Reklama

Mieć farta w Moskwie

Tygodnik Ziemia Sochaczewska
16/10/2007 14:57

Na początku sierpnia pisaliśmy o problemach dwójki sochaczewian, którzy podróżowali do Kirgistanu tranzytem przez Moskwę. Łukasz ze swoją narzeczoną Leną, od kilku miesięcy mieszkanką naszego miasta, ale obywatelką Kirgizji, pochodzącą z rodziny repatriantów, podróżowali do Biszkeku, aby odwiedzić mamę Leny. W Moskwie rosyjscy pogranicznicy nie pozwolili im lecieć dalej, uznając, że nie mają wymaganych dokumentów, w związku z czym sochaczewianie pięć dni spędzili na terenie polskiej ambasady w Moskwie. Po powrocie z wyprawy Łukasz opowiedział nam o tym, co przeżyli i na co muszą uważać inni Polacy wybierający się w tamte strony.
Gdzie wiza
- Muszę zacząć od tego, że dojechaliśmy do Brześcia na granicy polsko-białoruskiej, a trzeba tu przypomnieć, że Rosja i Białoruś pozostają w bardzo ścisłym związku, one nawet nie posiadają granicy. U nas podobna sytuacja nastąpi po wejściu do strefy Schengen, też nie będzie granicy między Niemcami a Polską – opowiada Łukasz Gubański. - A więc jak wkraczamy do Białorusi, to tak jakbyśmy wjeżdżali do Rosji. No i na granicy podstawowe pytanie: czy masz wizę? (Leny ten problem nie dotyczył, gdyż jako obywatelka jednego z krajów Wspólnoty Niepodległych Państw, nie musi wizy posiadać.) To ja mówię, że nie muszę mieć, bo na mocy umowy polsko – rosyjskiej obywatele obu krajów, korzystający z tranzytu są objęci ruchem bezwizowym, jeśli pobyt w kraju tranzytowym nie trwa dłużej niż 10 dni. Na dowód tego pokazuję tę umowę, którą wydrukowałem sobie jeszcze w domu i miałem cały czas przy sobie. No dobrze – mówią - a gdzie bilet? Odpowiadam – jest i pokazuję bilet do Kirgistanu. Pytają dalej, a gdzie wiza do Kirgistanu? Mówię, że nie muszę mieć, bo Kirgistan zniósł wizy dla Polaków. I myślę, że to był główny powód moich problemów, bo dla Rosjan dziwne jest, że nie mam żadnej wizy w paszporcie. Na szczęście Białorusinów przekonały moje wyjaśnienia i puścili nas dalej.
- Z Brześcia mieliśmy jeszcze dzień drogi pociągiem do Moskwy - opowiada dalej Łukasz. - Na lotnisku Domodiedowo byliśmy ok. 15.00 i to było trochę za późno, bo o 16.00 mieliśmy samolot do Biszkeku. Ustawiliśmy się więc w kolejce do odprawy paszportowej. Urzędniczka przy okienku pyta, gdzie wiza. To ja od nowa tłumaczę, że nie muszę mieć i powtarzam to samo co w Brześciu. Ale tutaj nie poszło tak łatwo. Urzędniczka odłożyła mój paszport, zaczęła obsługiwać następną osobę, a mnie kazała czekać. Zacząłem się denerwować, bo mamy pół godziny do odlotu. W tym czasie w hali lotniska pojawia się kobieta z obsługi i pyta, kto jeszcze do Biszkeku, bo samolot przygotowuje się do odlotu. To my krzyczymy, że jeszcze my. Zaczęliśmy ponaglać panią w okienku, ale ona po naszych uwagach zamknęła swoje okienko i gdzieś poszła, nam nic nie mówiąc. Mimo że miałem już różne problemy na Wschodzie, to teraz zaczynam się denerwować na poważnie, bo jeśli nie polecimy tym samolotem, to przepadnie nam bilet. Myślałem jednak, że to takie ich zabawy, bo rosyjskie służby graniczne lubią obcokrajowców trzymać w szachu. To taka ich metoda.
Mamy problem
- Po kilku minutach wróciła pani z okienka i każe nam czekać. A czas płynie. – opowiada podekscytowany Łukasz. - W końcu po wielu prośbach zaprowadziła nas do przełożonej pograniczników. Była nią młoda kobieta, która już miała nasz paszport, ale nie mogła się nami zająć, bo rozmawiała przez telefon. Stojąc w korytarzu widziałem przez otwarte drzwi jej biurko, a na nim pięć innych paszportów. Wtedy dotarło do mnie, że nie polecimy tym samolotem. Postanowiłem ratować sytuację. Wszedłem do pani naczelnik i od nowa tłumaczę, że nie muszę mieć wizy, pokazuję dokument, proszę o zajęcie się naszą sprawą. W odpowiedzi słyszę: my to wszystko wiemy, my tu znamy takich jak ty – Polaków. Pokazują takie papierki, a one są dawno nieważne.
Zdrętwiałem, 10 minut do odlotu. Próbuję zebrać myśli. Przypomniałem sobie, że mam wszystkie telefony do polskich służb w Moskwie. Zadzwoniłem do ambasady. I tu słyszę od dyżurnej pracownicy ambasady, że polsko-rosyjska umowa owszem obowiązuje, ale że powinienem mieć wizę do Kirgistanu. Skoro jej nie wykupiłem to mój problem. Ja jej na to, że potwierdzaliśmy w polskim MSZ, że wizy do Kirgistanu nie potrzebuję. Kobieta trwała jednak przy swoim stanowisku, a na pytanie, co mam teraz zrobić, zaproponowała, abym pojechał do ambasady kirgiskiej i załatwił sobie wizę. Właśnie w tym momencie odlatywał nasz samolot.
I tu zaczął się poważny problem. Jest sobota po południu, ja bez ważnego dokumentu podróży, czyli biletu, jestem na terytorium Rosji nielegalnie i mogą mnie zamknąć w więzieniu. Przezornie więc nie ruszam się z terenu lotniska, bo tu jest jeszcze w miarę bezpiecznie. Rozpaczliwie myślę, co dalej. Zwłaszcza, że Lena, która mogła lecieć do ojczyzny, postanowiła zostać ze mną. Dzwonię do domu i proszę tatę, żeby jeszcze raz sprawdził w polskim MSZ, kto ma rację- relacjonuje Łukasz.
Tata Łukasza, po sprawdzeniu informacji, zadzwonił do ambasady w Moskwie i porozumiał się z panią, która wcześniej udzielała informacji jego synowi. Doszło do ostrej wymiany zdań, że polskie służby nie znają przepisów, że przez ich opieszałość dwoje młodych ludzi nie poleciało dalej i pozostało w Moskwie na pastwę losu. - Rzeczywiście tak było – przyznaje Łukasz. - Zostaliśmy z Leną sami w obcym kraju, nie mieliśmy gdzie spać, co więcej, mnie nikt nie zamelduje w żadnym hotelu, bo nie mam wizy. Jeśli mnie złapie milicja, to pójdę siedzieć. Już na lotnisku musiałem zapłacić 2 tys. rubli (czyli ok. 200 zł) kary za to, że przebywałem nielegalnie na terytorium Rosji.
Ambasada zaczyna działać
Przedstawicielka ambasady po rozmowie z tatą Łukasza zmiękła i zaproponowała nocleg w ambasadzie, która jak wiadomo jest eksterytorialna i tam wolno przebywać obywatelowi naszego kraju. Polska ambasada w Moskwie to, jak opowiada sochaczewianin, ogromny budynek, w środku luksusowy hotel dla dyplomatów, w którym nocleg kosztuje 80 euro. Oni to mieli za darmo przez pięć dni. Musieli tylko kupić jedzenie. Łukasz całą niedzielę spędził w ambasadzie, bo Moskwa to nieprzyjazne miasto dla obcokrajowców. Co kilka metrów stoją patrole policji, które tylko czekają na takich jak on lub na emigrantów z głębi kontynentu np. z Kazachstanu, Czeczenii, Kirgistanu.
- W poniedziałek od rana rozpoczęło się wyjaśnianie mojej sprawy – kontynuuje opowieść Łukasz. - Wtedy też zajęły się mną służby dyplomatyczne i od razu okazało się, że miałem rację. Poczułem ulgę, że to nie ja byłem sprawcą tych wszystkich problemów. Ale zaraz potem pojawiło się pytanie, co robić dalej? Konsul odpowiada mi, że są dwie drogi – wracać do Polski albo jechać dalej, ale ambasada nie pomoże mi w zakupie biletu (poprzedni stracił ważność). Postanowiliśmy z Leną kontynuować podróż.
Ambasada tymczasem wystosowała depeszę dyplomatyczną, w której, jak opowiada Łukasz, potwierdziła odpowiednimi przepisami, że to on miał rację i że niesłusznie go zatrzymano. Depeszę tę miały otrzymać wszystkie punkty graniczne i lotniska, aby na przyszłość nie dochodziło do takich sytuacji. Okazało się jednak, że z lotniska Domodiedowo nie ma w najbliższych dniach lotu do Kirgistanu, a najbliższy samolot do Biszkeku odlatuje w środę z lotniska Szeremietiewo. Ale żeby polecieć, musieli wyłożyć ok. 1000 dolarów na bilety. Koszt jednego to prawie 1300 zł. Pojawił się jednak kolejny problem, czy jako osoba non grata w Rosji Łukasz może osobiście jechać po odbiór biletów.
Niegościnne miasto
- Konsul zaopatrzył nas w telefon komórkowy do siebie i polecił w razie interwencji milicji dzwonić. Na szczęście nic takiego się nie stało, choć po drodze mijaliśmy chyba z 15 patroli mundurowych. Po zakupie biletów znowu byłem w Rosji legalnie i wtedy zrobiliśmy sobie kilkugodzinny spacer po Moskwie. Jest to miasto wielkich kontrastów. Z jednej strony ogromne, zachwycając budowle, z drugiej wielka bieda i slumsy. W centrum piękne sklepy, w których ceny są niebotyczne, np. tradycyjna rosyjska Matrioszka kosztuje ok. 1500 zł, ale zaraz dalej widać obdrapane budynki, szare ulice i smutnych ludzi. Zdarzają się też takie widoki, że pod 30-piętrowym blokiem, składającym się z 20 klatek schodowych, stoją najdroższe samochody świata. Z kolei na obrzeżach Moskwy widzieliśmy ludzi śpiących pod folią lub przykrytych kartonami. Poza tym widać, że jest to kraj, w którym nie liczy się interes zwykłego obywatela. Dowód na to mieliśmy w moskiewskim metro. W środę mieliśmy odlecieć z lotniska Szeremietiewo o 11.00, ale nauczeni doświadczeniem, że trzeba tam być dużo wcześniej, żeby załatwić wszystkie formalności, wyruszyliśmy z ambasady o 6 rano. Chcieliśmy jechać metrem, ale bilety można kupić tylko w kasach, nie ma ich w kioskach, tak jak np. w Warszawie. O 6 rano, kiedy zaczyna kursować metro, przed kasą ustawia się długa, kilkusetosobowa kolejka. Tego dnia stało w niej chyba ze 400 osób. Tłum ludzi oczekujących na jeden maleńki bilecik. Podróżnych obsługuje jedna kasa, choć są cztery okienka. Ludzie protestują, narzekają, ale stoją, więc i my pokornie czekaliśmy na swoją kolej, żeby nie prowokować losu – dodaje Łukasz.
Kolejny absurd, o którym dowiadujemy się od naszego rozmówcy jest taki, że aby kupić na lotnisku kartę telefoniczną, trzeba pokazać paszport.
Jesteś farciarzem
Ostatni etap moskiewskiej przygody sochaczewian to lotnisko Szeremietiewo, gdzie powtórzyła się sobotnia historia z Domodiedowa. Znowu zaczęto im wmawiać, że nie mają potrzebnych dokumentów, że nie mogą ich wypuścić itd. Po wielu wyjaśnieniach, telefonie od konsula, który rozmawiał ze służbami lotniska i długich przepychankach stała się rzecz dziwna. Łukasz Gubański tak ją relacjonuje:
- Czuliśmy, że znowu jesteśmy w szponach systemu. Żadnej pomocy, zrozumienia, wręcz odwrotnie – lekceważenie i opieszałość urzędników. W pewnym momencie, kiedy znowu nie wiedzieliśmy, co robić, podszedł do mnie młody mężczyzna i mówi do mnie po angielsku: jesteś farciarzem, musimy cię puścić. Nie wyjaśnił dlaczego, nie przeprosił za całe zamieszanie, stwierdził tylko, że mam farta i dlatego mogę podróżować dalej – dodaje sochaczewianin.
Później okazało się, że to jakiś wysoki urzędnik rosyjskiego MSZ zadzwonił na lotnisko. Bardzo możliwe, że po interwencji polskiej ambasady. Poprosił do telefonu także Łukasza, aby upewnić się, czy wszystko w porządku.
Wniosek jest jeden – w Rosji nadal wystarczy telefon z góry, aby załatwić sprawę. Bez niego, mając 100 procent racji nie można załatwić nic. Dlatego sochaczewianie bezpieczni poczuli się dopiero wtedy, kiedy samolot ruszył, a oni z góry oglądali niegościnną Moskwę. W tym momencie rozpoczął się kolejny etap ich podróży – Kirgistan, ale to już temat na oddzielną opowieść.
Jolanta Śmielak-Sosnowska
PS Łukasz i Lena dziękują Urzędowi Miasta w Sochaczewie za każdorazowo udzielaną pomoc.

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    trycja 2007-10-18 13:38:20

    Z taką obsługą "okienkową" spotakac się można na pierwszej lepszej osiedlowej poczcie w Warszawie, nie trzeba jechać do Moskwy. Jeśli chodzi o te kontrasty, to, oczywiście, w dużych europejskich miastach też występują, ale ja chyba wiem, czym różnią się one od tych moskiewskich. Podobnie jest na Ukrainie. Tam na drogach są albo najnowsze fury za niebotyczną kasę, albo ledwo jadące, dymiące kaszlaki, których nazw nawet nie znam. Nie innych, pośrednich. I to powoduje, że te kntrasty są bardziej kontrastowe niż u nas.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    Normi 2007-10-17 22:54:14

    Witam,

    jestem nieco zaskoczony tym artykułem.

    Osobiście zdarzało mi się bywać na Wschodzie. Byłem też na lotnisku Domodedovo. Obsługa tam jest profesjonalna, pomocna i przeważnie mówi po angielsku. Nie spotkałem się również z specjalnie gorszym traktowaniem Polaków. Nie chcę nic sugerować ale w Rosji urzędnik jest "Panem" i należy mu się szacunek. To jest Polska sprzed dwudziestu lat. Jesteś grzeczny - jesteś skuteczny.

    Jeśli chodzi o Moskwę to jest miasto kontrastów - ale czy Warszawa czy nawet Londyn czymś w tej kwestii ustępują? Wątpię...

    Rozumiem negatywny stosunek do Rosji pod wpływem zaistniałej sytuacji ale to jest inny kraj i inne tam panują obyczaje... To my jesteśmy tam obcy i to my musimy dostosowywać się do ich obyczajów...

    Nie bójmy się jeździć na Wschód - to piękne tereny, warte odwiedzenia i poznania.

    Pozdrawiam i życzę aby podobna sytuacja się nigdy więcej nie zdarzyła

    Marcin

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo e-Sochaczew.pl




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama