Przypadek Ojca Konrada Hejmo to modelowa sytuacja, w której nakłada się na siebie tak wiele wartości tak różnego rodzaju, że nawet najtęższym etycznym głowom przychodzi rozłożyć ręce i powiedzieć: Nie wiem, co bym zrobił w takiej sytuacji, nie wiem, co poradzić. Wpisując się niefortunnie w ciąg ostatnich wydarzeń zapoczątkowanych odejściem Papieża Jana Pawła II, sprawa dominikanina staje się poważnym zarzutem przeciwko lustracji. Nawet jej najwięksi zwolennicy muszą zadać sobie dzisiaj pytanie, po co to wszystko. Tłumaczenia prezesa IPN również, w miarę jego kolejnych wystąpień, brzmią coraz bardziej nieprzekonująco. Zresztą dokładanie tak, jak nieprzekonująco brzmią wyjaśnienia ojca Hejmo. Wydaje się, że jedynymi, którzy na takim obrocie sprawy korzystają, są przeciwnicy lustracji, a przede wszystkim „agenci” i agenci, którzy się najzacieklej ukrywają. Czy zatem prezes IPN Leon Kieres dał się podpuścić? A jeśli tak, to komu? Przemawiałaby za tym sekwencja czasowa wydarzeń, bo prezes wybrał moment najgorszy dla ogłoszenia tych rewelacji. Wiele przemawia jednak na jego obronę. Od początku kierowania instytutem pokazywał, że w obronie prawdy jest w stanie naprawdę iść pod prąd, czego znamiennym przykładem było mozolne odkrywanie ponurych tajemnic Jedwabnego. Obserwując jego działania, trudno się było oprzeć wrażeniu, że Leon Kieres to człowiek typowo kantowski. To znaczy taki, którego zasadą działania jest obowiązek. Czy Immanuel Kant, który sformułował tak drakońskie podejście do etyki przewracałby się w grobie w takiej sytuacji? Prawdopodobnie nie, bo był filozoficznym uparciuchem i choć spociłby się z wysiłku mówiąc te słowa, powiedziałby: Prezes działał słusznie! A jednak sprawa ojca Hejmo obnaża to Kantowskie pojmowanie etyki jak żadna inna. Obnaża dlatego, że nie jest przypadkiem akademickim, tylko prawdziwym. Więcej, pokazuje, że ślepe podporządkowanie prawu i obowiązkowi (na które zdaje się powoływać Leon Kieres) uderza w same te pojęcia. Ujawnia ich całkiem możliwą niestabilność. A także, pozwala takim „człowiekiem obowiązku” kierować, jak notabene psem na smyczy. Co zatem powinien zrobić prezes? Odpowiedź, że aktu ujawniać nie powinien, jest niestety jeszcze zbyt prosta. Akta są i pozostaną. Ze zrozumiałych względów jeszcze przez lata mogły być kartą w którejś z politycznych gier. Tak naprawdę, aby tego uniknąć, Kieres mógł zrobić tylko dwie rzeczy: akta pokazać albo - wzorem służby bezpieczeństwa - spalić. Ale czy ktoś wyobraża sobie Leona Kieresa, który na jakimś zapomnianym wysypisku śmieci polewa benzyną gruby tom, jaki dla Ojca Hejmo sporządziła SB. Przyznaję, że na mnie sama myśl o tym robi daleko większe wrażenie, niż „Psy” Pasikowskiego. Koniec końców, skoro prezes znał prawdę już wcześniej, powinien ją wtedy ujawnić. Wybierając taki moment, wybrał najgorzej jak tylko mógł. Jednak ani jego, ani ojca Konrada Hejmo, którzy za sprawą pokrętnego losu są tutaj najbardziej poszkodowani, od czci i wiary odsądzać nie powinniśmy. Ostatecznie jest to sprawa sumienia, choć idei lustracji na pewno się nie przysłuży. Ale, może los tak chciał.
Andrzej Gąsiorowski
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze