Kolejna edycja łowickiego „Och! Film Festiwal” za nami. „Kulturka” jak co roku reprezentowała Sochaczew i czynnie uczestniczyła w tym, trwającym przez cały luty, święcie kina.
Do obejrzenia jego organizatorzy przygotowali aż osiemnaście produkcji z różnych geograficznie stron świata i filmowych światków. Mieliśmy przyjemność obcować z kinem bardziej oficjalnym (filmami z ramówki multipleksów), ale również, a może przede wszystkim, z tym ambitnym, off-owym i nierzadko niełatwym w odbiorze. Większość filmów została już wcześniej doceniona na różnych festiwalach: od Cannes przez Sundance po, jak się miało okazać,...Oskarową Galę.
Oprócz ambitnego kina mogliśmy również zanurzyć się w produkcjach klasy D, E, czy nawet Z :) A wszystko to w ramach „Alter Och”, czyli Przeglądu Najgorszych Filmów Świata.
Nie samym kinem Och! żyje!!!
Och! Nie byłby Och!em gdyby nie pasjonujące koncerty i imprezy mu
towarzyszące. Tym razem na kameralnej scenie „Kina Feniks”
wystąpili: Julia Pietrucha, Raz Dwa Trzy, Kinga Głyk Quartet i Fisz Emade Tworzywo.
Dla wszystkich zainteresowanych: na stronie festiwalu można nadal oddawać głosy w plebiscycie na najciekawszy film i wydarzenie jemu towarzyszące. Wraz z organizatorami zapraszamy do zabawy pod linkiem:
Filmowa Ekstaza dosłownie na wyciągnięcie dłoni
Bardzo się cieszymy z tego, że festiwal, który jest przystankiem obowiązkowym w rozkładzie jazdy każdego szanującego się Kinomaniaka, jest dosłownie na wyciągnięcie dłoni. Nie trzeba jechać do Warszawy, Gdyni, czy Wrocławia, by obcować z kinem najwyższych lotów. Ciekaw jestem kiedy w Sochaczewie dostaniemy choćby namiastkę takiego filmowego święta?!
Powyższe pytanie kieruję do włodarzy naszego miasta i osób odpowiedzialnych za kulturę. Przypominam jednocześnie, że w Sochaczewie mamy też prawdziwy Klub Filmowy, w którym znajdą schronienie wszyscy pasjonaci Kina przez wielkie „K”. Sochaczewski Klub Filmowy zaprasza na darmowe, co sobotnie, seanse do Ostoi św. Dominika.
A tak zupełnie na deser.. „Kulturka” postanowiła przedstawić Wam recenzje kilku wybranych, najciekawszych naszym zdaniem, festiwalowych filmów. W majowym wydaniu naszego pisma przeczytacie relację wzbogaconą m. in. o recenzje oskarowego „Moonlight” czy „Lion. Droga do domu”, a także wywiad z twórcami festiwalu.
"Aż do piekła", reż. David Mackenzie (2016)
Obejrzany w ramach OCH! Film Festiwalu w Łowiczu film Davida
Mackenzie to niesamowita przypowieść o Ameryce: tej starej i tej
nowej. Ameryce rozkradanej przez banki i kompanie naftowe, ale też
Ameryce, gdzie wolność jest dosłownie na wyciągnięcie ręki, a
może i... pistoletu.
Doskonałe przestrzenie, wspaniałe zdjęcia, genialna muzyka duetu Nick Cave - Warren Ellis i równie dobre kreacje aktorskie Jeffa Bridgesa, Bena Fostera i Chrisa Pine"a. Za scenariusz filmu odpowiada Taylor Sheridan, twórca „Sicario” Dennisa Villeneuve"a. Film najprościej można podsumować słowami: Banksterzy i Gangsterzy na (bardzo) Dzikim Zachodzie. To po prostu trzeba przeżyć. Jeden z najlepszych filmów 2016 roku, bez dwóch zdań.
„Paterson”, reż. Jim Jarmush (2016)
Jim Jarmush w ubiegłym roku był dla swoich fanów nadzwyczaj hojny.
Po świetnym dokumentalnym filmie o The Stooges („Gimme
Danger”) „Poeta szarości” tym razem wraca do filmu
fabularnego.
„Paterson” nawiązuje do wczesnych dzieł
mistrza, takich jak „Inaczej niż w Raju”, czy „Nieustające
Wakacje”. Ta poetyka codzienności, „nicniedziania się”
hipnotyzuje, a człowiek już od pierwszych taktów delikatnych,
ambientowych dźwięków SQÜRL (zespół, który tworzą Carter
Logan, Shane Stoneback i sam Jim Jarmush, przyp. Red.) wpada w
przyjemny trans. Ukazane w filmie codzienne rytuały zdają się być
afirmacją prostego życia, w którym prawdziwym sensem jest samo
życie.
Tytułowy bohater, którego gra Adam Driver (nazwisko pasuje idealnie do roli) jest kierowcą autobusu w miasteczku (uwaga!) Paterson. Jak większość jego mieszkańców tutaj się urodził, wychował i spędzi najprawdopodobniej resztę swojego życia. W przerwach między pracą pisze wiersze, które zdają się być niczym innym jak jego obserwacjami na temat życia i pamiętnikiem z codzienności. Ktoś powiedziałby: „Nuda”, ale właśnie o to chodzi w obrazach Jarmusha, że na co dzień, pędząc gdzieś w tym rollercoasterze życia, nie doceniamy prostych przyjemności, nie zauważamy sytuacji, które dzieją się obok nas. Tymczasem obcując z jego kinem możemy zatonąć w tej, z pozoru, szarej rzeczywistości, uwolnić się od presji czasu, kariery, wygodnie rozsiąść się w kinowym fotelu i chłonąć każdą chwilę, oddychając niczym podczas medytacji.FIlmy Jarmusha są takim właśnie rodzajem medytacji, wyciszenia. Jeśli oczekujesz kina akcji, w którym fabuła co chwile się zmienia, to odpuść sobie ten film i idź na kolejną szmirę o komiksowych superbohaterach lub nowe „Gwiezdne Wojny” (Zemsta Shitów, czy jeszcze coś równie poruszającego).
Warto zaznaczyć, że utwory, które zostały wykorzystane w filmie i które też głosem Drivera pełnią w zasadzie rolę narratora, są oryginalnymi utworami Rona Padgetta, amerykańskiego poety i eseisty. Dużo tutaj nawiązań do poezji Bitników. Pojawiają się zresztą nazwiska: Williama Carlosa Williamsa, czy Allena Ginsberga. Film zdaje się być, podobnie jak wcześniejsze dzieło Mistrza („Tylko Kochankowie Przeżyją”, przyp. Red.), pochwałą wszystkiego co stare, niemodne, „Retro” i „Vintage”. Główny bohater filmu nie ma „komórki”, laptopa, nie korzysta z internetu. Swoje utwory zapisuje w zeszycie („Notesie Tajemnic”), nie robi ich kopii. Swoją postawą zdaje się mówić: Chwilo trwaj!
Bardzo ciekawie przedstawiają się dialogi, które są zawsze niezwykle ważne w jarmushowskich obrazach. Szczególnie ujęły mnie te prowadzone przez głównego bohatera z właścicielem baru, który codziennie odwiedza po pracy. Proste historie, rozterki z pozoru prostych, a jednak skomplikowanych emocjonalnie ludzi, tak samo bawią, jak i wzruszają. Nawet taki frazes, który wypowiada zakochany bez wzajemności amatorski aktor: „Bez miłości nic nie ma sensu” jawi się jako prawda ostateczna.
Urzekającą kreację stworzyła irańska aktorka, Golshifteh Farahani, która gra dziewczynę Patersona, Laurę (swoją drogą Laura to imię bohaterki sonetów miłosnych Francesco Petrarki, przyp. Red.). Jej artystyczne pasje pokazują, że czerń i biel mogą być kolorowe. I tak jest z filmami Jarmusha. Niewiele barw, ale tak wiele znaczeń. W „Patersonie” mamy również freudowski motyw snów. Bliźnięta, która śnią się Laurze, a potem również przewijają się w codzienności jej chłopaka są oznaką przemijających kłopotów, trudności i zmartwień. Sen często zapowiada jakieś dobre i zbliżające się nowiny.
Ile jest na świecie takich miasteczek jak Paterson i ilu jest takich
Driverów jak nasz bohater. Nie zauważamy na co dzień owoców pracy
tak prostych zawodów jak: sprzątaczka, sklepowy sprzedawca, czy
właśnie kierowca autobusu. A bez nich przecież świat by nie
funkcjonował należycie. Lekarz nie mógłby leczyć, a poeta nie
mógłby napisać kolejnego wiersza.
W filmie padają słowa:
„Czasem pusta strona oferuje najlepszą możliwość” i zdają
się być jego najlepszym podsumowaniem.
Po seansie z tym filmem aż ma się ochotę chwycić za pióro i napisać jakiś wiersz. I tak właśnie zaraz zrobię. Co Wam również polecam.
„Toni Erdman”, reż. Maren Ade (2016)
Austriacko-niemiecko-rumuńska produkcja to jeden z największych wygranych ostatniego festiwalu w Cannes, a także obraz nominowany do tegorocznego Oskara w kategorii „Najlepszy film nieanglojęzyczny”. A o co w ogóle tyle szumu?
Film się długo rozkręca, przez pierwszą godzinę ciężko jest wkręcić się, wgryźć w jego klimat na dobre, bo czekając na kolejny wygłup Petera Simonscheka dostajemy raczej od jego twórców z liścia. Tak naprawdę etykieta komedii jest przypięta nieco na wyrost, bo jeśli śmiech to w ogromnej mierze przez łzy, choć momentami sala pękała nomen omen ze śmiechu, w tym niżej podpisany.
Fabuły streszczał nie będę, ale jest to tak samo film o próbie naprawienia relacji i odszukania bliskości między ojcem a córką, traktat o starości, ulotności życia, a nawet przemijaniu, co opowieść o próbie odnalezienia samego siebie w korporacyjnym, plastikowym światku, gdzie pęd z jednego spotkania na drugie, kosztem własnego „ja”, odbiera prawdziwą radość z życia. We współczesnym pokoleniu 30-40- latków, japiszonów, nie ma czasu na refleksję, a wreszcie prawdziwą przyjaźń i miłość. Oj, gorzka ta „komedia”...i bardzo dobrze.
Film obnaża meandra pracy w korporacji: brak własnego zdania, sztuczne relacje międzyludzkie, w których nawet seks służy tylko do zaspokojenia swoich potrzeb, a także couchingi, outsorcingi, feedbacki i inne „korporacyjne nowomowy”, które weszły, niestety, na trwałe do powszechnego języka. Ukazany jest świat „korpo”, w którym nawet takie czynności jak oddychanie są wyuczone pod obserwacją trenerów. To świat, w którym mimo obcowania z ludźmi, człowiek pogrąża się w coraz większej samotności.
Główny bohater filmu, czyli Winfried Conradi (w tej roli rewelacyjny niemiecki aktor i komik, Peter Simonischek) zadaje pytanie swojej córce (niesamowicie poruszająca, wiarygodna i odważna w swej kreacji Sandra Huller): Czy jesteś jeszcze człowiekiem?
Na to pytanie, zdaje się dzięki zmyślnej prowokacji swojego ojca, próbuje odpowiedzieć w dalszej części filmu. Maski i szaty nakładane na każdym kroku przez korpoludków są zdjęte (dosłownie i w przenośni) na chwilę w scenie, która na pewno przejdzie do historia kina, o której jednak cicho sza (to trzeba zobaczyć samemu)...
A więc o co tyle hałasu? Czy warto poświęcić prawie 3trzy godziny czasu, by zobaczyć podstarzałego niemieckiego komika, który wkłada sztuczną szczękę? Z pewnością TAK! W końcu film uwiódł Hollywood i samego Jacka Nicholsona. Nowa wersja dla Amerykanów (czyt. mniej wymagającej publiki, która nie czuje europejskiego, specyficznego kina) wkrótce! Ciekaw jestem jak młoda, 40 letnia reżyserka filmu, Maren Ade przekaże swoją wizję w hollywoodzkiej wersji filmu, w której ma zagrać niewidziany dawno na wielkim ekranie trzykrotny laureat Oskara? Czy surowość i wolne tempo, ale sprawiające, że film jest realistyczny niczym lustrzane odbicie rzeczywistości, zostaną zachowane, czy też reżyserka sama nałoży maskę i stworzy film-kalkę lub co gorsza pełen fajerwerków gniot? Czy osiemdziesięciolatek zagra swoją ostatnią, kolejną wielką rolę i pożegna się z filmowym światem godnie, jak na mistrza przystało?
Na razie nie ma sensu odpowiadać na te pytania. Warto jednak obejrzeć „Toni Erdmana” takim jakim jest, a więc prawie trzygodzinnym obrazem o życiu, miłości i świecie, który dąży do „przekołczingowania” wszystkiego i wszystkich na korporacyjną modłę. Czy w życiu nie chodzi o to, by być szczęśliwym? A może pieniądze, awans społeczny, czy zawodowy są jednak ważniejsze? „Jak zatrzymać chwile?” pyta się Winfried „alias” Toni Erdmann i z tym pytaniem pozostawiam Was samych.
Lista filmów przedstawionych w ramach XVIII OCH! Film Festiwal:
Powidoki
Aż do piekła
Historia Marii
Ja, Daniel Blake
Lion. Droga do domu
Toni Erdmann
Jarocin. Po co wolność
American honey
Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie
Służąca
Burn burn burn
Praktykant
Kamper
Honorowy obywatel
24 tygodnie
Soy nero
Paterson
Moonlight
Relacja i recenzje: Łukasz „Ch-Fu” Szewczyk
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze