szkodliwą współpracę z wrogiem.

1 kwietnia 1943 roku wraz z Matczakiem zostałem aresztowany. Przyszło po mnie aż ośmiu żandarmów. Trzech pozostało w domu, aby przeprowadzić rewizję. Zabrali z domu wszystkie wartościowe rzeczy, całą żywność. Nie znaleźli, na szczęście, żadnych materiałów obciążających. Były dobrze ukryte. W mieszkaniu Matczaka, gdzie mnie zaprowadzili, pytali o „Narcyza” i jego prawdziwe nazwisko. Odpowiedzieliśmy z Matczakiem, że takiego nie znamy. Zaprowadzili nas na posterunek i zostawili samych. Przy naszym policjancie Arentowiczu przeszukaliśmy swoje kieszenie i wszystkie papierki spaliliśmy. Od niego dowiedziałem się, że w moim domu cały czas trwa rewizja. Byłem bardzo niespokojny. W domu była broń, fałszywe dokumenty i inne materiały obciążające. O godzinie 8.00 wzięli Matczaka na przesłuchanie. Później przyszli do mnie i zaprowadzili na posterunek żandarmerii. Komendant żandarmerii przywitał mnie słowami: - no i co komendancie? - i uderzył mnie dwa razy w twarz. Natychmiast zalałem się krwią.
Następnie przeprowadził mnie do drugiego pokoju. Tam Krol, Polak z pochodzenia, zaczął wypytywać mnie o „Narcyza”, „Pikusa”, „Młota” i „Kozę”. Ponieważ dawałem wymijające odpowiedzi, położyli mnie na podłodze i zaczęli okładać kijami, aż do czasu, gdy straciłem przytomność. Później polewali wodą i dalej bili, abym się przyznał. Powtarzali to pięć razy. Gdy odzyskałem przytomność ujrzałem w oknie Tadeusza Kobka i Jana Kowalskiego. Obydwaj udając, że naprawiają coś przy wozie, przysłuchiwali się, o co mnie pytają i co odpowiadam. Już wiedziałem, że w razie czego, zawiadomią kogo będzie trzeba. To dodało mi otuchy. Tak zbitego kazali przenieść mnie policji na swój posterunek. Arentowicz, który przyszedł po mnie, nie mógł sobie sam ze mną poradzić. Ja nie miałem władzy w nogach, nie mogłem nawet sam się podnieść, a cóż dopiero mówić o chodzeniu. Posterunek był po drugiej stronie ulicy, zaledwie parę kroków, ale jednak dla mnie o wiele za dużo. Po drodze upadłem i zemdlałem. Pomimo tego, że na ulicy było masę ludzi, nikt nie pośpieszył mi z pomocą. Dopiero felczer Drzewoski, uważany za konfidenta, podszedł do mnie i razem z Arentowiczem dowlekli mnie na posterunek i położyli na ławie. Byłem tak straszliwie zbity, przerażony i załamany, że postanowiłem odebrać sobie życie. Bałem się, że dalszych bić nie wytrzymam i zacznę sypać.
Wtedy usłyszałem głos mojej żony. Prosiła, żeby ją wpuścić choć na chwilę do mnie. Arentowicz zgodził się pod warunkiem, że nie będzie płakała. Gdy mnie ujrzała, zaniemówiła. Dopiero po chwili doszła do mnie, pocałowała w czoło i powiedziała: - wojaku, co z ciebie zrobili? Zapytałem się czy nie znaleźli czegoś w domu. Żona mnie uspokoiła. Wtedy ja powiedziałem, kogo ma ostrzec i o kogo najwięcej pytali. Żona zdążyła jeszcze obmyć mi twarz i napoić mnie herbatą, którą miała ze sobą. Poprosiłem ją, aby przyniosła mi truciznę, która miałem zaszytą w innym ubraniu. Zaklinała mnie na wszystkie świętości, abym nie odbierał sobie życia i powiedziała, że nie wolno mi nawet o tym myśleć. Powiedziałem jej, aby wszystkie rzeczy powynosiła z domu i wytłumaczyłem jej, gdzie ma je ukryć. Żona poinformowała mnie, że Matczak wsypał Igora i gdy żandarmi po niego przyszli, wyskoczył przez okno, ponosząc śmierć na miejscu. Rozmowę musieliśmy przerwać, gdyż po mnie przyjechali już żandarmi. Zabrali mnie na dorożkę. Zawieźli nas na dworzec. Jechali specjalnie ulicą Chopina koło mego domu, aby wszyscy widzieli mnie tak straszliwie skatowanego. Jedna z moich córek, Jasia, podeszła do mnie i okryła mnie kurtką. Jeszcze raz spojrzałem na swoją rodzinę, dom i myślałem, że czynię to po raz ostatni. Spojrzeniem pożegnałem się rodziną.

rysunki i opracowanie
Łukasz Majewski

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo e-Sochaczew.pl




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości