Z nowym dyrektorem sochaczewskiego szpitala dr Wiktorem Gajdą rozmawia Sławomir Burzyński - Jak pan ocenia okres dyrektorowania w szpitalu Michała Milczarka? Pytam o to, ponieważ spotkałem się z różnymi na ten temat opiniami pracowników szpitala. Jedni cieszą się, że odszedł i ten fakt przyjęli z ulgą, ale są też i tacy, którzy twierdzą, że owszem, w stosunkach z pracownikami przyjemniaczek to on nie był, ale jednocześnie uważają, że temu szpitalowi potrzebny jest taki człowiek, z zewnątrz, z mocną ręką, bo, jak mówią, inaczej to się tutaj w tym sochaczewskim sosie pozagryzamy. - Taką opinię, że potrzebny jest ktoś z zewnątrz, skuteczny menadżer i na dodatek z branży, podzielałem i ja, wtedy, gdy był konkurs na to stanowisko po odejściu dyrektora Kiełbratowskiego. Bardzo korzystnie wówczas zaprezentował się dyrektor Milczarek, trzeba przyznać, że przedstawił siebie w sposób profesjonalny. Byłem wówczas przekonany o potrzebie takiego działania i takiego człowieka. Niestety, przez cały czas funkcjonowania w szpitalu dyrektora Milczarka, nie przyjmował on od nikogo żadnych rad. Ta postawa przekładała się również na pracowników, z którymi nie próbował dyskutować, tylko narzucał swoją wolę. Nie mogę mu zarzucić, że mijał się z prawem, jednak współpraca z innymi pracownikami szpitala mocno kulała. Mnie taka postawa jest zupełnie obca. Nie jestem technokratą i w każdym, choćby bzdurnym przepisie staram się odnaleźć ducha, doszukać dobrych intencji. Chociażby ostatnia nowelizacja ustawy o Zakładach Opieki Zdrowotnej. - Co takiego bzdurnego jest w ustawie o ZOZ-ach? - Jest to ustawa, której twórcy zapewne mieli dobre intencje, tym niemniej jej skutki będą dla szpitala fatalne. Zakłada ona bowiem, że nie możemy wynajmować powierzchni tym, którzy prowadzą działalność zbliżoną do naszej. Ma to dotyczyć u nas szpitalnego prosektorium, dzierżawionego firmie pogrzebowej „Haron”. Otrzymujemy za to 120 tys. zł rocznie, a jednocześnie nie ponosimy kosztów utrzymania takiej instytucji. Teraz stracimy podwójnie, bo będziemy musieli sami zatrudnić ludzi do pracy w prosektorium i przepadną dochody z dzierżawy. Podobnie, gdyby na terenie szpitala chciał wynająć gabinet jakiś specjalista, powiedzmy ortopeda, tego już zrobić nie będziemy mogli. Ale to jest jeszcze jakoś zrozumiałe, natomiast nie mogę pojąć, w jakim zakresie szpital miałby prowadzić działalność zbliżoną do firmy pogrzebowej, a tak wymyślił ustawodawca. - Wracając do dyrektora Milczarka, uważa pan więc, że predyspozycje, które zaprezentował, w praktyce nie okazały się skuteczne? - Najgorsze jest to, że nie rozmawiał z załogą i nie traktował ich na równi, po partnersku. Dla mnie zaś, prawie wszyscy tutaj to są moi koledzy, z którymi od dawna pracowałem, bo spędziłem tu 26 lat. - A nie obawia się pan, że oni teraz nie będą traktować pana jak dyrektora, tylko poklepią po plecach i powiedzą: Co ty Witek, daj spokój, przecież wiesz… - Poruszył pan strunę, która jest bardzo istotna. Bo liczą się dla mnie bardzo kontakty koleżeńskie, ale w sprawach formalnych zawsze byłem i jestem stanowczy. Mogę pójść „na noże”, jeśli jestem przekonany o swojej racji, a na dodatek, jeżeli z tym wiąże się dobro pacjenta. Zawsze walczyłem o rzetelność w pracy, fachowość, a przy tym ludzkie podejście do pacjentów. - Nie żałuje pan, że przyjął propozycję objęcia tego stanowiska? - Spadło to na mnie, jak grom z jasnego nieba. W pierwszej chwili odmówiłem zdecydowanie. Potem jednak nie znalazłem argumentu na to, aby się z tym problemem nie zmierzyć. W miarę jednakże badania stanu, w jakim znajduje się szpital, zaczynam żałować swego kroku. Zadłużenie szpitala, w momencie gdy obejmował swą funkcję dyrektor Milczarek, wynosiło około 10 milionów złotych. A teraz jest 11 milionów z groszami. Trzeba przyznać, że dyrektor Milczarek nieco zrestrukturyzował ten dług, czyli, że nie ma konieczności spłacenia go natychmiast, to bardzo istotne dla tzw. płynności finansowej szpitala. Ale dyrektor zostawił nas z procesami sądowymi, których wyroki wiszą nad szpitalem. Ich ewentualna realizacja może sprawić, że szpitala w Sochaczewie już niedługo nie będzie. - Miał pan ostatnio spotkanie z załogą w tej sprawie. - Owszem, przyszło 50-60 osób. Rozmawiałem z ordynatorami, ze związkami zawodowymi i wniosek jest jeden: największymi wygranymi tych procesów będą: palestra oraz komornik. A największym przegranym – społeczeństwo powiatu sochaczewskiego. Jeśli się nie porozumiemy, tak będzie. Wystąpiłem do załogi z gorącym apelem o rozwagę i o to, abyśmy doprowadzili do ugody. Aby nie dopuścić do wyroków, bo one skutkują egzekucją, a szpital pieniędzy nie ma. Zwłaszcza, że dochodzą jeszcze karne odsetki i duże koszta sądowe. Samo naliczenie zaległych „trzynastek” przez biegłego będzie kosztowało szpital ok. 300 tys. zł! A wyroki mogą opiewać na sumę ok. 10 milionów. Sumę, która może być gwoździem do trumny tego zakładu. - Co stanie się, pana zdaniem, jeśli spełni się ten najczarniejszy scenariusz? - Jeśli mnie się nie powiedzie, to następny będzie likwidator. - A potem? - Dochodzą mnie słuchy o próbach przejęcia naszego szpitala przez inne ośrodki. Jest niedaleko nowo otwarty piękny szpital w Grodzisku, który pewnie chętnie założyłby tu swoją filię, ale oczywiście po całkowitym „posprzątaniu” terenu. Chodzi o szpitalne długi i pewnie załogę. Mam jednak cień nadziei, bo część osób złożyła deklarację, że przystąpi do ugody ze szpitalem. Polegałaby ona między innymi na tym, że pracownicy odstąpią od odsetek, które stanowią jakieś 30 procent całości, no i oczywiście wypłata musiałaby być rozłożona w czasie. Nagle takiej sumy nie zdobędziemy. Właśnie dlatego zdecydowałem się przyjąć stanowisko dyrektora, aby ratować szpital. Większość załogi znam z dobrej strony. Mam do nich zaufanie i chciałbym aby i oni mieli zaufanie do mnie. Jestem tym samym człowiekiem, którym byłem. Mnie ta funkcja nie zmieni. Będzie to moja życiowa klęska, jeśli nie uda mi się uratować szpitala przed upadkiem. - A przecież rząd obiecuje lekarzom 30-procentową podwyżkę, tylko znów nie wiadomo skąd wziąć pieniądze. - No właśnie, NFZ ich nie ma, a to on powinien podwyżki sfinansować. To moim zdaniem jest wyłącznie gra polityczna, za którą zapłacimy my wszyscy. Dlatego dobrze by było, żebyśmy najpierw załatwili te najważniejsze wewnętrzne problemy. - Czy ustanowił pan już swojego zastępcę? - Pełniącym obowiązki zastępcy jest obecnie dr Wiesław Nawłatyna, który był lekarzem naczelnym szpitala. - Czy wobec tego ta funkcja zostanie utrzymana? - Myślę, że tak, bo potrzebny jest doświadczony lekarz, który będzie czuwał nad kadrą. Najchętniej na tym miejscu widziałbym doktora Pasiaka, który jest według mnie najbardziej godnym zaufania lekarzem. Chciałem, aby został moim zastępcą, ale odmówił. Żałuję, bo to mój nauczyciel, który uczył mnie na stażu chirurgii, jest dla mnie autorytetem – praktykiem. - A czy jakieś inne zmiany pan przewiduje? - Owszem, zamierzam zmniejszyć ilość kierowniczych stanowisk. Chodzi na przykład o kierownika przychodni szpitalnych, bo przecież każdy lekarz, który pracuje w tym miejscu ma swoich zwierzchników na oddziałach. Również w dziale administracyjnym jest rozbudowany system stanowisk kierowniczych. Na oddziałach zaś jesteśmy przed konkursem na chirurgii i chyba na ginekologii i położnictwie. W tym drugim przypadku wszystko zależy od tego, czy wróci dr Sankiewicz. Jeśli wróci, do czego go bardzo namawiam, nie będzie takiej potrzeby. Twierdzi, że bardzo podoba mu się nasz szpital, ale z Podkowy Leśnej, gdzie mieszka, jest to jednak daleko. Mimo że ma szybki motor i lubi szybką jazdę. Chciałbym też naprawić pewne niesprawiedliwości płacowe, które się nagromadziły przez lata. Jeśli są bowiem specjaliści z tym samym stopniem, jeden pracujący ponad dwadzieścia lat i drugi, który przyszedł niedawno, a różnica uposażenia jest rzędu tysiąca złotych na korzyść tego nowego, to jest to niesprawiedliwe. Nie chciałbym mówić źle o nieobecnym, ale sądzę, że pewne błędy zostały popełnione. Odeszło ostatnio ze szpitala przynajmniej kilku lekarzy. Doktor Sankiewicz, dr Dyl, dr Artur Sankowski, również dr Mazurek, ale on wraca. Zaś doktor Dyl złożył papiery do konkursu na ordynatora chirurgii, podobnie jak dr Mazurek. Chciałbym pewne sprawy ponaprawiać, bo ja traktuję je inaczej, niż mój poprzednik. W ogóle jestem humanistą… - Spod jakiego znaku? - Ryby. - To dusza artystyczna. - No owszem, piszę wiersze, opowiadania, ale do szuflady, zbyt są osobiste, by je publikować. - Może jednak… - Nie, dziękuję, może kiedyś… Dlatego właśnie ja widzę inny sposób pracy. Nie stawiam za wszelką cenę na efekty ekonomiczne, bo przecież w tych warunkach funkcjonują prawie wszystkie szpitale w kraju, może z wyjątkiem warszawskich. Ceny Narodowego Funduszu Zdrowia za nasze usługi są tak niskie, że czasami nawet nie pokrywają kosztów. Szpitale powiatowe znajdują się w nędzy i wcale nie dlatego, że są źle zarządzane. Dlatego jesteśmy obecnie w sporze zbiorowym z NFZ, to znaczy Konwent Szpitali Powiatowych występuje o wyższe kontrakty, bo te, które teraz proponuje Fundusz są niższe od tych z pierwszego półrocza. Minister Religa twierdzi, że nadwykonania to jest błąd dyrektora i należy go za to ukarać. To znaczy, że temu, który złamał nogę na rowerze, jeszcze zapłacimy, a temu z rozbitą głową w samochodzie już nie. Jak my możemy nie przyjąć… ofiary wypadku?! A Fundusz nie chce za te nadwykonania zapłacić. Sochaczewski szpital nie byłby w takiej tragicznej sytuacji, gdyby nie polityka NFZ… Mamy proces w sądzie o 5 milionów złotych za nadwykonania w ubiegłych latach. Zaś w tym roku tych nadwykonań jest już za ponad milion złotych. NFZ nie chce również za nie zapłacić. Proponuje nam jałmużnę, jakieś 30 proc. należnej sumy. - Co pan więc zamierza w tak nieciekawej sytuacji? - Nie uważam, że trzeba za wszelką cenę nie zadłużać szpitala po to, aby zbilansować wydatki zakładu. A wszystko kosztem załogi, przykręcając coraz bardziej śrubę i krzywdząc w każdej dziedzinie. Myślę bowiem, że największą wartością każdego szpitala jest fachowy i zgrany zespół.
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze