Reklama

„Fajnie jechać tramwajem, kiedy wokół siedzą wampiry i ...”- Wywiad z Arkiem Lerchem

Kulturka
12/02/2013 13:06

Fajnie jechać tramwajem, kiedy wokół siedzą wampiry i panowie we frakach z siekierami w głowach.”- Wywiad z Arkiem Lerchem


Arek Lerch- jeden z najbardziej charyzmatycznych polskich dziennikarzy muzycznych. Stoi na straży rock"n rolla i szeroko rozumianej alternatywy już od wczesnych lat 90-tych.

Jego artykuły pojawiały się w takich pismach jak: Brum, XL, czy Metal Hammer, do którego to w wielkim stylu niedawno zresztą wrócił. Dziennikarz z pasji i miłości do muzy, który tą pasję oddaje łojąc od lat na bębnach. Jego perkusyjne CV jest niezwykle barwne i bogate. Wystarczy wymienić kilka kapel, w których grał, bądź gra do tej pory: 100% Bawełny, Ssaki, Coalition, 100 Inch Shadow, Sunrise, Daymares, Born Anew, The Band of Endless Noise, czy Cast In Iron. Z tym ostatnim całkiem niedawno wystąpił w Sochaczewie.

Reklama

W obszernym wywiadzie z Arkiem Lerchem przeczytacie m.in. o jego współpracy z Kubą Wojewódzkim, najciekawszych i najgorszych wywiadach jakie przez lata przeprowadził ze znanymi muzykami. Dowiecie się kto z branży muzycznej jest wyluzowany, a kto jest nadętym dupkiem...

A więc pora zapiąć pasy i jedziemy...



Łukasz „Ch-Fu” Szewczyk: Zazwyczaj o dziennikarzach muzycznych mówi się jako o niespełnionych muzykach. Z Tobą jest jednak zdecydowanie inaczej, gdyż jednocześnie piszesz o muzyce i ją tworzysz. Opowiedz o Twojej przygodzie perkusisty. W jakich kapelach można Cię usłyszeć, na jakich płytach? Gdzie grałeś, a gdzie grasz obecnie?

Reklama


Arek Lerch: No tak, pokutuje takie przekonanie… i coś w nim jest… Ja czasami sam nie wiem, czy jestem grającym dziennikarzem muzycznym, czy muzykiem, który hobbystycznie uprawia pisanie. Pewnie w zależności od tego, na jakim polu w danym momencie odnoszę tzw. sukces, choć i to pojęcie jest bardzo względne. Grałem w różnych zespołach – począwszy od hip-hopowego 100% Bawełny w zamierzchłych latach 90 – tych, eksperymentalnych Ssaków, przez hardcore’owe Coalition i 100 Inch Shadow, metalowy Sunrise aż po d – beatowy Daymares. Potem był Born Anew, też ciekawy hardcore, w międzyczasie eksperymentalny The Band of Endless Noise no i oczywiście Cast In Iron, który założyliśmy z Borsukiem (Daymares, Government Flu), w którymm gra też jego brat Grzesiek i Doman na wokalu. Aktualnie, oprócz CII, gram w Cold (zespół Grześka), z którym w lutym nagrywamy płytę – znakomita porcja bardzo ciekawego hardcore’a, bez sztampy, z lekkim posmakiem lat 90 – tych. W zespole śpiewa też Rafi znany z Government Flu. No i ostatni zespół – Saw Slow. To zupełna nowość, choć spotkałem się w nim po latach z Zibem (Sunrise, Iron To Gold) i Adamem z The Band of Endless Noise. To może być zaskakująca rzecz dla wielu osób, bo reanimujemy tym zespole noise i eksperymentalny hc z lat 90 – tych. Jeśli komuś mówią coś nazwy Regulator Watts, The Jesus Lizard, June of 44 czy Lungfish i tym podobne klimaty, będzie wiedział, o co chodzi. Też chcemy w najbliższym czasie nagrywać materiał i będzie to duże wyzwanie – kawałki mocno rozbudowane, po 6 – 7 minut. Mam co robić, to pewne…

Reklama

Z Cast in Iron grałeś niedawno w Sochaczewie (koncert w sochaczewskiej Przystani organizowany przez DoOrDie, Przyp. Red.). Jak wspominasz ten koncert i sochaczewską publiczność? Ponoć mimo mroźnej aury było naprawdę gorąco?!


Miły koncert, spoko ludzie, świadomy odbiór i fajne zespoły. Zapamiętam na pewno występ crossover’owego Bullet Belt – na żywca cholerna petarda. Mocna rzecz, polecam. Podobnie jak Guantanamo Party Program, choć to bardziej klimatyczna historia, moim zdaniem do słuchania w domowym zaciszu. Co mogę powiedzieć więcej – na pewno zaliczę go do udanych występów, wszystko wyszło jak trzeba, jedynie mróz był srogi, ale cóż, jak to w zimie…

Reklama


Gdzie można was obecnie usłyszeć? Zdradź wasze najbliższe plany wydawnicze?


Można będzie nas zobaczyć na mini – trasie zimowej. 1-9 lutego ruszamy w zacnym towarzystwie Government Flu do kilku miast polskich i niemieckich. Zaczynamy we Wrocławiu, potem trochę Germanii a na końcu Szczecin i Rumia (choć tu zamiast CII pojawi się… Cold). Za to marcu gramy w Trójmieście. Płyta… „się robi”. Muszę przyznać, że postawiliśmy sobie wysoko poprzeczkę, więc idzie wolniej niż zamierzaliśmy, mamy gdzieś połowę materiału, mam nadzieję, że w zimowe miesiące uda się dołożyć do puli parę kawałków a kiedy będziemy nagrywać… tego nikt nie wie…

Reklama


Wojewódzki – cóż, był dobrym naczelnym z milionem szalonych pomysłów, które do dzisiaj tkwią mi w głowie.""



Opowiedz o swoich początkach dziennikarskich. Wiem, że pisałeś dla kultowego już magazynu „Brum”, który był redagowany przez Kubę Wojewódzkiego. Jaką był on osobą? Jak układała się wam współpraca? Czy utrzymujesz z nim nadal kontakty?


Przed Brumem był jeszcze XL, też niezła szkoła życia. Lata 90 – te, donoszenie do redakcji tekstów na dyskietkach. Dawne dzieje… Brum. Cóż, różne opinie o magazynie krążą, ale w swoim końcowym okresie szczytował. Było tam mnóstwo fajnych i kreatywnych ludzi, mnóstwo rozmów, burzy mózgów. Ciekawe czasy. No i przede wszystkim, w odróżnieniu od dnia dzisiejszego, był kontakt bezpośredni a nie maile. W Brumie zaliczyłem bardzo ciekawy okres, pisałem fajnych rzeczach a Wojewódzki – cóż, był dobrym naczelnym z milionem szalonych pomysłów, które do dzisiaj tkwią mi w głowie. Teraz nie utrzymujemy kontaktów, bo nasze drogi są od siebie bardzo oddalone, poza tym przebijanie się przez tłumy piszczących nastolatek to chyba słaba opcja. Wbrew obiegowym opiniom, nie wieszam na nim psów, bo wiem, że jest inteligentny. A co do wykorzystania tej inteligencji to już inna sprawa. Każdy ma swój flow…

Reklama


Kojarzę Ciebie i zresztą wielu czytelników również nie tylko z Metal Hammera, ale też z magazynu XL. Swego czasu był to najlepiej wydany magazyn muzyczny w Polsce. Co się stało, że tak szybko zniknął z rynku?


Tak, był niezły, choć dzisiaj, kiedy przeglądam jakieś archiwalne numery, mam wrażenie, że trochę fleszowaty. Co było w nim najlepsze? Bardzo profesjonalni dziennikarze. Bardzo krytyczni, wymagający. Dużo się nauczyłem, jeśli chodzi o warsztat pracy, pisanie, operowanie słowem, odcedzanie tego, co ważne od reszty. Mowa – trawa nie przechodziła. Co do upadku magazynu. Nie pamiętam. Wiem, że był on związany z Twoim Stylem i chyba właśnie na linii biznesowej nastąpił jakiś krach, TS nie opłacało się utrzymywać dodatkowego tytułu czy coś w tym guście…. Nie wypowiadam się, żeby nie pisać głupot. Był i przestał być. Jak wiele innych tytułów…

Reklama



Miło gadało się z Maxem Cavalerą. Chyba nie miałem takich zupełnie spieprzonych rozmów. Może jedynie z Glenem Danzigiem, ale to bardziej z powodu jego humoru i fatalnego połączenia.”



Przeprowadziłeś mnóstwo wywiadów ze słynnymi muzykami. Czy jakiś wywiad wpłynął na zmianę twojego nastawienia do jakiegoś zespołu? Czy kilkanaście, lub kilkadziesiąt minut kontaktu bezpośredniego z Twoim muzycznym bohaterem może wpłynąć na to, że przestajesz być jego fanem?


Tak, może tak być… Przestałem szanować Petera Dolvinga z The Haunted po mailowym wywiadzie jakiego udzielił mi po wydaniu płyty „Versus”. Potraktował mnie jak idiotę, sugerując, że nie chce mu się pisać i mam sobie sprawdzić myspace zespołu jak chcę się czegoś dowiedzieć. Cóż, ostatnie wydarzenia z obozu The Haunted, wzajemne oskarżenia Petera i pozostałych muzyków wyraźnie pokazują, że nie są to fajni ludzie, obojętnie, po której stornie jest racja…

Reklama


A z tych milszych zaskoczeń wskazałbyś?


Miłe zaskoczenia są różne. Inaczej jest, kiedy rozmawiasz z kimś, kto jest Twoim bohaterem, inaczej, kiedy po prostu trafiasz na człowieka fajnego, otwartego i wesołego. Tych rozmów było tyle, że sam już nie pamiętam. Mogę tylko powiedzieć, że, niestety, ostatnimi czasami coraz więcej wywiadów odbywa się drogą mailową. Bo taniej, wygodniej itp. Ogólnie lubię Skandynawów bo są bardzo mili i wyluzowani, kilka fajnych gadek z Holendrami (Gorefest chociażby…). O, duże wrażenie zrobiła na mnie rozmowa z legendarnym Attilą Csiharem z Mayhem. Gość owiany złą sławą, autor słów na „De Mysteriis Dom Sathanas”, narkotyczny szaman. A w rozmowie okazał się być miłym, rozgadanym, choć faktycznie nawiedzonym gościem. Miło gadało się z Maxem Cavalerą. Chyba nie miałem takich zupełnie spieprzonych rozmów. Może jedynie z Glenem Danzigiem, ale to bardziej z powodu jego humoru i fatalnego połączenia. Za to wiem, kogo jeszcze chciałbym dołączyć do „kolekcji” – Michael Gira (SWANS) i Nick Cave. Duane Denison (The Jesus Lizard) dostał już moje pytania, więc jego do tej puli nie wliczam…

Reklama


Jesteś fanem noise"u, stoner rocka, hard core"a, więc stylów w muzyce, których początek co prawda datuje się na lata 80-te, ale zostały ukształtowane w latach 90-tych. Co sądzisz o tamtych czasach?


W zasadzie, każdy kto gdzieś tam czytał moje teksty, wie, że lata 90 – te zawsze będą moim złotym czasem. Nie chcę się kreować na nowego Beksińskiego, więc nie będę pisał, że wszystko, co dobre zostało w tamtej dekadzie, ale fakt pozostaje – jeśli dzisiaj trafiam na coś, co mnie intryguje, przeważnie słyszę reminiscencje tamtych lat. Sprawa jest prosta – na lata 90 – te przypada moja dojrzałość i śmiałe wkroczenie w ten biznes, dlatego zespoły tamtego okresu tak na mnie wpłynęły. Cieszę się, że byłem świadomym obserwatorem ostatniej rewolucji w historii muzyki rockowej, czyli rozwoju i upadku grunge. Doświadczałem pierwszych poważnych ciosów ze strony hard core’a, uczyłem się tej muzyki, świadomie przyjmując pewne idee. Myślę, że nie ma się co rozpisywać, bo musiałbym napisać książkę, a to by wszystkich śmiertelnie znudziło…

Reklama


Bardzo dobrze widzieć rozkwit sceny stoner – sludge’owej. Po okresie brzmieniowych prób i błędów, mamy zespoły, które wyjeżdżają dzisiaj do Stanów i mogą spokojnie stanąć obok EyeHateGod itp. bandów. Grają tak, że łeb urywa.”



Widziałem Twoje zestawienie najlepszych płyt 2012 roku. W kategorii polskich kapel wyróżniłeś m.in. Merkabah i Vagiatrians, co mnie osobiście bardzo cieszy. Czy dostrzegasz jakąś nową falę w polskiej muzyce niezależnej? Jakie jeszcze nazwy mógłbyś wymienić? Ja ze swojej strony dorzuciłbym takie kapele jak choćby: Satellite Beaver, Major Kong, Dopelord, Broken Betty, O.D.R.A, Same Road, czy Gonzo & The Prezidents.


To co mnie cieszy, to fakt, że mamy całą masę bardzo profesjonalnych zespołów. W zasadzie w każdej dziurze znaleźć można grupy, które grają na poziomie co najmniej wysokim. Co ciekawe, głównie są to rzeczy nie – metalowe. Bardzo dobrze widzieć rozkwit sceny stoner – sludge’owej. Po okresie brzmieniowych prób i błędów, mamy zespoły, które wyjeżdżają dzisiaj do Stanów i mogą spokojnie stanąć obok EyeHateGod itp. bandów. Grają tak, że łeb urywa. Jedyne zastrzeżenie mam do wizerunku, bo kiedy słyszę dźwięki wyrywające z butów a potem widzę chłopaczków, wyglądających na typowych „nerdów”, czuję się nieswojo. No, ale nie każdy musi wyglądać jak skrzyżowanie Jimmy Bower’a i Rexa Browna… Ze zjawisk warto zwrócić uwagę na zespoły, które świadomie lub nie zaczynają tworzyć na pograniczu scen, nie bojąc się swego rodzaju, lokalnego ostracyzmu. Kiedyś było pod tym względem gorzej. Pamiętam, jakie były problemy, kiedy grałem ze Ssakami, bo do niczego nie pasowaliśmy i nikt nie chciał robić nam koncertów. Dzisiaj takich zespołów jest multum i radzą sobie całkiem nieźle. Do Twojej puli dorzuciłbym jeszcze semantik punk, inkarnację Mojej Adrenaliny, którzy w temacie dadaistycznego absurdu poszli dalej niż ktokolwiek. No chyba, że obudzi się Kostas New Program…


Dawno nie było takiego bogactwa jeśli chodzi o koncerty stoner/sludge/doom. Warto wymienić chociażby nazwy kapel, które były lub będą u nas po raz pierwszy: Saint Vitus, Crowbar, Eyehategod, czy Pentagram. Co sądzisz o działaniach takich agencji koncertowych jak chociażby: Ceremony Booking?


Bardzo dobrze, bo świadczy to o końcu hegemonii „dużych” organizatorów. Jeszcze jakiś czas temu było oczywiste, że do sprowadzenia „dużego” zespołu trzeba mieć odpowiednie zaplecze, kasę czy co tam jeszcze. Może zmienił się klimat, oczekiwania zespołów, ale coraz częściej koncerty dużych bandów są sygnowane małymi, niezależnymi agencjami koncertowymi. Świadczy to o profesjonalizacji naszego rynku i coraz lepszego przygotowania organizatorów. No i oczywiście – Internet. Kiedyś szef dużej wytwórni czy agencji koncertowej miał w notatniku numer telefonu managera kapeli X i było nie do pomyślenia by takowy numer udostępnił jakiemuś szmaciarzowi z ulicy. Dzisiaj wystarczy znajomość angielskiego, Internet i można negocjować. Inna sprawa, jak to finalnie się udaje, ale jest coraz lepiej…


Jeśli miałbyś sporządzić swoją 10 najlepszych płyt wszech czasów to jakie byłyby to pozycje?


To pytanie trudne chyba dla każdego maniaka muzyki, bo każdego dnia ta lista wyglądałaby inaczej… Może przyjmiemy kryterium przełomowości, ale nie muzycznej, tylko życiowej. Wymienię takie płyty, które pojawiły się w ważnych dla mnie momentach. Miles Davis „Tutu” – tej płyty słuchałem na swoim pierwszym gramofonie, gdzieś w 88 roku, w momencie, kiedy byłem jeszcze mocno nieświadomym słuchaczem. Już wtedy zachwyciła mnie strona rytmiczna nagrań, choć dzisiaj uważam, że ta płyta mogłaby brzmieć inaczej. „Mutiny/Bad Seed” The Birthday Party – płyta, która pojawiła się w momencie, kiedy ostro słuchałem punk rocka i wydawało mi się, że nic bardziej barbarzyńskiego spotkać mnie nie może. Cave zniszczył moje jestestwo, przekręcił wszystko do góry nogami. Płyty słuchałem dzięki wypożyczalni w bibliotece miejskiej. Mogę im z tej pozycji podziękować, że zmienili moje życie. Na lepsze… Amerykańska scena noise’owa, pierwsza połowa lat 90 - tych. The Jesus Lizard „Goat” i „Liar”. Shellac „At Action Park”. Girls Against Boys „Cruise Yourself”. Killdozer „For Ladies Only”. Hammerhead „Into The Vortex”. Kasety Outside’a... To były czasy wielkiego olśnienia. 91/92/93 rok. Szok kulturowy, początki czegoś nowego. Wrażenia, to coś, co chciałbym poczuć jeszcze raz. Magia. Wiem, że dzisiaj to brzmi co najmniej dziwnie, ale to, co działo się w mojej głowie, kiedy pierwszy raz słuchałem tych płyt jest bezcenne... I do dzisiaj, mimo, że od ich nagrania minęły już dwie dekady, zabieram je ze sobą w każdą podróż. Nawet jeśli ich nie słucham, świadomość, że w każdej chwili mogę, uspokaja mnie. Cro-Mags „Alpha/Omega”. Może to dziwne, ale właśnie ta płyta jest dla mnie dzisiaj uosobieniem nowojorskiego hardcore’a, choć dla wielu jest to zwykły metal. Dla mnie nie. Death „Human”. Obóz, rok bodajże 92. W paszczy walkmana ląduje „Human”. Szok… Co to, kurwa, jest? Odkrycie metalu…


W dobie Internetu jest taki wybór, że trudno wszystko ogarnąć, ale generalnie nie lubię i nie jaram się netowymi „odkryciami” typu dwuletni pałker – fenomen grający jazz czy niemowlę tłukące blasty.”



Opowiedz o magazynie Violence Magazine, który obecnie współtworzysz.


Moje dziecko. Ok., magazyn papierowy stworzył Karol (SMG), były dwa numery polskojęzyczne, potem temat upadł. Po jakimś czasie zacząłem namawiać Karola na stworzenie magazynu internetowego. Długo to trwało, potem ja długo się rozkręcałem i pod koniec 2010 roku ruszyło. I od tej pory ciągnę ten wózek, dzięki świetnym kolegom, którzy pomagają mi swoją pisaniną. Każdy ma swój wkład w magazyn a dla mnie najważniejsze jest, by odróżniać się od typowych, internetowych zinów, gdzie wszystko mryga, pika, świeci i się rusza. To ma być magazyn z recenzjami, teksami i wywiadami. Jasne, jest nowoczesność w postaci facebooka, bo to dość oczywiste, ale stawiam na słowo pisane a nie dźwięk i obraz. Myślę, że osiągnęliśmy już jakiś poziom, jest co czytać, ktoś tam nas zauważył, wytwórnie niektóre też, więc jest power do dalszego działania. Mamy kolejne pomysły, chęci i pewnie jeszcze nie raz o nas usłyszycie. Jeśli chodzi o merytorykę, odszedłem do grindowego profilu dawnego Violenca, bardziej w stronę środka. Jest ekstrema, ale też sporo po prostu dobrej muzyki rockowej. Myślę, że ta tendencja będzie utrzymana.


No to wróćmy do Arka Lercha jako perkusisty. Twoje największe perkusyjne inspiracje?


W dobie Internetu jest taki wybór, że trudno wszystko ogarnąć, ale generalnie nie lubię i nie jaram się netowymi „odkryciami” typu dwuletni pałker – fenomen grający jazz czy niemowlę tłukące blasty. Uważam, że doświadczenie, kształtowanie przez lata muzycznego charakteru jest równie ważne jak talent. A więc moje fascynacje. Skrajne. Z jednej strony terminatorzy perkusji z Flo Mounierem (Cryptopsy) na czele. Ten gość jest niesamowity. Szybkość giętkość jego aranżacji perkusyjnych powala. A przy tym to spoko koleś, bardzo zorganizowany. Współpracowałem z nim przy promocji ostatniej płyty Cryptopsy. Bez problemu. Chciałem zrobić konkurs z nagrodami w postaci krążków zespołu. Oczywiście - padła odpowiedź, nie ma sprawy. Mija pięć dni – paczka z płytami ląduje na moim biurku. Nawet nie poczułem, że on jest z Kanaday a ja z Polski. Ok., odbiegłem od tematu pytania. Z drugiej strony są perkusyjni minimaliści, którzy za pomocą jednej blaszki i bębenka robią cuda. Tu wymienię Wolfiego, pałkera The Fight i Government Flu. Świetny feeling, pomysły, wykonanie. To gość, który zasługuje na określenie „muzyk”. Gdzieś pośrodku wymienię Michała Miśkiewicza, bębniarza grającego min. z Tomaszem Stańko (płyty „Soul of Things” czy „Suspended Night” to dla mnie nadal muzyka, której nie rozumiem…). Jest Karol Ludew z semantik punk – nie wiem, co ten gość ma w głowie. Ech, trochę jest tych ciekawych fizycznych, he, he…


Wiem, że grałeś nie tylko koncerty w Polsce, ale też praktycznie na całym świecie. Możesz przytoczyć jakieś ciekawe anegdoty związane z nimi?


Po pierwsze z tym całym światem to przesadziłeś. Może w Europie byłem w kilku miejscach, ale to tyle. Mam nadzieję, jeszcze tu i ówdzie polatać. Anegdoty… Trudna opcja… Na trasach cały czas coś się dzieje, raz śmiesznie raz mniej. Ja ogólnie jestem człowiekiem mało rozrywkowym i na trasach głównie śpię, czytam i słucham muzyki albo stukam w padzika. Czasami oczywiście coś się zakręci bardziej a czasem jest nuda. Trzeba pamiętać, że jeżdżenie w trasy to nie sama zabawa non stop, to też zmęczenie, kiedy np. nic się nie dzieje, albo siedzisz w busie. Owszem, pamiętam akcje typu pomylenie miasta docelowego przez kierowcę, opcje typu „zapomniałem zatankować”, ogólnie, najwięcej śmiesznych akcji było chyba z kierowcami. Śmiesznie było, kiedy graliśmy parę lat temu w Lipsku i trafiliśmy akurat na festiwal Wave-Gotik-Treffen.. Fajnie jechać tramwajem, kiedy wokół siedzą wampiry i panowie we frakach z siekierami w głowach. Fajnie jest oglądać, jak żyją ludkowie w innych krajach.


Tym razem porozmawiajmy o koncertach na których byłeś z racji wykonywanego zawodu dziennikarza i pasjonata muzyki. Byłeś w swoim życiu na naprawdę wielu koncertach. Czytałem, że ostatnimi czasy największe wrażenie zrobiły na Tobie koncerty Red Fang. Pobawmy się znowu w plebiscyt. Tym razem: 5najlepszych koncertów jakie widziałeś, które wywarły na Tobie największe wrażenie w Twoim życiu?


Błąd – relację z Red Fang pisał kolega z Londynu. Pięć najlepszych koncertów? Hmmm... Ok. Vader w 1998 roku w Spodku. Szczyt możliwości tej formacji… Red Hot Chili Peppers w Berlinie promujący płytę „Stadium Arcadium”. System of a Down też w Berlinie. Houk promujący w Remoncie płytę „Transmission Into Your Heart” w roku 1994. Post Regiment w Hybrydach, chyba 93 rok, nie pamiętam. Swans w warszawskiej Stodole w 2011. To już sześć... Liczy się magia i coś ulotnego, czego dzisiaj często brakuje. W dobie profesjonalizacji, kiedy każdy zespół ma sprzęt najwyższej klasy, wspominam czasy sprzed dwudziestu lat, kiedy sprzęt był taki sobie, ale magia płynąca z paluchów ruszała duszę. Wiem, brzmi groteskowo, trudno...

A jakich kapel jeszcze nie dane Ci było zobaczyć na żywca, z którymi obcowanie „live” było/jest twoim absolutnym marzeniem?


Marzenie? Znaleźć się na koncercie The Birthday Party w 1985 roku. Na koncercie Led Zeppelin w 1971 roku. Na koncercie The Clash w 79... Poczuć na żywca klimat tamtych czasów, tę dekadencję. Zobaczyć, jak to wyglądało. Tutaj też mógłbym wymieniać bardzo długo...


Obecnie piszesz również dla „Mystic Art”. Co skłoniło Cię do przejścia z „Metal Hammera” do tego właśnie pisma?


Znowu musimy wprowadzić pewną chronologię wydarzeń, he, he... Z Metal Hammera odszedłem w 2010 roku, bo mój ówczesny stan ducha był taki a nie inny. Do Mystica zostałem zaproszony, pisałem przez niespełna półtora roku. Dużo mówiło się o tym, że ma się stać co najmniej dwumiesięcznikiem, że będzie super, tymczasem ukazywał się, niestety co kilka miesięcy w porywach nawet do pół roku. W pewnym momencie stwierdziłem, że taka forma nie do końca mi pasuje, choć załoga jest miła... Jakoś tak się złożyło, że miałem kontakt z red. nacz. Darkiem z MH, z którym od słowa do słowa doszliśmy do wniosku, że... fajnie, gdybym wrócił do Metal Hammera. I stało się. Jak ten syn marnotrawny (dla niektórych: dziennikarska kurwa, niech będzie...) wróciłem na stare śmieci i tak już zostało. Jest dobrze. Metal Hammer i Violence mi wystarczają. Choć niedługo pojawię się na łamach pewnego tygodnika, co spowoduje na pewno niezły rejwach, obiecuję...


Wcześniej był jeszcze „BlackAstrial”. Przyznam się, że tytuł mi osobiście mało znany. Przybliż zarówno mi jak i innym malkontentom ten magazyn.


Blackastrial to był bardzo ambitny magazyn założony przez Sławka Nietupskiego (niektórzy kojarzą go pewnie z awangardowego zespołu Hesperus Dimension...), który w założeniu miał pisać o metalu, ale w nieszablonowy sposób, wyciągać z tej magmy najciekawsze, intrygujące zjawiska, stać się opiniotwórczym periodykiem, będącym na bakier z modami. Tak było; te numery, które się ukazały to przykład najciekawszych kart w historii prasy muzycznej w Polsce. Padł, jak zwykle, z przyczyn ekonomicznych. Tak to jest w tym kraju. Niektóre nazwiska, kojarzone z tym magazynem można teraz spotkać w Violence...


Kolejnym tematem będą Supergrupy. Od lat takowe powstają i zazwyczaj są to tylko efemerydy, zespoły, których twórcy traktują jako coś luźnego, eksperyment, odskocznię od swoich macierzystych kapel, czy sposób na zarobienie łatwej i szybkiej kasy. Zdarzają się jednak wyjątki i kapele te stają się głównym bandem dla ich twórców, czego przykładem mogą być: Cream, ELP (z najodleglejszych czasów), a z czasów obecnych: Down, czy Firebird. Ostatnio do takich (jednorazowych?) ciekawostek można zaliczyć: Shrinebuilder, Them Crooked Vultures, czy nowo powstała grupa, złożona z muzyków takich kapel jak: Slayer, Exodus, Mondo Generator, czy Amen. Co sądzisz o takich tworach, czy jest to jednorazowy rzut na kasę firmowany przez znane nazwiska, czy też coś więcej?


W zasadzie sam na to pytanie odpowiedziałeś. Wszystko zależy od jakości muzyki. Jeśli dostaję dobrą płytę ze szczerą muzyką, to nie ma większego znaczenia, czy to projekt, czy supergrupa czy jeszcze coś innego. Oczywiście, zawsze będą pojawiać się zespoły, gdzie głównym motywem będzie chcę przytulenia paru zielonych dzięki nazwiskom firmującym dany projekt. Ale nie dotyczy to raczej ciężkiej muzyki, bo tu i tak nie ma kasy...


Mamy rok 2013. Jesteś przesądny?


Wcale. Nic mnie takie rzeczy nie ruszają. Wierzę w co innego…


Jakieś plany i postanowienia na nowy rok?


Żadnych postanowień!! Najgorsze, co można robić to planować. Po co?! Co ma być, to będzie, trzeba tylko żyć zgodnie z własnym sumieniem. Jeśli możesz rano spojrzeć w lustro i nie zobaczysz kurwy, znaczy, możesz żyć spokojnie.


Powiedz na koniec kilka słów dla czytelników „Kulturki”.


Żyjcie tak, by nigdy nie czuć nudy. Bawcie się, słuchajcie muzyki, jak najwięcej. Chodźcie na koncerty i pamiętajcie, że to my kształtujemy świadomość…


Wywiad przeprowadził i spisał: Łukasz „Ch-Fu” Szewczyk

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo e-Sochaczew.pl




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama