Reklama

Śmiech to zdrowie

28/03/2002 00:00
Tak się złożyło, że w tym wydaniu Wirtualnego Sochaczewa doszukujemy się, gdziekolwiek tylko się da, niedorzeczności i absurdów otaczającego nas świata. Ja rozumiem koniec wieku, choć jeszcze nie w tym roku, ale wszystkim się udziela. Nie zrywając więc z tradycją, chciałbym tchnąć w Was trochę optymizmu, bo przecież mamy Święta - trzeba się uśmiechać. Jak nie będziemy tego robić to już niedługo wszyscy będziemy wyglądać jak metalowe drzwi w przedpokoju. Cóż więc robić, gdy nas ktoś źle potraktuje w jakimś urzędzie, pani w sklepie przy kasie będzie marudzić, ochlapie nas samochód, pogonią panowie w dresach (zawsze można pomyśleć, że to kadra trenuje przed olimpiadą), czy wreszcie odetną telefon, prąd, ciepłą wodę i ogrzewanie? No śmiać się oczywiście, a potem ewentualnie napisać do Wirtualnego Sochaczewa, ale to już później. A śmiesznych sytuacji jest wiele, zdarzają się na każdym kroku i z pewnością każdemu - a że mi najczęściej, cóż przypadkowa zbieżność dla kogoś, kto urodził się 13 maja w piątek. Serio nie żartuję. No i co ja miałem zrobić, już na starcie taka wtopa, że się pechowo urodziłem - nawiasem mówiąc nie miałem zresztą innego wyjścia. Miałem się poddać? Przeciwnie, dzisiaj dla mnie 13 to najszczęśliwsza liczba pod słońcem. Ile szczęśliwych zdarzeń wypadło "trzynastego" i czasami w piątek, nie mówiąc już, że wszystkie urodziny obchodziłem "trzynastego", to jest dopiero zbieg okoliczności :-)))). Ale przejdźmy do konkretów. Otóż ostatnio zostałem wytypowany jako oficjalny przedstawiciel w demokratycznych wyborach mojego domu, który miał kupić zapałki w kiosku i to dodajmy tzw. duże zapałki. Poszedłem do kiosku, choć padał śnieg z deszczem i poprosiłem zapałki, a pani z okienka spytała: "Ale duże, czy małe?" - ja odpowiedziałem duże, a pani zupełnie poważnie nie dostrzegając zaistniałego absurdu powiedziała - "Dużych nie ma!". No i jak się tu nie śmiać? Takich pań, które żartują sobie z młodych, przestraszonych chłopców można spotkać wiele. Siedząc kiedyś na fotelu dentystycznym w pewnej szkole średniej, pozwoliłem sobie syknąć z bólu podczas borowania. Chciałem dać wyraz temu, że boli. Wtedy pani dentystka wyłączyła taką małą wiertarkę, którą mnie borowała, pomyślała chwilę, po czym odezwała się w te słowa: "Dziwne ja nic nie czuję". Inny przykład. Mając lat naście (ale pełnoletnie naście) wraz z kolegą kupowaliśmy browarki na imprezkę. Pani nie miała jak wydać nam reszty i wydała... lizakami! A propos kiosków, to bardzo dawno temu, będąc jeszcze uczniem szkoły podstawowej, dostałem pieniądze od mamy na długopis, z przykazaniem, żebym kupił porządny długopis. Podszedłem więc do kioskowego okienka i poprosiłem o długopis, kładąc wyraźny akcent, na słowo "porządny". Pani chwilkę pomieszała w pudełku i, podrapała się w głowę i wręczyła mi metalowy długopis, mówiąc przy tym: "Przynajmniej nie pogryziesz", kładąc akcent z kolei na "nie pogryziesz". No żeby nie było, że się czepiam tylko pań (co zrobić, kiedy w kioskach pracują przeważnie panie), to będzie też i o panu. Było to też dosyć dawno, kiedy podszedłem do kiosku (za to można mi zarzucić, że się czepiam kiosków jak pociągów albo raczej okrętów podwodnych :)) i spytałem, czy jest Sztandar Młodych. Na to pan kioskarz wstał i krzyknął z bardzo wyczuwalną w głosie nutą złości - "No chyba, że oddam panu swój". Że jestem grzeczny, toteż grzecznie panu odpowiedziałem, że skoro mam się z nim bić o tą gazetę, to dziękuję obejdę się bez. Ale będąc przy sklepach jeszcze, to przypomina mi się zdarzenie, którego akurat ja sam spowodowałem. Otóż kiedyś robiłem zakupy i koniecznie miałem kupić śmietanę kremówkę, gdyż była ona niezbędna do zrobienia jakiejś tam zupy, ale też na liście były inne produkty. Ze śmietaną był niesamowity problem, bowiem chodziłem od sklepu do sklepu jak w kawale z zajączkiem, pytając: "Dzień dobry. Jest śmietana kremówka?", na co w kolejnych punktach sprzedaży artykułów spożywczych otrzymywałem odpowiedź negatywną tzn. że gwoździ nie ma, znaczy się tej śmietany kremówki. Toteż odpowiadałem "Dziękuję do widzenia" i wychodziłem. Po kilkunastu zaliczonych sklepach wpadłem w schemat: pytanie, odpowiedź, odpowiedź. Kiedy jednak zobaczyłem na horyzoncie ostatni sklep spożywczy, pomyślałem, że już najwyższy czas kupić również inne produkty z mojej magicznej listy. Traf chciał, że wszystkie akurat były i z nadzieją w głosie na sam koniec procesu kupowania zapytałem: "A może jest śmietana kremówka?". Na to pani uprzejmie odpowiedziała: "No niestety nie ma", "To nic dziękuję, do widzenia" powiedziałem i... wyszedłem ze sklepu, nie płacąc rachunku. Jedna z najbardziej absurdalnych rzeczy jakie mnie spotkały, zdarzyła się dla odmiany w Warszawie (wszystkie inne zdarzyły się w Sochaczewie). Siedziałem z moją koleżanką w restauracji, była gdzieś godzina 23.00, kiedy nagle podeszła do naszego stolika starsza kobieta, wyjęła blok techniczny (taki zwykły A4 format) i... spytała czy nie chcielibyśmy kupić go od niej! Najciemniej pod latarnią, głosi porzekadło - święta prawda. Mojemu koledze udało się kiedyś powiedzieć następujące zdanie: "Tak się śpieszyłem na autobus, że nie zdążyłem wziąć samochodu", po tym jak spytałem go, dlaczego nie przyjechał samochodem. Ale najlepszy to jest mój ojciec. Kiedyś w trosce o oszczędzanie energii elektrycznej krzyknął: "Po co tam się świeci światło, kiedy tu ją kopiesz!!", kiedy się zdrowo tłukliśmy z siostrą. Kiedyś oglądaliśmy mecz z ojcem i była mgła na boisku, zapytałem: "Tato, to taka mgła na tym boisku, czy ktoś rzucił petardę?". Ojciec milczał jak zaklęty. Minęła pierwsza połowa i pod koniec drugiej połowy meczu nagle odezwał się (minęło jakieś 70 minut) w te słowa: "Nie synu to śnieg z deszczem pada". Nawet tego nie skomentuję. Sami wiecie, że najciekawiej jest w szkole. W szkole średniej, do której ja chodziłem, geografię miałem ze słynnym (na pewno go znacie) nauczycielem, o tajemniczym pseudonimie "Wąs". Pewnego razu zaczął lekcję od zdania: "U nas w Afryce..." - z wrażenia wyjrzałem przez okno, ale nadal byliśmy w Polsce. Innym razem z kolei opowiadał nam o dwóch chłopcach, którzy zginęli pod kołami samochodu, z czego cytuję :"jeden zginął na miejscu, a drugi uciekł". Mieliśmy koleżankę, która nazywała się "Kiełbasa" - siedziała na pierwszej ławce. Pewnego razu nie przyszła do szkoły, a nauczyciel geografii tak to skwitował: "Nie ma Kiełbasy, pewnie ją ktoś zjadł!". Nie wiem, czy Was trochę rozruszałem, ale wkrótce postaram się coś dalej napisać. Żegnając się tylko jeszcze Wam przypomnę, żebyście uśmiechali się cały czas, to naprawdę ułatwia życie, a poza tym nie ma zbyt wiele czasu, bo .........już w kwietniu koniec świata.

Jajcarz

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo e-Sochaczew.pl




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama