Reklama

Grzegorz Halama specjalnie dla Kulturki

Kulturka
07/03/2013 11:41

 

 

Witajcie Drodzy Kulturozercy!!!!

Już niedługo nowy numer „Kulturki”. A w nim obok prezentowanego poniżej wywiadu z Grzegorzem Halamą, m.in.: podsumowanie OCH! Film Festiwalu, recenzje muzyczne, relacja z English Mates, wiersze, felieton znanego z One Million Bulgarians, Jacka Langa i kalendarium najciekawszych wydarzeń kulturalnych na najbliższe miesiące. A to oczywiście nie wszystko.

 

 

 

Porozmawiajmy nieco o...

Wywiad z Grzegorzem Halamą

 

Grzegorz Halama o „Polskim Gównie”, rodzimej scenie kabaretowej, o Panie Józku- hodowcy kur, sztuce aktorskiej, swojej twórczości...i wielu innych ciekawych sprawach. Zapraszam do wywiadu- rzeki z najbardziej charakterystyczną postacią polskiego kabaretu.

Reklama

 

Porozmawiajmy nieco o ...polskim gównie, tzn niekoniecznie tak dosłownie, a mianowicie o filmie - musicalu Tymona. Pierwsze wzmianki w wywiadach z Tymonem o tym obrazie widziałem już kilka ładnych lat temu. w jakiej FAZIE produkcji jest ten film i kiedy możemy się spodziewać go w polskich kinach? I czy w ogóle jest jakakolwiek szansa na to?

Wszystko zależy od pieniędzy niestety. „Polskie Gówno” nie ma niestety pękającego w szwach budżetu. Gorzej – właściwie nie ma wogóle budżetu. Film to zazwyczaj potężne przedsięwzięcie na które „idą” miliony złotych. W naszym filmie chyba obowiązuje rodzaj zrzuty (śmiech). Ten film nie ma budżetu niestety. Dokładnie nie wiem jak to wygląda, ale ja sam jestem szczęśliwy jeśli nie dopłacam – jestem zadowolony kiedy udaje mi się otrzymać zwrot kosztów. Ale film wart jest tego poświęcenia – nie zamieniłbym ani jednej sekundy na planie na żadne inne wydarzenia. Nie ma się co zatem dziwić, że film powstaje tak wolno, ponieważ zazwyczaj nie ma środków na kontynuację, stąd realizacja trwa już parę lat. Solidny kawał roboty wykonuje operator Tomasz Madejski, który dzikie pomysły Tymona i Grzegorza Jankowskiego – reżysera - przekłada na naprawdę piękny obraz, co na pewno będzie można podziwiać w kinie. Właśnie w marcu 2013 realizujemy, mamy nadzieję ostatnie plany. Potem wiadomo, postprodukcja, montaż, dystrybucja. Film, poza byciem filmem jest też happeningiem. Czuję się zaszczycony mogąc brać udział tak w filmie jak i w trwającym parę lat happeningu. Film będzie można obejrzeć w kinie, ale nie mam śmiałości żeby prorokować kiedy. Jeśli będziemy mieli szczęście, finanse i czas, premiera będzie jesienią 2013, jeśli nie, to wiosną 2014 (śmiech) itd. Wiadomo, że w przyrodzie nie występuje komplet: „szybko, tanio i dobrze” – film powstaje tanio, staramy się żeby był dobry… siłą rzeczy odpada „szybko”.

Reklama

 

Każdy artysta pracujący w trasie prędzej, czy później spotyka swojego Czesława oszusta”

 

Opowiedz o bohaterze granym przez Ciebie. Kim jest Czesław Skandal? Jak go oceniasz i czy znasz podobnych typów?

Czesław Skandal to symbol polskiego „managera” jakich niemało w polskim szołbiznesie. Każdy artysta, który występuje na scenie i żyje z występowania na estradzie, w klubach, domach kultury – prędzej czy później spotka swojego Czesława – managera, organizatora, który jest typem polskiego „bambra”, cinkciarza, kombinatora, drobnego oszusta. Zderzenie często wrażliwych artystów marzących o mitycznej krainie, w której są szanowani i uznawani jako artyści, z typami, którym słoma wystaje z butów - jest w Polsce standardem. Każdy artysta pracujący w trasie prędzej, czy później spotyka swojego Czesława oszusta, Czesława psa na baby, Czesława pijaka, Czesława niedojdę, Czesława buraka, Czesława naciągacza. Niektóre nazwiska są znane wszystkim (śmiech). Praca managera kusi dużymi pieniędzmi, ale niestety przyciąga ludzi niedouczonych i niekompetentnych, często o wątpliwej moralności. Nie wszyscy są tacy na szczęście i spotkałem parę osób w tej profesji, którzy są wyjątkowi, ale to jednostki. Postać Czesława w filmie zatem to nawet niespecjalnie przerysowany obraz tego z czym polscy artyści borykają się na co dzień. Każdy artysta marzy o tym żeby mieć przy sobie kogoś zaufanego, kto ma wyczucie i osobistą klasę, do tego jest świetnym organizatorem i potrafi załatwić dużo koncertów. Takich jak na lekarstwo. Skandal jest cwaniakowaty, obleśny, lubi się napić, pobzykać, ale przy tym niestety nie bardzo ma smykałkę do szołbiznesu – więc jest postacią podwójnie żałosną. W filmie poza tym pojawia się dużo absurdu, co nie powinno dziwić wziąwszy pod uwagę, że scenariusz pisał Tymon, a na planie wymyślamy dodatkowo nowe dialogi i sytuacje. Bardzo lubię ten rodzaj pracy, na poły improwizowany – staram się wtedy pamiętać jaki sens i konsekwencje ma dana scena w scenariuszu, ale staram się nadać jej bardziej życiowy, „nieliteracki” charakter. No i zawsze na planie powstają jeszcze jakieś durne pomysły, których nie wymyśliłby nikt siedząc przed kartką papieru. Nad spójnością czuwa reżyser, który na szczęście jest otwarty na takie wariactwo.

Reklama

 

I zdarza się, że ludzie serio pytają czy hoduję kury i czy mieszkam w Chociulach. „

 

Halama kabareciarz i Halama aktor to dwie zupełnie inne postacie, czy może niekoniecznie?

Każda forma bycia artystą ma swoje raje, ale i też piekła. W Polsce niejednokrotnie doświadczam tego, jak bardzo widzowie identyfikują graną postać z życiem. Dla jednych jestem więc Panem Józkiem, który mieszka w Chociulach. I zdarza się, że ludzie serio pytają czy hoduję kury i czy mieszkam w Chociulach. Widząc mnie na scenie jako Józka ludzie też często sądzą, że jestem podobny w życiu. Zdarza się, że uważają mnie za kompletnego debila i są w szoku, gdy chwile ze mną porozmawiają. Z jednej strony daje to poczucie sukcesu – myśl, że udało się stworzyć tak realistyczną postać – być dobrym aktorem, z drugiej strony lekkie zażenowanie, że polscy widzowie tak często nie odróżniają fikcji od rzeczywistości. Słyszałem nawet o tym, że starsze panie wypytywały w szpitalach o doktora Burskiego… więc co się dziwić. Ukończyłem Studium aktorskie w Krakowie pod okiem tak wybitnych postaci jak Olga Szwajgier, Dorota Pomykała czy Jacek Poniedziałek. Nie jestem, jak to się mówi dyplomowanym aktorem ale grałem w teatrze, w filmach, serialach, na scenie – ja osobiście nie rozróżniam aż tak bardzo zadania aktorskiego w kabarecie od tego przed kamerą – wszystko to ma dla mnie początek w zajęciach z Dorotą Pomykałą – a z zajęć tych wyniosłem dla siebie ile się tylko dało. Zawód aktora to jeden z najcięższych i najbardziej wymagających zawodów – niestety nie zawsze spełnionych. W tym przypadku Bóg także nie jest demokratyczny – i trzeba oprócz umiejętności mieć ogromne szczęście. Nie czuję się lepszy od żadnego aktora – uważam, że mam za co dziękować losowi – że prosty chłopak ze Świdwina osiągnął, aż tyle. Zawsze pozostaję w ogromnym szacunku do aktorów niezależnie od osiągniętych sukcesów – i miłe jest to, że szacunek ten jest zazwyczaj odwzajemniony. Kabaret to dla mnie rodzaj zadania aktorskiego – nie miej trudnego jak odegranie Czesława Skandala. W kabarecie przyjąłem styl swobodny – staram się na scenie wyglądać jak zwykły człowiek, który przyszedł pogadać z ludźmi. Stąd spotykam dwa rodzaje reakcji. Z jednej strony szacunek za taki styl, z drugiej strony zarzuty, że nie jestem przygotowany, że zamiast pokazać coś konkretnego - po prostu wychodzę i gadam – czyli nie pokazałem nic (śmiech). Takie było ciężkie przecieranie szlaków również dla stand-up’u. W 1996 roku gdy pisałem w sowim dossier i na stronie internetowej, że inspiruje mnie twórczość stand-up’u nikomu nic to nie mówiło. Dzisiaj artysta w prywatnym stroju mówiący do ludzi „prywatnie” staje się czymś oczywistym. Niestety nie miałem wsparcia w mediach, które rygorystycznie wycinały w moich występach wszystko co można by dzisiaj nazwać stand-up’em – dlatego ludzie postrzegają mnie jednak przede wszystkim z konkretnych numerów jak Pan Józek, czy parodie. Mogę to nadrobić na swoim kanale w Youtube. Co tydzień wrzucam numery ze swojego ostatniego programu „Żule i Bandziory” gdzie jest sporo stand-up’u. Warto też się przyglądać występowi pod kątem aktorskim – mimo wielu momentów improwizowanych, większość spektaklu jest precyzyjnie, świadomie wyreżyserowanym zadaniem aktorskim. Czy się podoba czy nie – jest już tylko kwestią gustu i preferencji do co poczucia humoru – spektakl ten wygląda dokładnie tak jak zamierzałem i planowałem. Bawienie ludzi będąc osoba „prywatną” jest nie lada wyzwaniem.

Reklama

 

Grasz w doborowym gronie, u boku m.in. pozostającego cały czas na fali wznoszącej, znanego z filmów Smarzowskiego,  Arkadiusza Jakubika. Jakie wrażenie wywarł na Tobie ten aktor (nazywany już nawet olskim De Niro:))?

Moja gra u boku Arka to tylko epizod niestety. A pozwalam sobie na spoufalenie pisząc „Arka” dlatego, że znamy się już ładne kilkanaście lat. Poznaliśmy się na realizacji telewizyjnej na warsztatach kabaretowych. Oczywiście to ja byłem na warsztatach, a Arek po części wypoczynkowo, po części w pracy. Mam ogromny szacunek do niego jako aktora, ale także ze względu na jego pracę twórczą jako autora i reżysera. Widujemy się niezwykle rzadko – ale zawsze jest satysfakcja z tego, że poznałem Arka zanim stał się tak popularny jak dzisiaj, że mówiąc mu „Cześć” witam kolegę z dawnych czasów, który mieszkał domek obok, któremu mówiłem „Cześć” przy porannej kawie. A że jestem niemalże pozbawiony atawistycznego impulsu konkurencyjności jaki ma każdy normalny mężczyzna – cieszę się z każdego sukcesu kolegi jakie odnosił przez te kilkanaście lat. Co do porównań z De Niro… niespecjalnie lubię takie porównania – które świadczą jedynie o naszym polskim kompleksie wobec zachodu. Dla mnie Arkadiusz Jakubik to POLSKI Arkadiusz Jakubik. Oczywiście porównanie z De Niro jest raczej komplementem, ale poza faktem, że De Niro jest dobrym aktorem i Jakubik jest dobrym aktorem – nie szukałbym innych skojarzeń bo to bzdurne zajęcie. Porównywanie jest dobre dla krytyków nie dla twórców i aktorów. Pamiętam, że Smarzowskiego nazwano Polskim Tarantino. Gdy oglądałem pierwszy raz Dom Zły szukałem tarantinowskiego stylu… i byłem tylko zniesmaczony. Myślałem „Gdzie tam kuźwa Tarantino?!”. Na Wikipedii „Wściekłe psy” i „Pulp Fiction” nazwane są PASTISZEM dramatów gangsterskich, a tu nagle widzę tradycyjny, polsko- dramatyczny, z rozdzieraniem szat film Smarzowskiego. Musiało minąć parę dni zanim sceny z „Domu złego” zaczęły do mnie wracać ze swoim niepowtarzalnym klimatem. Musiałem się pozbyć tego durnego porównania z Tarantino żeby zacząć po swojemu na nowo odkrywać geniusz Smarzowskiego. Niestety takie pochopne porównania mogą zrobić czasem więcej krzywdy niż pożytku. Zwłaszcza nietrafne. Dlatego staram się nie słyszeć takich porównań. Arek Jakubik to bardzo zdolny aktor, który miał dużo szczęścia, że miał szansę pracować z wybitnym reżyserem w bardzo dobrym filmie. Oczywiście na takie szczęście też się ciężko pracuje i Arek na pewno taką prace wykonał. Także Arek to dla mnie kolega z przeszłości, który odnosi zasłużone sukcesy, z czego się bardzo cieszę. I mam nadzieję, że to dopiero niewinny początek. 

Reklama

Czy tytuł filmu należy odbierać w sposób dosłowny, czy to jednak głębsza metafora polskiego show biznesu i całego społeczeństwa? (wiem, że to pytanie bardziej do Tymona, ale cóż)

Faktycznie to pytanie bardziej do Tymona i z pewnością do Grzegorza Jankowskiego – reżysera. Mimo, że jestem twórcą, nigdy nie mam problemu z tym żeby przyjąć nadrzędność koncepcji reżysera i autora scenariusza. Wręcz przeciwnie jest to miłym odpoczynkiem od myślenia koncepcyjnego. W takich wypadkach przyjemność sprawia mi wczuwanie się w to co chce osiągnąć reżyser. Szukanie najlepszych rozwiązań i aktorskich i koncepcyjnych by pomóc zrealizować czyjąś wizję. Tytuł filmu odnosi się oczywiście do tego wszystkiego co spotyka polskich artystów na swojej drodze. Ja sam wierzyłem długo, że wystarczy że będę tylko zdolny i pracowity i nagle otworzy się przede mną lepszy świat. Z czasem okazało się lepszy świat to ten w młodości pełen marzeń o lepszym świecie. Natomiast to z czym trzeba się mocować na co dzień nie jest ani romantyczne, ani nie jest lepszym światem. Lepszy świat można sobie wypracować w domowym zaciszu, ale nie w szołbiznesie. Okazuje się, że artysta, twórca musi szamotać się z całą przyziemnością życia. Poza formami kultury sponsorowanymi przez państwo istnieje cała sfera młodych ludzi, którzy nawet nie wiedza co mieli by zrobić, żeby zaistnieć jakkolwiek. Jeśli artysta oprócz tego, że jest uzdolniony nie posiada dodatkowych cech które dadzą mu siłę przebicia prawdopodobnie zginie na polskim rynku pożarty przez żadnych pieniędzy rekinów, którzy nie mają skrupułów. Polskie Gówno to też tanie hoteliki, brak autostrad, menu w przydrożnych barach, szarpanie się z organizatorami. Szołbiznes Polski to nasze siermiężne poletko gdzie jest pełno przekręciarzy i ignorantów. Kiedyś, jeszcze w szkole średniej, bardzo inteligentny kolega powiedział mi, że wczesny etap kapitalizmu to najgorsza dzicz. I niestety coraz częściej wracają do mnie te słowa. Ten okres niestety trzeba przetrwać. Ale czy da się naprawić mentalność ludzi? Jeszcze w talach 70 tych ci, którzy oszukiwali system i państwo, byli jawnie uznawani za dobrze sobie radzących w życiu. Kiedy kilka pokoleń żyło albo pod zaborami, w trakcie wojny, w komunizmie – nie da się tak łatwo zmienić nawyków. Nasze społeczeństwo jest nadal jeszcze zdegenerowane przez przeszłość. Film „Polskie Gówno” może nie idzie aż tak głęboko w analizę. Bardziej dotyczy młodych początkujących artystów, którzy zderzają się z szarą codziennością polskiego siermiężnego szołbiznesu.

Reklama

Filmu póki co niet, ale rok temu zakończyła się  za to trasa koncertowa promująca film. Robert Brylewski, Tymon z Transistorsami plus Halama to niezłe połączenie. Opowiedz o tej trasie? Jak się czułeś na jednej scenie u boku ojca chrzestnego polskiego punka/reggea/hc (niepotrzebne skreślić) i twórcy polskiego jassu?

To nie była trasa tylko promująca film. W trakcie trasy nagrywany był film! Polskie Gówno to również film drogi. Koncerty były niezapomnianym przeżyciem, bo oprócz z góry ustalonych scen nagrywane były momenty Live w trakcie koncertów z publicznością. Nie muszę dodawać, że w takim gronie działy się cuda, tak na scenie jak i poza nią. I z pewnością niezależnie od filmu chwile te są jednymi z lepszych z moim życiu, może pomijając fakt, że miałem zapalenie krtani i oskrzeli, i biegałem bez opieki lekarza w gorączce, co pewnie będzie widać w filmie. Nawet taki schorowany grałem scenę na stacji benzynowej w 20 stopniowym mrozie. Oczywiście koledzy myśleli, że popiłem albo coś zamiast wezwać lekarza. Ale nie takie rzeczy działy się na planie. Natomiast jeśli chodzi o Roberta Brylewskiego to bardzo go polubiłem, mam nadzieję, że z wzajemnością z paru powodów. Najważniejszym jest niewiarygodne poczucie humoru i dystans do rzeczywistości Roberta. Kiedy spotykam Roberta od razu cieszy mi się micha bo wiem, że będziemy się chichrać jak norki z byle pierdoły. Śpiewamy jakieś porąbane, durne piosenki. Baraszkujemy jak dzikie prosiaczki. Zresztą w filmie jest sporo scen gdzie w samochodzie jedziemy koło siebie. Muszę się pilnować, żeby się nie śmiać gdy nie trzeba. Ważne jest też na pewno to, że w tym doborowym towarzystwie, szanujemy się wzajemnie również z powodu osobistej twórczości. Wiem, że Robert lubi i szanuje to co ja robię na scenie – oczywiście z pełną wzajemnością. Z zupełnie innej strony - to miło poznawać ludzi, których wcześniej się słuchało, na których się człowiek w młodości wychowywał. Z Tymonem jest nie inaczej. Podziwiałem go zawsze za zwariowane poczucie humoru i dobrą, nieprzeciętną muzykę. Też wpływał na kształtowanie mojej wrażliwości. Poznaliśmy się w sytuacji gdy telewizja zażądała gwiazdy w moim programie TV. Myślałem, że będę skazany na Krzysztofa Krawczyka albo coś podobnego, nie mniej zaproponowałem Tymona i Edytę Jungowską i ku mojej radości TV zgodziła się (śmiech). Tam z Tymonem od razu poczuliśmy do siebie sympatię. Parę lat później Tymon dzwonił i opowiadał o pomyśle na film. Więc towarzyszyłem od początku procesu i kibicowałem. A że muzyka jest moją wielka miłością, większą niż kabaret, nie czułem się jak z innej bajki, wręcz przeciwnie.

Reklama

Twoje poczucie humoru i twórczość kabaretowa jest niebanalna i bardzo abstrakcyjna, zahaczająca wręcz o impresjonizm jakiś. Jak to się stało, że w kraju, w którym ludzie lubią dosłowność i kabaret a "la Marcin Daniec, czyli pierdzenie kapuchą, czy też skecze o politykach, zyskałeś tak dużą popularność?

W tym co robię na scenie zawsze kieruję się jedną zasadą: robię to co mnie śmieszy. Oczywiście to co trafia do publiczności jest częścią wspólną tego co mnie śmieszy i publiczność. Recz jasna pozostaje ogromy rejon tego czego nie mogę pokazywać na scenie bo dla ludzi jest zbyt abstrakcyjne lub niezrozumiałe. Nie mniej ta część wspólna okazała się na tyle duża, że mogłem zostać zawodowym kabareciarzem. Wierzę także, że każdy pomysł najbardziej absurdalny można umiejętnie „podać” w odpowiedniej formie. Chyba szczytową formą, dzięki, której wyżyny absurdu dało się wnieść pod strzechy jest postać Pana Józka Hodowcy Kur z Chociul. Czyli tak: na etapie pomysłu pierwszy filtr to moje osobiste preferencje, następny etap stworzenie takiej formy żeby była jak najlepiej zrozumiała i odbieralna dla szerokiej publiczności i na tym etapie da się zrobić bardzo dużo, ostatnim etapem jest ocena samej publiczności. Finalnie zostaje to co podoba się i mnie i publiczności. Wspominając początki muszę przyznać, że nawet taka postać jak Józek była trochę szokująca dla publiczności jak i dla mediów. Na pierwsze Józki w TV patrzono trochę krzywo jakby pytano „WTF?” Trzeba pamiętać, że nie było wtedy ani Mumio, ani Łowców.B. Moimi konkurentami wtedy była Grupa Rafała Kmity o zacięciu raczej teatralnym. Pierwsze wykonanie do TV „Ja wiedziałem, że tak będzie” zostało przez TV wycięte. I dopiero rok później „zasłużyłem” na emisję, dopiero gdy utwór zaczął być przebojem w radiowej Trójce. Choć brzmi to dzisiaj trochę dziwnie – musiałem przecierać szlaki dla tego humoru. Plusem było to, że byłem właściwie na rynku kabaretowym jedynym wykonawcą, który twierdził, że robi stand-up, robił rzeczy absurdalne, czysto rozrywkowe w stylu amerykańskim, nie wstydził się tego i odniósł sukces. Rzecz jasna wcześniej już podobne rzeczy robił kabaret POTEM, ale po części z moim udziałem ponieważ współpracowałem z kabaretem Potem również nad ich niektórymi tekstami. Niespecjalnie lubiłem Polski kabaret polityczny, ale nie można pominąć wpływu Radiowej Trójki – Powtórki z Rozrywki, czyli rzecz jasna Waligórski i przede wszystkim Mann i Materna, czyli nie tylko dla Orłów. Jednak największym moim mistrzem, który mnie kształtował był zawsze Woody Allan. Nagrywałem ścieżki dźwiękowe na magnetofon i znałem jego filmy na pamięć. W moich początkach często słyszałem, że to co robię jest głupie – i jeśli miałem szczęście dodawano „ aż śmieszne”. Daleko mi do oceniania starszych kolegów czy współczesnego kabaretu, ale prawdą jest, że mniej więcej jednej trzeciej dowcipów, które wykonują inni – osobiście wstydziłbym się mówić na scenie. Nie przeszkadza to natomiast publiczności. I nic w tym złego. I tak to dla jednych pozostanę debilem, a dla innych geniuszem, ale ostatecznie wolę szacunek Brylewskiego, Tymańskiego, czy Liroya niż tysięcy fanów, o których bym myślał, że są głąbami, którym da się wcisnąć taniochę i na tym zarabiać. Ja tak nie potrafię.

Reklama

 

C.D.N.

Wywiad przeprowadził i spisał:  Łukasz "Ch-Fu" Szewczyk

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo e-Sochaczew.pl




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości