Wojna jest zbyt poważną sprawą, aby można było zostawić ją wojskowym – powiedział kiedyś znany francuski polityk i pisarz Georges Clemenceau. I pewnie miał rację, sądząc po frekwencji podczas ostatniej bitwy w Brochowie, którą urządzili cywile. A swoją drogą to ciekawe, że aż tylu gapiów zjechało, aby oglądać, jak się nasi z hitlerowcami naparzają. Mimo, że dawno wiadomo, jak się to może skończyć. Mieli pewnie nadzieję, że tym razem to my im wreszcie zdrowo kota pogonimy. Tymczasem to żołnierze wermachtu po wsi się panoszyli, wypijając naszą Colę i dzieciaki strasząc, które na gwałt chciały zostać czterema pancernymi i psem. A chłopy w gospodzie po litrze siwuchy dalejże partyzantkę zakładać. Wraca taki nad ranem do chałupy, zakonspirowany na cacy, czyli że głęboko, tak że sam już nawet swego nazwiska nie pamięta… A tu nagle: halt! I widzi Niemca z karabinem. – Ale żeś mnie pan przestraszył, myślałem, że to moja stara. A faktycznie nad Brochowem po nocy strzelanina się niosła. I nie ma się co dziwić, skoro chłopaki na wojnę przyjechali. Jak który sobie strzelił, to i z rury wygarnął. Ludzie miejscowi nie bardzo spać mogli, ale cóż, jak wojna to wojna. Niejednemu łza się w oku zakręciła za okupacją, jak żeśmy pierwszy raz w Unii byli. Jednego tak to jednak zeźliło, że rano ze swego pola sam jeden dwie armie przegonił. – Jak tacy mądrzy, to niech latają teraz po zagonie sąsiada, którego krowy akurat min nastawiały. Jak wojna to wojna. A że też im się jeszcze na rezerwowym polu bitwy lać chciało? Na dodatek oblężeni przez przeważające siły gapiów. Całe szczęście, że tam gdzie miało wybuchnąć, chorągiewki powtykali, ale i tak bez ofiar się nie obeszło. Jedna taka ofiara, z naszego wojska, po wybuchu patykiem tym w łeb dostała. Gdyby chorągiew była większa, to jak Zagłoba zakrzyknąłby pewnie: - Puść chamie, to ci daruję życie! A tak, to on był w strachu, gdy go do naszego lazaretu wieźli. Ale cóż, wiedział, co robi, gdy szedł na wojnę, zwłaszcza ten żonaty, co lubi spokój i dlatego na ochotnika się zaciągnął. A tu strzelanina rozgorzała taka, że wszystkie psy z okolicy pouciekały. Te na łańcuchu razem z budą. Nielicha była naparzanka. Na koniec nasi Niemcom się wymknęli i już było po wszystkim. Tylko dymy i swąd prochu nad ugorem brochowskim unosiły się jeszcze długo. Tłum zaś defilujące oddziały oklaskiwał. Głównie polskie, bo niemieckie nieco mniej, jakoś bez przekonania. Sytuacja autentyczna. Stoją dwie kobiety i klaszczą, nagle jedna mówi do drugiej: - Co pani tak tym szwabom bije?! A wiecie w czym chodzi żołnierz? Żołnierz chodzi w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku. I o to chyba chodziło. Sławomir Burzyński
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze