Reklama

Cudowne ocalenia pana Walentego

Tygodnik Ziemia Sochaczewska
13/09/2011 09:13

We wsi Matyldów w gminie Rybno żyje najstarszy jej mieszkaniec , a zapewne również najstarszy mężczyzna w powiecie, Walenty Adamczyk. Pan Walenty urodził się w Matyldowie 16 sierpnia 1910 roku i całe 101 lat przeżył właśnie w tej wiosce. W tym 59 ze swą żoną, która zmarła 11 lat temu. Dziś, mimo swego wieku, nadal jest człowiekiem bardzo energicznym.
Dobry wzrok pozwala mu czytać bez okularów, nie ma problemu ze słuchem, a przede wszystkim nie może usiedzieć na miejscu. Ciągle go gdzieś nosi. Najczęściej do swojej pasieki, kilkadziesiąt metrów od domu, bo pan Walenty jest pszczelarzem odznaczanym niejednokrotnie przez związek pszczelarski medalami. Do jego domu do dziś ustawiają się w sezonie kolejki chętnych do kupna miodu. Są tacy, co biorą po sto litrów i więcej. Ale pracy już nie tyle, co kiedyś, więc go nosi. Jak mówi synowa: „Ojciec potrafi jeszcze na piechotę pójść do Rybna, a to przecież kilka ładnych kilometrów. Do kościoła jeździ rowerem. Do Sochaczewa autobusem”. Ma nawet pod swymi drzwiami wymalowane tabliczki. Na wierzch wykłada zawsze tę aktualną. „Jestem w Sochaczewie” albo „Jestem w pasiece” lub „Jestem w domu - proszę dzwonić” oraz inne. „Przychodzą do mnie po miód – mówi pan Walenty – muszą wiedzieć, czy mają czekać, no i żeby rodzina się nie martwiła”. Nie ma w domu żadnego telefonu.
Pytany o odżywianie i związaną z nim długowieczność pokazuje nam swój ogród i tunel foliowy. Pełne niemal wszystkiego, co do życia potrzebne. Warzywa, owoce, niczym niesypane, bez sztucznych nawozów, tylko na naturalnym oborniku. Mówi, że zawsze jadł niewiele i bardzo proste rzeczy. Pije też wyhodowane w ogródku zioła. Ale jeśli chodzi o długowieczność, to - jak twierdzi Walenty Adamczyk – żyje długo za sprawą cudownych ocaleń, których doświadczył w swoim życiu.
Nie ma w nim warunków do życia
Gdy miał jakieś 20 lat, około roku 1930, zachorował. Nie bardzo było wiadomo co mu jest. Nie mógł prawie jeść i chudł w oczach, chociaż nic go nie bolało. – Ale zanim do tego doszło, to już przy porodzie były ze mną problemy – wspomina pan Walenty. – Dwoje dzieci mojej mamy przede mną umarło, a i ja, jak mówili, byłem na wykończeniu. Wezwano więc szybko sąsiada na chrzestnego, żebym umarł po bożemu. To było moje pierwsze cudowne ocalenie, bo żyję do dzisiaj. Jak mi szedł dwudziesty rok, poważnie zachorowałem. Pamiętam, że to było w marcu. Po dwóch tygodniach byłem już taki słaby, że mama zabrała mnie do mieszkającej w naszej wsi położnej, pani Szkorbutowej. To była bardzo znana w całej okolicy kobita. Obejrzała mnie dokładnie, ale żadnej recepty ani rady nie dała. Dopiero na drugi dzień powiedziała do mojej siostry: „Recepty nie dałam i nic nie wzięłam, bo tam nie ma warunków do życia”. Dwa dni później podobnie zachował się felczer w Sochaczewie, do którego pojechaliśmy. „Ja ci nic nie pomogę, tu jest bardzo źle” – tak powiedział. Byliśmy też u znachora, który popatrzył na mocz i mówi: „Tu tylko Bóg może pomóc”. W końcu znalazłem się w Warszawie, gdzie mieszkała moja siostra, szwagier zaś, jak się okazało, znał pewnego majora, lekarza wojskowego, który pracował w szpitalu na ul. Oczki. On zgodził się załatwić, by mnie tam przyjęli. Tylko mówi: „Ten szpital jest drogi, bo trzeba płacić 4 złote dniówki”. Leżałem tam od maja do 15 grudnia. Było coraz gorzej. Ważyłem 30 kg, jak wcześniej 80 kg. Już nie chodziłem. Nogi miałem bezwładne. Więc w grudniu pytam tego dyrektora szpitala: „Panie doktorze, czy jest jeszcze jakiś ratunek? Bo to tyle czasu. Ojciec długu narobił, sprzedał sześć hektarów”. A on na to: „Ostatni ratunek to rydel i grabarz”.
Pan Walenty poprosił więc o wypis i w mroźny, grudniowy choć słoneczny dzień czekał na szwagra, który miał go zabrać do domu. Uprosił też pielęgniarki, aby go wywlokły przed szpital na ławkę, bo pomyślał, że może zamarznie na dużym mrozie i skończą się jego cierpienia. Nagle podbiegł do niego chłopiec z gazetami, żeby wziął jedną, ale go odgonił. Chłopiec podbiegł drugi raz, z takim samym skutkiem. – Za trzecim razem jednak wcisnął mi tę gazetę – opowiada Walenty Adamczyk. – Mówi, że mam wziąć, bo dzięki niej całe życie będę go wspominał. Wziąłem więc ją i przeglądam, a tam takie ogłoszenie: „Henryk Hipolit Rudziński, Warszawa, ul. Bracka, (numeru nie pamiętam), 2 piętro. Leczy siłą wyższą, bez lekarstw. Niemoc wątroby, niemoc serca itd.”. Pomyślałem, że może warto byłoby jeszcze spróbować, ale muszę czekać na szwagra, bo nie ruszam przecież nogami. Jednak gdy podniosłem głowę znad gazety, ujrzałem stojącą przede mną piękną blondynkę z rozpuszczonymi włosami. Wzięła mnie ona pod pachę mówiąc: „Ja pana zaprowadzę, gdzie pan ma iść”. Ja zdziwiony, bo widzę, że z nią normalnie idę. Ruszam nogami i idę! Podprowadziła mnie kawałek, po czym oddała jakiemuś mężczyźnie i poleciła zaprowadzić na ul. Bracką. Z nim też szedłem bez trudu, ale gdy zostawił mnie w bramie, znów opadłem z sił i na to drugie piętro wczołgałem się na czworaka. Tam otworzyła mi kobieta i pomogła usiąść na krześle, bo doktor miał pacjentkę. Ona zaraz wyszła, a też była taki truposz jak ja. Idąc ścian się trzymała. Ja zaś trafiłem przed oblicze lekarza. Popatrzył na mnie, wypytał o całą chorobę i mówi: „Będzie pan żył pod setkę, ale u mnie leczenie kosztuje 20 zł”. Mówię więc, że muszę zrezygnować, bo mam ostatnie 10 zł. „To ja pana za te 10 zł wyleczę – mówi on – a pan, jak wróci do siebie, będzie o tym opowiadał”.
- Kazał mi się rozebrać do pasa, nachylić się, a on wziął kubeł lodowatej wody i zaczął umoczoną w niej gąbką nacierać mi kręgosłup i plecy. Po czym wstał i mówi: „Niech się pan ubiera, już jest pan zdrowy”. Gdy założyłem ubranie, to jak wcześniej było mi bardzo zimno, tak na plecach czułem jakby ogień. Po schodach zbiegłem, jakby kos mnie zniósł. Do domu szwagra przez pół Warszawy przeszedłem piechotą, zwłaszcza, że i tak nie miałem przy sobie grosza na tramwaj. Długo trzeba było potem przyzwyczajać żołądek do jedzenia, bo miałem go po tylu miesiącach jak noworodek. To było moje drugie cudowne ocalenie.
Mam kazane, to kopię
To było podczas okupacji. Pan Walenty rżnął sieczkę koło swojej stodoły, a wtedy na podwórko wpadli esesmani z karabinami, zabrali go jak stał i zaprowadzili do niemieckiej strażnicy.
- Tam wyszedł oficer, kazał mi przynieść szpadel i iść na łąkę. Nogami odmierzył dwa kroki na jeden, butem obrysował prostokąt i kazał kopać. Wiedziałem, na co się zanosi, myślałem więc o tym, żeby tego esesmana rąbnąć szpadlem i uciec w kierunku lasu – opowiada Walenty Adamczyk. – Ale pomyślałem, że wybiją cały dom, więc lepiej zginąć samemu. Raz, dwa szybko murawę zerwałem, a potem kilka sztychów zrobiłem głębiej, i słyszę: halt! Więc się zatrzymałem. „Czy ja wiem, po co kopię?” on po niemiecku się pyta. A ja na to, że mam kazane, to kopię. To on mnie informuje, jakbym nie wiedział, że zaraz będę leżał w ziemi. Ja na to: „Widocznie Bóg tak chciał”. A w niego jakby piorun trafił, wydarł się na mnie po niemiecku i wygnał do domu. I to było moje trzecie cudowne ocalenie.
Zbawienna inseminacja
Było to w 1966 roku. Pan Walenty ciął na podwórku wraz z synem krajzegą kołki na sztachety do płotu. Ale w jednym był twardy sęk, którego nie zauważyli. Ojciec mocno pchał kołek, ale piła na sęku się zacięła. Gdy ponawiał ataki, odbiła się, a kołek z wielką siłą strzelił pana Walentego w brzuch. Siła była tak duża, że przeleciał trzy metry i wylądował pod drzwiami stodoły. Nie bardzo wiedział co z nim jest. Mógł chodzić, niespecjalnie go bolało, pojechali jednak do lekarza. Był sobotni wieczór, ale mieli już wtedy samochód, warszawę, więc tym transportem dotarli do domu dyrektora Późniaka.
– Zbadał mnie i mówi, że chyba nic groźnego tutaj nie ma – opowiada pan Walenty. – Zapłaciłem więc za wizytę i już biorę za klamkę, a on wtedy: „Halo, halo, stójcie!” i pyta, kiedy to było. „Ano jakąś godzinę temu”. „A to zostanie pan w szpitalu. Ja dam kartkę i tam pana przyjmą. Bo nerwy potrafią puścić dopiero po kilku godzinach i wtedy może się coś okazać”. Więc trafiłem do szpitala, położyli mnie na korytarzu, bo nie było już miejsca. Z czasem brzuch mi coraz bardziej rośnie i coraz bardziej boli. Zacząłem więc jęczeć, bo miałem coraz większe boleści, a brzuch się powiększał, aż mi fartuch rozsadziło. A pielęgniarka, taka ruda cholernica, ochrzaniała mnie tylko, że nie daję spać innym pacjentom. W końcu dali mi zastrzyk przeciwbólowy i trochę przeszło, ale choroba robiła swoje. Na szczęście na dyżurze był doktor Pasiak. Przechodzi i pyta się mnie, jak się czuję. „Panie doktorze, ja już się chyba wykończę” i mówię jak jest. Nakrzyczał na pielęgniarkę i od razu wzięli mnie na operację. Trwałą osiem godzin. Okazało się, że kiszki miałem popękane, żołądek do zszycia, wszystko się wylało. Wycięli mi wtedy dwa metry jelit.
Po operacji w szpitalu pan Walenty leżał z miesiąc. A gdy poczuł się dobrze, wypisano go do domu. Ale po jakimś czasie znów pojawiły się bóle do tego stopnia, że już nie mógł chodzić, tylko leżał na starym sienniku na podwórku.
- Brałem przepisane proszki, ale nic nie pomagało. Któregoś dnia przyjechała na kontrolę pani inżynier inseminator powiatowy, bo ja robiłem za inseminatora we wsi. Zobaczyła mnie, wysłuchała, o co chodzi i mówi: „Ja panu jutro przywiozę lekarstwa”. Jak powiedziała, tak zrobiła. Następnego dnia była już z rana. Przywiozła mi sok z aloesu i czerwone wino. Kazała zrobić mieszankę w jednej trzeciej z soku, wina i miodu i pić łyżkę czy dwie przed każdym jedzeniem. Powiedziała, że zajrzy za trzy dni. Jak przyjechała, byłem już na nogach i nic mnie nie bolało. I żyję do dziś.
Pan Walenty Adamiak to także poeta. Jego wiersze emanują wielką radością życia.
Ach kwiatku mój drogi,
gdy mnie zabraknie, będziesz ubogi.
Spotka cię chwastów wielka męka,
wspomnisz, że kiedyś pieściła cię złota ręka.
Piękne jest niebo usiane gwiazdami,
piękne jest życie pomiędzy kwiatami.

Małgorzata Pałuba
 

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo e-Sochaczew.pl




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama