Kontynuujemy na łamach „Echa” publikację wspomnień Wojciecha Pioruna (1900 - 1983) - dowódcy II plutonu VI kompanii IV batalionu AK obwodu „Skowronek”.
Pamiętnik mojego pradziadka obejmuje lata 1900 - 45. Jednak skupia się on w nim głównie na swojej działalności w AK i pobycie w obozach: Oświęcimiu, Mauthausen i Linz. Wspomnienia te wraz z nim spisała jego córka Czesława Bugaj, i to właśnie dzięki jej uprzejmości możemy je opublikować.
Maja
Część trzecia W ZWZ zostałem kierownikiem pionu wojskowego. Moim zadaniem była bezpośrednia współpraca z ludźmi. Matczak odpowiadał za prasę i propagandę Zbliżało się pierwsze Boże Narodzenie w okupowanej ojczyźnie. Pomyśleliśmy o gwiazdce dla naszych rannych żołnierzy. Ja i Zorga przeprowadziliśmy u wszystkich rzeźników zbiórkę wędlin. Moja żona od młynarzy Repsza i Kulisiewicza dostała mąki. Piekarz Wiśniewski napiekł z niej ciasta. Dla każdego żołnierza przebywającego w szkole nr 3 przygotowaliśmy paczki. Paczki rozdawała Julia z Zorgą. Prezes Czerwonego Krzyża pani Garbolewska była z tego faktu bardzo mocno niezadowolona. Uważała, że paczki powinny być bardziej podzielone i objąć również żołnierzy przebywających w szpitalu miejskim i w Niepokalanowie.
Na jednej z odpraw poznałem dowódcę Okręgu Warszawskiego płk „Wiesława” pseudonim „Monter” o prawdziwym nazwisku Antoni Chruściel (uczestnik wojny 1939 roku, od 1941 Komendant Okręgu Warszawskiego ZWZ - AK, faktyczny dowódca Powstania Warszawskiego, po wojnie przebywał na emigracji, zmarł w 1960 roku). On polecił nam dalszy werbunek i zaopatrzenie się w broń na każdy możliwy sposób. Broń często załatwialiśmy od samych Niemców za pieniądze lub w inny sposób. Bardzo dużo broni ukryte było na terenie Giżyc. Zdobył ją dla nas „Oset” Roman Tokarski razem z Dąbrowskim. Tokarski był młodym chłopakiem, który u swojej siostry zamieszkałej w Giżycach zorganizował grupę dwudziestu dwóch młodych chłopców, dobrze przeszkolonych i zaopatrzonych w broń. Jako łącznika miał młodą, garbatą, odważną i dzielną dziewczynę. Ona to przenosiła prasę na teren Rzeszy, aż pod Płock, utrzymując między nami kontakt. Oset i Dąbrowski stopniowo przenosili do mnie broń. Pracowali dzielnie i wytrwale aż do chwili aresztowania ich przez Niemców. Niemcy wywieźli aż dwudziestu czterech chłopców i administratora oskarżonego przez pewną mieszkankę miasta. Była to matka aresztowanego chłopca, która twierdząc, że był niewinnie aresztowany, zaczęła z wściekłości i żalu opowiadać Niemcom o nocnych zebraniach i ćwiczeniach w jednym z domów. Kilka miesięcy później AK wydało wyrok śmierci na tę kobietę. Ja nie ustawałem w mojej pracy. Zbierałem informacje na temat ilości Niemców i volksdeutschów. Rzeźnik Stanisław Janiszewski wydawał mięso na kartki tylko Niemcom - od niego dostawałem wykazy całych jednostek wojskowych, żandarmerii i niemieckiej ludności cywilnej. Dane te szyfrem przesyłałem do Warszawy. Pewnego dnia na inspekcję przyjechał Tadeusz - „Nałęcz”. Odebrał przysięgę od mojej żony, która przyjęła pseudonim „Jadwiga”. Zaprzysiągł również moją dalszą rodzinę. Postanowiłem również werbować ludzi ze wsi. Na Orłowie zaprzysiągłem braci Jana i Stanisława Leszczyńskich, na Emilewie Stanislawa Krakowiaka, na Białyninie Izydorka i Romana Chysiaka, którzy okazali się bardzo aktywni. Na Jeżówce zwerbowałem Władysława Mikulskiego i jego kolegę Mocheckiego - posiadali oni broń tak bardzo potrzebną organizacji. W Aleksandrowie zwerbowałem drużnika drogowego Aleksandra Kalinowskiego. Na terenie całego powiatu miałem już znaczną grupę ludzi, których trzeba było przeszkolić. Na szkolenia przyjechali inspektorzy wojskowi. W lutym jeden z nich, „Kmicic” przybył z nowym modelem pistoletu bergmann nr 18. Polecił mi zabranie najzdolniejszych chłopców na szkolenie, aby zapoznali się z nową bronią. Szkolenie odbyło się u Buczka. Jakiś czas później dostałem nominację na dowódcę całej grupy w powiecie.
Pracując w rzeźni i mając tylu ludzi we wszystkich urzędach, miałem duże możliwości pomagania ludziom, a szczególnie członkom naszej organizacji. Dużą pomocą służył mi doktor weterynarii Franciszek Szadkowski. On dobre mięso kwalifikował „do dołu”. Mięso to szło dla żołnierzy przebywających w Niepokalanowie lub na podział do organizacji. Było to bardzo niebezpieczne - w razie wsypy wszyscy poszlibyśmy do obozu. W machinacje te wtajemniczeni byli: ja, doktor, Buczek i Malinowski. Z mięsa rozliczałem się co sobota, bezpośrednio z zastępcą starosty Nyssenem. Nyssen nie miał do mnie zastrzeżeń i nie wtrącał się na rzeźnię. Często dostawał dodatkowy kawałek szynki, z czego był bardzo zadowolony. Nie było w jego interesie nie ufać mi. Pewnego dnia zatrudniłem u siebie fikcyjnie Stanisława Cieślaka. Wyrobiłem mu możliwość swobodnego poruszania się po terenie. Jego prawdziwe nazwisko brzmiało Dąbrowski, był oficerem do zadań specjalnych. Po kilku miesiącach został zabity podczas pracy w drukarni. Podczas jednej z inspekcji „Wiesława” przekazałem mu dane o wszystkich sześciu organizacjach działających na naszym terenie, o moich ludziach w urzędach oraz akcji dostarczania mięsa rodzinom żołnierzy. Ponieważ w tym czasie mieliśmy już dostateczną liczbę członków w ZWZ, z Komendy Okręgowej przyszło rozporządzenie w sprawie formowania sztabu, sekcji, drużyn, plutonów. Warszawa przysłała nam komendanta sztabu „Zbyszka” Hoffmana - Lubowskiego, który został u nas zameldowany jako Ignacy Kowalski - krewny mojej żony. „Zbyszek” bardzo był lubiany przez nasze dzieci, które dodatkowo nazywały go wujciem. „Zbyszek” polecił mi zebrać dziesięciu mężczyzn do pracy w sztabie. Pierwsza odprawa sztabu odbyła się u mnie w domu. Obecni byli na niej: ja, „Lech”, „Pliszka” Stefan Płachecki, „Oset” Roman Tokarski, Matczak, „Sokół” Jan Selerski, „Sztygar” nauczyciel z Szymanowa, „Pikus” Marian Świerczewski, Gmurczyk i oczywiście „Zbyszek”. Zostałem zastępcą komendanta, Matczak objął sprawy propagandy. Do chwili znalezienia odpowiednich ludzi powierzono mi również funkcję skarbnika oraz musiałem sprawować pieczę nad wywiadem i zaopatrzeniem. Z początku „Zbyszek” więcej przebywał w Warszawie niż u nas, toteż wszystko spadło na moje barki. Dopiero po zameldowaniu go u nas jako przedstawiciela firmy kosmetycznej, przejął pracę sztabu. Pierwszą naszą akcją było pozbycie się Polaków będących na usługach Niemców. Najbardziej podli byli Strzelec i Adamczewski, którzy wraz z Niemcami zabierali wdowom paczki z żywnością. Wystawiliśmy ich Niemcom, którzy wykonali na nich wyrok. Na naszej ulicy mieszkała rodzina Bombrychów. Ich córka współpracowała z Niemcami, którzy podwozili ją samochodem do domu z pełnymi paczkami żywności zabranymi Polakom. Ona to oskarżyła do żandarmerii własnego stryja, którego wywieźli do Oświęcimia, gdzie zginął. W związku z nowymi zadaniami, pracy ciągle nam przybywało. Był to okres ciągłych aresztowań w Warszawie. Ci, którzy byli tam spaleni, przyjeżdżali do nas. My załatwialiśmy im nowe nazwiska i miejsca pracy. Podrabianiem dokumentów zajmował się „Lech”, robił to w doskonały sposób, pieczątki były podrobione w taki sposób, że nawet starosta nie rozpoznał fałszerstwa. Cały czas przybywały do nas rodziny, którymi udzielaliśmy pomocy. Jedną z takich rodzin była rodzina Chlebowskich - Dyjakowskich, która uciekła z masakry w Bydgoszczy. Była tam wielka wsypa w organizacji, Niemcy zdziesiątkowali ludność cywilną. Chlebowski - Dyjakowski był poszukiwany, przybrał nazwisko zmarłego brata żony, zabierając jego dokumenty. Zaszył się na wsi i nie ufał nikomu. Pieniądze szybko się skończyły, cierpiał niedostatek. Dowiedziałem się o jego losie. Wystarałem się dla niego o pracę i mieszkanie. Zamieszkał przy fabryce chemicznej Boryszew. Żona jego została portierem, on pracował jako magazynier w suszarni owoców i ziemniaków. Po pewnym czasie został zaprzysiężony jako „Irys”.
Rysunki i opracowanie Łukasz Majewski
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze