Nawet na łamach „Echa” miałem już okazję pisać, że jestem przeciwnikiem tworzenia tzw. zawodowych czy branżowych kodeksów etycznych. Nie znaczy to oczywiście, że nie dostrzegam pewnych pozytywnych cech, które ze sobą niosą. Mój sprzeciw budzi przede wszystkim nadużywanie pojęcia etyka i uzasadnienie dla tworzenia owych kodeksów. Temat powraca jak bumerang, zaczynam nawet podejrzewać, że jest przez kogoś lobowany. Ostatnio znalazłem go w dużym ogólnopolskim dzienniku pod tytułem „Etyka opłaca się coraz bardziej”. Co tam możemy przeczytać? Mi. in. „uczciwość, etyczne zasady działania będą miały coraz większy wpływ na wizerunek firm i branż, także na wybory konsumentów. Dostrzegają to same firmy”. Cóż można rzec? Bardzo się cieszę, że autorka tekstu wie o tym, że tak będzie i że dostrzegają to same firmy. Problem jest taki, że dotychczas te same firmy nie miały ochoty, żeby przestrzegać normy prawne, które często określa się przecież jako pewnie minimum moralności. Dalej mamy podtytuł autorki „Będzie dekalog”. A to już nie ma jednego – myślę. W ogóle straszność kolejnych zdań narasta w zastraszającym tempie. „Po bankach, reklamie, firmach marketingu bezpośredniego i public relations teraz firmy windykacyjne pracują nad wewnętrznymi zasadami, które uregulują prowadzenie biznesu w branży dając też ochronę konsumentom. Do swojego kodeksu etyki przymierzają się też duże sieci handlowe, licząc, że takie regulacje pomogą im poprawić nie najlepszy obecnie wizerunek branży”. Wyobrażam to sobie tak. Na supermarketu ścianie wisi kodeks etyki. Nad nim wielki napis. TO JEST NASZ KODEKS ETYKI. MAMY GO I JESTEŚMY ETYCZNI, KUPUJCIE U NAS! Znając życie pracownicy jak sobie ręce urabiali, tak będą urabiać, ale kodeks będzie, a co najgorsze wizerunek istotnie może się poprawić, bo już od setek lat świat żyje tym, co na papierze. Redaktorka dziennika jeszcze sobie jakoś radzi, ale wypowiedzi Jeremiego Mordasiewicza, doradcy zarządu PKPP Lewiatan: powodują już pękanie wrzodów na żołądku. „Przedsiębiorcy zdają sobie sprawę, że brak etyki w biznesie to większe koszty zabezpieczeń transakcji, problemy z dochodzeniem wierzytelności. Brak zasad etycznych obniża też lojalność pracowników.” Pan Jeremi z rozbrajającą szczerością przyznaje również że „sami przedsiębiorcy nie mają wpływu na obszar koncesjonowanej gospodarki (…) gdzie często dochodzi do korupcji, nieuczciwego lobbingu”. Czyli, jak wnoszę, w „obszarach koncesjonowanych etyka już nie obowiązuje. Zabawne, że autorzy owych kodeksów nie mają pojęcia, że mieszają w nich co najmniej trzy różne sprawy. Prawo, etykę i dyrektywy działania o charakterze czysto technicznym, inżynieryjnym, jak na przykład taką, że wyprodukowana butelka powinna mieć korek, żeby zawartość się nie wylała. Bardzo dobrze widać to w następującym passusie będącym parafrazą słów Cezarego Banasińskiego, prezesa UOKiK: „Problemem jest ich etyczny charakter, brak sankcji i związana z tym pokusa unikania niewygodnych samoregulacji oraz problemy z zapewnieniem powszechności spisanych zasad”. Innymi słowy prezes troska się o to, że normy etyczne mają charakter etyczny. Jak na doświadczonego prawnika, jest to zaiste odkrycie wiekopomne. Jednak w pewnym sensie Banasiński ma rację. Bez kija ta „etyka” nie pojedzie. Krótko mówiąc już na starcie chce ją zamienić w prawo, z sankcjami charakterystycznymi dla tej dziedziny regulacji naszego postępowania. Problem w tym, że jak na razie mało kto przestrzega prawa i tego dekalogu, który już mamy, od dwóch tysiącleci. Zwulgaryzowany utylitaryzm „kodeksów dobrych praktyk” jest zatem kolejną łatką na nasze podziurawione sumienia.
Andrzej Gąsiorowski
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze