Reklama

Urodziłem się prawie na schodach urzędu

Tygodnik Ziemia Sochaczewska
22/12/2010 09:24
- Zbliżają się święta i tak się składa, że właśnie teraz, na kilka dni przed Bożym Narodzeniem, nowy burmistrz miasta rozpoczyna swoją kadencję. Chciałbym więc przy tej okazji zapytać o święta w pana rodzinnym domu. Jak pan wspomina tamten czas? - Ja mam to szczęście, że wychowywałem się w rodzinie trzypokoleniowej. Mieszkała z nami babcia, więc nie byłem zdany na bieganie po mieście z kluczami na szyi, jak wielu moich kolegów, i nie wracałem do zimnej kuchni bo w domu zawsze czekała z obiadem babcia. Natomiast jeśli chodzi o święta, to do dziś kojarzą mi się przede wszystkim z wielką akcją wypiekania ciast. Mieliśmy sporych rozmiarów wnękę w kuchni, rodzaj szafy, którą przed świętami uprzątało się ze stojących tam sprzętów i pomału wszystkie jej półki zajmowały ciasta. Jedna półka serniki, kolejna – makowce, następna – drożdżowe i tak dalej. Ciasta te piekła oczywiście babcia, ale my z bratem też mieliśmy swój udział, bo naszym obowiązkiem było kręcenie masy pałką, nie było jeszcze przecież mikserów. Było to dla nas bardzo atrakcyjne zajęcie, dopóki mama lub babcia nie dosypały mąki, bo wtedy już nie można było palcem ciasta podbierać i podjadać. - Skoro tyle wypieków, to rozumiem, że święta były bardzo rodzinne i familia zbierała się liczna. - Niezupełnie, to odbywało się głównie w okresie przedświątecznym. Mieszkaliśmy w Sochaczewie w bloku za dzisiejszym bankiem PKO BP, jednak sporą rodzinę mieliśmy rozsianą po okolicznych gminach. Więc wszystkie te ciocie i wujkowie, przybywając do miasta na targ, jak to było w zwyczaju, wpadali z odwiedzinami przedświątecznymi na herbatkę i ciasto. Był to już taki rytuał. Natomiast same święta to choinka, bombki i, oczywiście, prezenty… - Przypomina pan sobie jakiś wyjątkowy prezent? - Owszem, ale jeszcze bardziej zdarzenia, które miały z jego powodu miejsce. Otóż, dostaliśmy któregoś roku z bratem prezenty pod hasłem: i ty zostaniesz Indianinem, a trzeba dodać, że był to czas fascynacji filmami o Winnetou. Założyliśmy więc na głowy barwne pióropusze, w ręce wzięliśmy łuki i rozpoczęła się strzelanina… do bombek na choince. Niestety, nie ucieszyliśmy tym rodziny. Całe szczęście jednak, że nie byliśmy dobrymi strzelcami, bo dzięki temu niektóre bombki u moich rodziców zachowały się jeszcze z naszego dzieciństwa. Gdy do nich w Wigilię przychodzimy, pokazuję je moim córkom. - A córki ma pan trzy. - Tak, najstarsza, Kasia, studiuje we Francji na Sorbonie literaturoznawstwo, młodsza, Marta, ukończyła Uniwersytet Medyczny w Warszawie na kierunku pielęgniarstwo i pragnie kontynuować studia, ale też pracować w swoim zawodzie, jako pielęgniarka w szpitalu na bloku operacyjnym. Trzecia, najmłodsza, Julia, ma 11 lat i uczy się w szkole podstawowej. No oczywiście jest też żona Barbara i mama żony, z którą wszyscy mieszkamy. Mam więc pięć kobiet w domu. - Wróćmy jeszcze do czasów młodzieńczych. Chciałem spytać, jak to się stało, że zaczął pan uprawiać tak twardą i wymagającą dyscyplinę jak rugby? - Nie było tak od początku, bo moją pasją była najpierw piłka nożna. Wszyscy chłopcy wtedy, zwłaszcza po sukcesach drużyny Górskiego, chcieli być piłkarzami. A ja dodatkowo miałem to zamiłowanie po tacie, który swego czasu był zawodnikiem sochaczewskiego Orkana. Z kolei mama w czasach szkolnych uprawiała siatkówkę. Stąd też pewnie i piłka nożna, a potem w liceum siatkówka w chodakowskiej Bzurze. Na treningi siatkówki jeździliśmy kolejką wąskotorową wraz z moim sąsiadem z bloku, Darkiem Miłkowskim, dziś dyrektorem Zespołu Szkół Rolniczych. Przyszedł jednak czas, gdy mój starszy brat, trenujący już wcześniej rugby, namówił mnie i tak trafiłem do drużyny juniorów Orkana, pod rękę trenera Bogdana Pietraka. Już po tygodniu treningu pojechałem do Mińska Mazowieckiego na pierwszy mecz, który wygraliśmy, jeśli dobrze pamiętam, 90:0, i to mi się bardzo spodobało. Ale trzeba przypomnieć, że wówczas juniorzy Orkana poziomem porównywani byli do reprezentacji Polski juniorów, zresztą wielu ich tam grało. A ja znalazłem wreszcie pole do prawdziwego wyżycia się. Potem przyszły powołania do reprezentacji kraju juniorów i przejście w czasie studiów na AWF do najsilniejszego wówczas klubu AZS Warszawa. Z czasem znalazłem też stałe miejsce w reprezentacji seniorów. - Rozumiem, że ten okres wpłynął również znacząco na kształtowanie się charakteru młodego człowieka. - Oczywiście, bo przecież sport uczy samodyscypliny, przełamywania własnych słabości, a także, szczególnie sport zespołowy, podporządkowania swoich chęci celom zespołu oraz odpowiedzialności za grupę. To wspaniała szkoła życia! - Przyszedł jednak moment, że zostawił pan kraj i wyruszył do Francji. - Nastąpił taki moment, że zdałem sobie sprawę, iż w kraju osiągnąłem wszystko. Zdobyłem tytuł Najlepszego Rugbisty 1988 Roku i byłem kapitanem reprezentacji Polski. Szukałem więc dalszych motywacji i nowych wyzwań. A ponieważ najbardziej podobała mi się gra francuskich rugbistów, więc zamarzyłem, aby sprawdzić się tam. Sprzyjające okoliczności spowodowały, że znalazłem klub i zamieszkaliśmy w nowym kraju z całą rodziną. Tak się składało, że podczas tych kilku lat pobytu zmieniałem parokrotnie kluby, co wiązało się ze zmianami miejsca zamieszkania. Z jednej strony było to uciążliwe, z drugiej jednak pozwoliło nam poznać szerzej kilka regionów we Francji. Z górskiego regionu w pobliżu granicy szwajcarskiej przenieśliśmy się do Prowansji, wspaniałej krainy z cudownym klimatem i bardzo otwartymi ludźmi. Tam grałem w klubie w pięknym, historycznym Awinionie. Później znalazłem się pod Paryżem w Pontoise i wtedy właśnie kontuzja wyeliminowała mnie z kontynuowania kariery sportowej. - Od świąt jednak nie uciekniemy, dlatego chciałbym, aby opowiedział pan o waszych świętach we Francji, o tamtejszych obyczajach. - Myślę, że najbardziej charakterystyczne były moje pierwsze święta Bożego Narodzenia we Francji, gdy rodzina była jeszcze w Polsce. Zostałem wtedy zaproszony przez kolegę Francuza do jego domu. A ponieważ we Francji, jako kraju laickim, święta kojarzą się bardziej z dniem wolnym od pracy i może wykwintniejszym jedzeniem, mniej zaś z przeżyciami duchowymi czy religijnymi, więc podczas tamtej francuskiej wigilii zjedliśmy z kolegą po wiaderku małż. Oczywiście nie było żadnej choinki, a jako rekompensatę gospodarze znaleźli specjalnie dla mnie, na jakimś telewizyjnym kanale, transmisję z mszy świętej z udziałem milicjantów i Lecha Wałęsy i bardzo się cieszyli, że w wigilię udało im się przybliżyć mi Polskę. Później, gdy dojechała do mnie żona z córkami, spędzaliśmy kolejne wigilie tradycyjnie po naszemu, mimo że czasem brakowało jakichś potraw, choćby karpia. Muszę wyznać, że pod tym względem był to dla mnie trudny okres, dość powiedzieć, że po powrocie do Sochaczewa na stałe, w pierwszą znowu rodzinną wigilię trudno było mi opanować wzruszenie. - A spod jakiego jest pan znaku zodiaku? - Spod Koziorożca, dokładnie urodziłem się 22 grudnia, ale planowane to było na styczeń. I tu mam pewną opowieść związaną z budynkiem Urzędu Miasta, w którym się znajdujemy. Otóż moja mama pracowała tu kiedyś w urzędzie powiatowym, i kiedy była w ciąży, schodząc z góry po schodach poślizgnęła się i upadła. Stąd też moje wcześniejsze urodziny i to nie w szpitalu, a w domu, bo czas naglił. - Czyli, spirala losu zatoczyła dziwne koło, teraz przecież wrócił pan tu jako burmistrz! - Mam nadzieję, że ja nie spadnę. - Ja natomiast przygotowany byłem na tego Koziorożca, i wynotowałem sobie nawet kilka cech podobno charakterystycznych dla tego znaku. Otóż ludzie spod Koziorożca są rzetelni, odpowiedzialni, konkretni, uczciwi i dobrze zorganizowani. Są też domatorami, którzy niechętnie pozbywają się starych wysłużonych kapci. Jednak są też cechy negatywne. Koziorożce bywają ambicjonalne, nieustępliwe, a bywa, że dążą do dyktatury. Charakterystyczne są też dla nich gwałtowne zmiany nastrojów. Potrafią być przyjazne, a za chwilę groźne. Czy pan odnajduje się w tych cechach? - Prototyp Koziorożca pewnie we mnie jest, jednak sporo tych cech wygładził mi sport, natomiast faktycznie jestem domatorem, to jakby moje środowisko naturalne. Jestem też konkretny, natomiast jeśli chodzi o dyktaturę, to uważam, że najpierw muszę wymagać dużo od siebie, a potem od innych, ale nie ma mowy o żadnym zamordyzmie. - Wiem, że kilka dni po objęciu urzędu burmistrza trudno byłoby rozliczać kogokolwiek, ale chciałbym zapytać o jedno. Powiedział pan w przedwyborczym wywiadzie, cytuję: „Włożę całą energię w to, by dać naszemu miastu impuls, by przezwyciężyć wspólnie marazm, w jakim tkwi Sochaczew”. Czy mógłby pan rozwinąć tę myśl i powiedzieć, gdzie jest ten marazm, który trzeba by rozruszać? - Sądzę, że tę moją opinię podziela znaczna część mieszkańców Sochaczewa. Z czego ona wynika? Mnie się wydaje, że lokalny samorząd, oprócz funkcji administracyjnej, która oczywiście jest bardzo ważna, bo dotyczy bieżących spraw, musi również inspirować i wspomagać ludzi aktywnych. Miasto, moim zdaniem, powinno tych ludzi, często zrzeszonych już w różnych organizacjach pozarządowych, wspierać o wiele bardziej niż dotychczas. I to nie tylko finansowo, ale i organizacyjnie. Choćby taki Uniwersytet Trzeciego Wieku, zgromadzenie wielu wspaniałych ludzi, boryka się z problemem braku stałej siedziby. To podaję jako przykład, ale intencja moja jest taka, aby miasto, jego władze, były jakby mecenasem, do którego zwrócić można się ze swoją inicjatywą. To się opłaca obu stronom, bo na przykład promocja miasta przez sport jest stosunkowo tania, a bardzo skuteczna. Mamy wiele osiągnięć, choćby drużyna tenisistek stołowych, nie może więc być tak, że człowiek, który stworzył tę drużynę, grającą w ekstraklasie, musiał płacić za wynajem sali na mecze czy treningi. Chciałbym więc tę złą filozofię zmienić, bo przecież tylko ludzie utalentowani, z pomysłami, mogą dać impuls temu miastu i trzeba im w tym pomóc. - No to życzmy sobie, aby w tym następnym roku i kolejnych udało się to zrealizować. I już ostatnie pytanie: Czy wybiera się pan gdzieś na Sylwestra? - Na pewno będę na największej zabawie sylwestrowej w mieście, na Podzamczu i tam też zapraszam wszystkich mieszkańców Sochaczewa. Rozmawiał Sławomir Burzyński
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo e-Sochaczew.pl




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama