Ten, kto przekroczy oryginalną bramę w miejscowości Górki nr 3 w gminie Brochów, znajdzie się w innym, dawno już zapomnianym świecie. Przede wszystkim rzuca się w oczy drewniany dom kryty strzechą.
Jak mówi gospodarz Henryk Goszcz, jest to najprawdopodobniej najstarszy mieszkalny dom na Mazowszu, a może nawet w całym kraju. Datowany jest na 1772 rok i przetrwał różne zawieruchy wojenne. Swoją długowieczność zawdzięcza również temu, jak twierdzi właściciel, że zbudowany został z bardzo szerokich, 60-centymetrowych bali z potężnych sosen.
Obok domu zachowała się też powozownia, a w niej wasąg, niemal identyczny powóz, jak ten z filmu „Potop”, na którym pan Zagłoba wywiódł w pole Rocha Kowalskiego, wmawiając mu, że jest jego wujem, i w jego odzieniu sprowadzając chorągiew pana Wołodyjowskiego.
Henryk Goszcz powrócił do rodzinnego domu w Górkach, kiedy przeszedł na emeryturę. Wyremontował dom i inne zabudowania, a jego zbieracza pasja sprawiła, że zagroda bardzo szybko stała się swoistym skansenem, który ciągle się rozrasta. Czasem ktoś, zachęcony przez znajomych, wpadnie, by obejrzeć niecodzienne zbiory, czasem nauczycielka z pobliskiej szkoły przyprowadzi uczniów na lekcję folkloru i historii. Gospodarz jest miły i chętnie opowiada o swoich skarbach. Wyciąga je jak magik zająca z kapelusza i z błyszczącymi oczyma przybliża historię każdego przedmiotu. Czuje się, że są to dla niego rzeczy cenne. „Parę razy mnie okradziono - mówi – ale nic cennego nie zginęło, tylko rzeczy codziennego użytku, z moich zbiorów szczęśliwie nic nie zabrali”.
Pierwsze atrakcje mamy już na ganku. Drewniane koła do wozu, strugane kiedyś ręcznie przez stelmacha, wirażka, czyli drewniana sieć na ryby i wiele przybitych do ściany podków. Pochodzą one z różnego okresu, najstarsza ma około 140 lat. Gospodarz schyla się i wyjmuje z kąta fragment czołgowej gąsienicy. „To z hitlerowskiego czołgu, który padł w tej okolicy – mówi. – Dwie wojny światowe krwawo się tu przetoczyły. W tak małej wsi poległo 105 polskich żołnierzy. To była rzeź, wystawiłem tutaj dla poległych kapliczkę.”
Wchodzimy do domu. Tu także każde wolne miejsce wypełniają zbiory pana Henryka. W sieni głównie narzędzia gospodarskie – socha, radło, stary pług, cep. „Z tym cepem związana jest pewna historia. Odwiedził mnie kiedyś przybysz w podeszłym wieku, który całe życie spędził daleko od kraju, a w dzieciństwie w Polsce takim właśnie cepem młócił zboże. Koniecznie chciał, abym pozwolił mu teraz tego spróbować. Prosił mnie tak bardzo, że mu to zorganizowałem, i okazało się, że, mimo swego wieku, nie zapomniał, jak to się robi. Był bardzo wdzięczny i wzruszony.”
Ledwie skończył jedną opowieść, pan Henryk pokazuje kolejne skarby i zaczyna nowe historie. Oglądamy archaiczną, ale zmyślną wirówkę do odwirowywania śmietany od mleka, młynek do zboża, sieczkarnię. „Na takiej sieczkarni w filmie „Chłopi” Fijewski, grający parobka Boryny, ciął zboże”.
Gospodarz wyciąga drewnianą prasę do sera, uprząż dla wołów (jarzmo), maglownicę do bielizny, drewnianą balię i wiadro, dzieżę do rozrabiana rozczynu na chleb. I kolejna ciekawostka, jakby odebrany Neptunowi wieloząb, czyli po naszemu oścień do połowu ryb.
Wchodzimy do izby i jakbyśmy się przenieśli gdzieś w XIX wiek. Łóżko z kolekcją poduszek, stół okryty koronkowym obrusem, u powały żyrandol z koła od wozu, ludowe, zdobione skrzynie, sprawny do użycia kominek, na ścianach święte obrazy i makatki, i wszędzie wokół masa rozmaitych, czasami bardzo zagadkowych, przedmiotów. Zaś pan Henryk już zaczyna opowiadać o jednym z nich. To mucharek, czyli urządzenie do łapania much. Przypomina niską butelkę bez dna, za to z zawiniętymi do środka ściankami i na nóżkach. W te zawinięcia nalewano wody z mydłem. Gdy muchy, zwabione zapachem, wchodziły pod spód, nie mogły już się wydostać, bo mucharek miał od góry zakorkowaną szyjkę, więc, ślizgając się po szkle, wpadały do wody z mydłem i się topiły.
Kolejny eksponat to rodzaj archaicznej pralki. Do drewnianej balii z wodą wrzucało się ubrania, po czym ręcznie, za pomocą umocowanego na kiju „klekota”, brzechtało się w owej balii i w ten sposób wypłukiwało brud. Bardzo zmyślne urządzenie, w związku z którym pan Henryk przytacza od razu inną historię. „Jak wspomina Tony Halik, podczas swoich długich podróży prali ubrania w podobny sposób. Zabierali do samochodu 20-litrową bańkę, do niej wrzucali brudne rzeczy i wlewali wodę. W czasie jazdy po nierównych drogach ubranie prało się jak w pralce”.
Opowieściom nie ma końca. Oglądamy kociołek do smażenia słoniny z okresu I wojny światowej, XIX – wieczny hełm strażacki, podkowy koni kawaleryjskich, pęta dla koni – prawie kajdany, by ich nie ukradziono ze stajni. Gospodarz opowiada o wszystkim wykazując się dużą wiedzą. Podziwiamy łowicki serdaczek pięknie i misternie zdobiony, ludowe skrzynie, uroczy czerwony kredens, który już leżał pod szopą do porąbania, przemyślne urządzenie do szybkiego zbierania jagód, a także prymitywny, ale na pewno kiedyś przydatny chodzik dla małego dziecka. Wstawiało się je pod paszki do środka i ciągało na drewnianych kółkach, by było zawsze z opiekunami.
Wiele by jeszcze można wymieniać zgromadzonych w tym oryginalnym muzeum eksponatów. Choćby ul kłodowy wydrążony z jednego kawałka pnia, kierat czy wialnia do zboża. A wszystko to w pięknie utrzymanym kwiecistym ogrodzie ukrytym wśród brochowskich lasów. Tam mieszka niezwykły zbieracz, pasjonat, Henryk Goszcz, który właśnie wziął się za odbudowę starego pieca chlebowego. I przekonani jesteśmy, że już niedługo odwiedzający go będą mogli tego chleba spróbować.
Małgorzata Pałuba
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze