Reklama

Z pamiętnika „Bitka” - 1

Tygodnik Echo Powiatu
21/02/2007 11:01
Kontynuujemy publikację wspomnień Wojciecha Pioruna (1900 - 1983) - dowódcy II plutonu VI kompanii IV batalionu AK obwodu „Skowronek”.

Pamiętnik mojego pradziadka obejmuje lata 1900 - 45. Jednak skupia się on w nim głównie na swojej działalności w AK i pobycie w obozach: Oświęcimiu, Mauthausen i Linz. Wspomnienia te wraz z nim spisała jego córka Czesława Bugaj, i to właśnie dzięki jej uprzejmości możemy je opublikować.

Maja

Część druga

27 sierpnia 1939 roku otrzymałem wezwanie ze starostwa, abym zgłosił się do mjr. Borkowskiego. Ten poinformował mnie, że pobór nie obejmuje mojego rocznika i że zostałem wytypowany do obrony cywilnej. Dał mi wytyczne, co do mnie należy, oraz wręczył mi biało-czerwoną opaskę. W dniu 1 września radio podało, że wojska niemieckie przekroczyły granicę Polski i że rozpoczęła się wojna. Zgłosiłem się do starostwa. Otrzymałem rozkaz bronić dworca i peronów w mieście. Do obrony dworca przydzielono 12 mężczyzn. Służbę pełniliśmy po dwóch, co sześć godzin. Mnie przypadł dyżur drugiego września. Chodziliśmy - jeden od peronów do ulicy Chopina, a drugi od peronów do magazynów kolejowych. Na dworzec przybył do ochrony batalion piechoty, który został zlokalizowany po lewej stronie dworca. Cekaemy zostały przy parowozowni i przy przejeździe na ulicy Okrzei. Ile było ckm-ów - nie wiem - widziałem tylko, że gdy nadleciał samolot, z różnych stron otworzył się ogień. Drugiego dnia wojny zostały w Sochaczewie wyładowane dwa transporty piechoty i jeden artylerii polowej, i skierowały się do Wyszogrodu. Na ulicy Staszica złapano dwóch szpiegów w polskich mundurach. Mieli przy sobie notatki o przemarszu naszych wojsk i aparaty fotograficzne. Zostali rozstrzelani. Rozstrzelano również dziewczynę - szpiega w harcerskim mundurze oraz majora w polskim mundurze, którego zobaczyłem kręcącego się przy pociągach transportujących wojsko. Trzeciego dnia wojny zostały zabite dwa konie należące do Engerbrechta, który z tego powodu narobił wiele szumu. Okazało się, że konie zabili sami Niemcy, aby odwrócić uwagę od jego syna - również szpiega, który na balkonie miał umieszczoną radiostację i stamtąd nadawał meldunki. Tego dnia z terenu całego powiatu zebrano całą ludność pochodzenia niemieckiego celem przetransportowania specjalnym pociągiem do granic Polski. Pociąg bezpiecznie dotarł do granic Polski, Niemcy musieli wiedzieć, że jadą nim ich ludzie. Gdy powróciłem po dyżurze do domu, spostrzegłem, że moja żona pochowała część rzeczy w piwnicach, spakowała najcenniejsze rzeczy i przygotowała dzieci do ucieczki. Wsiadłem na rower i pojechałem na wieś po wóz i konie. Zapakowałem na niego rodzinę i dobytek i zawiozłem na wieś. Sam powróciłem, aby pełnić swoje dyżury. Tymczasem ludność miasta zaczęła masowo opuszczać Sochaczew. Samoloty bez przerwy nadlatywały i bombardowały miasto i okolice. Były duże straty i pierwsi zabici i ranni.
Ponieważ następny dyżur miałem pełnić za dwa dni, wziąłem z domu to, co pozostało z wędlin, i pojechałem do rodziny. Droga stawała się coraz bardziej niebezpieczna. Z samolotu strzelano do ludności cywilnej. Po drodze na wieś napotkałem liczne oddziały wojsk polskich w odwrocie, które nie wiedziały, co z sobą robić. Takiego obrotu sprawy się nie spodziewaliśmy. Zaatakowała nas znacznie liczniejsza i lepiej uzbrojona armia i w rezultacie musieliśmy przegrać. Walczyła jeszcze Warszawa i tam też spieszyli wszyscy wojskowi. Gdy zbliżałem się do rodziny, zobaczyłem niewielki oddział wojsk polskich pod dowództwem młodego porucznika. Oddział był rozbity i wygłodzony. Żołnierze trzy dni nic nie jedli. Porucznik w trosce o żołnierzy poprosił, aby tylko ich nakarmić, a on jeszcze jakoś wytrzyma. Moja żona uspokoiła go, twierdząc, że jedzenia starczy dla wszystkich i przede wszystkim on powinien zjeść, aby poprowadzić wojsko do walczącej jeszcze Warszawy. Po sprawdzeniu, że wszystko w porządku u mojej rodziny, powróciłem do miasta, aby pełnić moje dyżury. Po przyjeździe na dworzec zastałem poważne zmiany. Pociągi już nie chodziły, tory zostały uszkodzone. Po powtórnym przyjeździe do rodziny, stwierdziłem, że i tu robi się coraz bardziej niebezpiecznie. Pociski padały coraz częściej i bliżej od naszej siedziby. Postanowiliśmy z żoną uciekać w innym kierunku, do wsi Mikołajew. Tam też byliśmy do ukończenia działań wojennych. Po upadku Warszawy i wkroczeniu wojsk niemieckich wróciliśmy do Sochaczewa. Miasto było strasznie zniszczone. Po paru dniach otworzyłem swój sklep i warsztat rzeźniczy. Sprzedawałem na kartki wprowadzone przez Niemców.
Pierwszego dnia po powrocie do domu zobaczyłem jeńców polskich stłoczonych za przejazdem, na środku pola. Niemcy z wozów utworzyli czworobok i w nim ich zgromadzili. Jeńcy byli tak wyczerpani i głodni, że nie mieli siły się podnieść. Leżeli na gołej ziemi już kilka dni. W moim domu gotowaliśmy zupę, nakupowaliśmy masę chleba i moja żona Julia z córką Danką i kobietami z naszej ulicy zaniosły im wszystko. Początkowo Niemcy nie pozwalali nawet rozmawiać z jeńcami. Po paru dniach można było niektórych wykupić. Z całej okolicy przychodziły rodziny i żony i swoich wykupywały.
Niemcy po rozbrojeniu Polaków mieli masę koni. Gorsze oddawali, te lepsze można było od nich kupić. Nabyłem takiego konia. Koń ten bardzo mi się przydał. Mogłem teraz jeździć po wsiach, a nawet na tereny utworzonej Rzeszy i robić zakupy - z zaopatrzeniem było coraz gorzej. W sklepach można było kupować tylko na kartki. Były to zbyt małe przydziały i nie na wszystkie artykuły. Zaczął się szmugiel. Dostałem się na rzeźnię jako kierownik, Stanisław Buczek został moim zastępcą. Podlegałem bezpośrednio zastępcy starosty - Nyssenowi i to z nim rozliczałem się z 50 procent uboju. Reszta zostawała nam. Rozdzielaliśmy to między polskich żołnierzy przebywających w szpitalach, wdowy i sieroty. Dnia 5 grudnia 1939 oficjalnie wstąpiłem do Wojskowego Związku Walki Cywilnej. Przed profesorem „Leonem” złożyłem uroczystą przysięgę na krzyż wraz z Marianem Matczakiem.
Moim zadaniem było pozyskiwanie dobrych i pewnych osób, chcących walczyć w podziemiu. Jeszcze tego samego wieczoru odebrałem przysięgę od Mariana Świerczewskiego i Staszkiewicza. Wciągnąłem do organizacji prawie wszystkich swoich cechowych przyjaciół: Stanisława Buczka, Stanisława Zorgę, Władysława Zaczkowskiego, Józefa i Stanisława Janiszewskich, Wacława Zalewskiego, Edwarda Sofulaka, Władysława i Jana Kozbiał. Z każdym dniem organizacja się powiększała. Gdy miałem 16 osób, pojechaliśmy na pierwszą odprawę do Warszawy na ulicę Kruczą 7/ 18. Jako znak rozpoznawczy dostałem pierścionek ze szpagatu. Na tej odprawie dostaliśmy wytyczne, których musieliśmy nauczyć się na pamięć. Pewnej niedzieli pojechałem z żoną na wieś i tam od Sałacińskiego otrzymałem broń ukrytą tam od września. Broń chciałem ukryć w domu. Moja żona to zauważyła, postanowiłem też wciągnąć ją do organizacji. 20 grudnia było nas już 40 członków z Sochaczewa i okolic. Tego dnia otrzymałem od „Leona” szyfr, jakim miałem pisać raporty. Otrzymałem również polecenie tworzenia tzw. piątek - polegało to na tym, że jedna osoba utrzymywała kontakt tylko z pięcioma osobami. Obowiązywała nas pełna konspiracja, nie znaliśmy nazwisk, posługiwaliśmy się tylko pseudonimami.
Moim kolejnym zadaniem było nawiązanie kontaktu z innymi organizacjami działającymi w okolicy. Przypadkowo trafiłem na organizację POZ, pod kierownictwem „Chmury”, do której należał m. in. nauczyciel Jan Dembowski.
Komendantem był mjr. Jasiński - pseudonim „Marian”. Postanowiłem zasilić szeregi również tej organizacji. Złożyłem przysięgę przed „Chmurą”, czyli przed Świerczewskim. Przyjąłem pseudonim „Bitek”.

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    kra 2007-02-21 11:22:25

    Wielka szkoda ,że spisujący te wspomnienia podawali tak mało szczegółów dotyczących miejsc ,:nazw ulic ,wsi ,dat .Wspomnienia były by bardziej obrazowe dla tych ,którzy nie znają tamtych czasów. Pamiętam, jak moja Babcia opowiadała mi o tych jeńcach ,żołnierzach polskich.wśród nich znalazła swojego brata który mieszkał na Kujawach .Wiem ,że nosiła Mu jedzenie ,brat przeżył wojnę ,niemcy puścili ich do domu.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo e-Sochaczew.pl




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama