Mało kto wie, że w Sochaczewie istnieje Koło Emerytów i Rencistów. Działa już od 30 lat i od początku jego siedzibą jest lokal w piwnicy bloku przy al. 600-lecia 5. Jeszcze niedawno informowała o tym tabliczka przy klatce i na drzwiach do piwnicy. W ramach reliktowego już dzisiaj ustroju seniorzy posiadali swojego zarządcę, który otrzymywał nawet pensję (z Łowicza) i zgodę Przedsiębiorstwa Gospodarki Komunalnej i Mieszkaniowej, a później Zakładu Usług Komunalnych na użytkowanie lokalu. Od czasu do czasu, gdy emerytom udało się coś wydreptać, otrzymywali nawet z miasta skromne fundusze wspierające ich inicjatywę do godnego spotykania się w piwniczce. Generalnie jednak z własnych pieniędzy urządzili salę, do dziś, choć schludną, to uderzająco skromną (stoły nakryte ceratami, wąski regalik z książkami, stare krzesła, talerze, szklanki, zasłonki w oknach i tyle). Za swoje opłacają też teraz zużyte przez siebie prąd i wodę. Spotykają się raz w tygodniu, w soboty, mniej więcej w godz. 15.00-20.00. Swego czasu do Klubu należało 50 osób, dziś około 30 i liczba ta topnieje. Przeważnie są to panie. Płci odmiennej brakuje chyba z dobrze znanego całemu światu problemu większej umieralności wśród mężczyzn. A może mają mniejszy zapał do podtrzymywania życia towarzyskiego po przekroczeniu półwiecza? Tak czy inaczej, bynajmniej nie to zjawisko stanowi istotę topnienia liczby członków Koła. Sedno sprawy tkwi w... wojnie, która nagle rozgorzała.
Konflikt Wszystko było dobrze, dopóki blok podlegał pod ZUK. Pogorszyło się, gdy mieszkańcy wykupili mieszkania i powstała wspólnota, a już gdy w tym roku rozwiązała ona umowę z ZGM-em i, jak to się ładnie mówi, przeszła na swoje, sprawy stanęły na ostrzu noża. W ramach poczucia swojej własności i z powodu zarzutów, o których za chwilę, wspólnota wystosowała pismo do ZGM-u o zawieszenie działalności Koła. Ale wtedy okazało się, że nie może ona decydować o przeznaczeniu lokalu, ponieważ należy on... do gminy Miasto Sochaczew. Ten fakt tylko zaognił spór i koniec końców trzy tygodnie temu na 600-lecia musiała interweniować policja.
Punkt widzenia wspólnoty - Co zarzucacie członkom Koła? - spytałam Bożenę Borowską, przewodniczącą wspólnoty tego bloku. - Ja osobiście, a myślę, że również mieszkańcy naszego bloku, nie mamy nic przeciwko temu, żeby Klub Seniora istniał w Sochaczewie. Ale nie w budynku mieszkalnym. Dotychczas nad tym pomieszczeniem były mieszkania bądź w trakcie remontów, bądź sprzedaży. Teraz jednak mają stałych właścicieli. I tak się składa, że akurat w bezpośredniej bliskości lokalu Koła mieszkają ludzie starsi lub rodziny z dziećmi. Od nich głównie pochodzą skargi na zachowanie członków Koła i dobiegające z ich lokalu hałasy. Ja osobiście tego nie słyszę, bo mieszkam w innym skrzydle bloku. Mieszkańcy twierdzą jednak, że z powodu głośnej muzyki dzieci nie mogą spać. Sama widziałam również, gdy po spotkaniu jedna z pań wręcz ostentacyjnie wynosiła butelki po alkoholu. Ostatnio miało też miejsce bardzo przykre zdarzenie. Zaciął się zamek w piwnicy (co u nas powszechne, bo to jest stary blok) i pech chciał, że trafiło na panie z Koła, które natychmiast wezwały policję. Mieszkańcy tak się strasznie oburzyli. Zostali przesłuchani i wylegitymowani jak jacyś przestępcy, jakby rzeczywiście ktoś był winien. Nie dość, że zakłóca im się ciszę i spokój, to jeszcze to. - Te panie myślały, że ktoś zmienił zamek, by nie mogły wejść? - Pewnie tak. Chyba nawet chciały go wyrwać, bo potem mój mąż nie mógł sobie poradzić z naprawą. Coś tam zostało uszkodzone. - Proszę pani, to są przecież starsze panie, spotykają się tylko raz w tygodniu i to w dość wczesnych godzinach? Czy rzeczywiście mogą być aż tak uciążliwe? - Właśnie. Może to dziwić, ale tak jest. Kiedyś nawet jedna z tych pań przywiozła tutaj żukiem orkiestrę. Innym razem zawiesiły na swoich drzwiach kłódkę, tak że zarząd nie mógł się tam dostać, choć przecież musimy, bo pomieszczenie leży w tzw. pionie awaryjnym. Tłumaczyły to jakimiś zabrudzeniami, które pozostawili po sobie pracownicy remontujący pomieszczenia nad ich lokalem i zmuszeni wykonać roboty hydrauliczne w ich pomieszczeniu. I my, jako zarząd, musieliśmy w tym czasie odbywać posiedzenia albo w moim prywatnym domu, albo, korzystając z gościnności, w bloku na Zawadzkiego. Naprawdę nie wiem, czy mieszkańcy któregokolwiek z bloków zgodziliby się by się na takich gości. To naprawdę przykre. A teraz uważają, że wszystko, co je spotyka, jest z naszej winy. Pani Borowska podkreśliła też inny problem: - To pomieszczenie jest nieogrzewane, a przecież te panie parzą tam herbatę. W ściany wchodzi wilgoć. Klimatyzacja żadna. Pod kotarami mokro, robi się grzyb. I z tego powodu prawdopodobnie w mieszkaniach pojawiły się takie typowe dla wilgoci robaki. Poza tym jest to przecież niebezpieczne dla zerowej części budynku. Zapytałam o stanowisko jednego z mieszkańców bloku: - Proszę pani. Powiem krótko - odparł pan M. B. - Tu nie chodzi o klub, lecz o zachowanie jego członków. O ich śpiewy, hałasy. Przecież w tym bloku mieszkają dzieci i starsze osoby. Nam to przeszkadza. - Ale to też są starsze osoby. Rzeczywiście tak hałasują? - Proszę kiedyś przyjść i samemu posłuchać. Puszczają bardzo głośno muzykę, raz nawet orkiestrę sprowadzili. A najlepiej niech pani zbierze podpisy mieszkańców. Wtedy okaże się, ile osób jest przeciwko Kołu.
Punkt widzenia emerytów Prowadząc rozmowy z członkami wspólnoty, niezależnie spotkałam się z przedstawicielkami Koła Emerytów i Rencistów: panią Janiną Mroczkowską, czuwającą nad funkcjonowaniem Koła od 15 lat, i z wspierającą ją w tych poczynaniach od lat 4 - panią Janiną Tomczyk. - Co się dzieje? - spytałam na wejściu. - Oj, dużo by tu opowiadać - powiedziała pani Tomczyk. - Zdarzyło się tyle przykrych sytuacji. Zerwano naszą tabliczkę z bloku i z drzwi. Zawieszono nam kłódkę. Musiałyśmy ją zerwać, by wejść do środka. Jakieś trzy tygodnie temu zmieniono zamek w zewnętrznych drzwiach do piwnicy. Jedni z mieszkańców to zrobili, a drudzy nam to powiedzieli. Nie wiedziałyśmy, co robić i zdecydowałyśmy się wezwać policję. Chyba pomogło, bo następnym razem już mogłyśmy wejść. A ostatniej soboty okazało się, że nie ma światła. Całe popołudnie przesiedziałyśmy przy świeczkach. Nie byłyśmy przy naprawie, ale powiedziano nam, że korki się spaliły. Może łatwiej by nam było w to uwierzyć, gdyby nie te wszystkie zdarzenia. - Mieszkańcy wspólnoty, z którymi rozmawiałam, twierdzą, że zamek się po prostu zaciął. Słyszałam również podejrzenie, że próbowały go panie wyrwać, bo w wyniku uszkodzenia ciężko go było odblokować. - Ależ nie, przyznaję, że z tej złości i bezsilności miałyśmy na to chęć, ale rozsądek wziął górę. Pomyślałyśmy, że może już wszyscy mieszkańcy mają dorobione klucze i potem nas obciążą kosztami. Co do tego zacięcia. To nie my wymyśliłyśmy, że zamek wymieniono. Powiedzieli nam to niektórzy z mieszkańców bloku. - Zarzuca się wam, że hałasujecie, za głośno gra muzyka. - Jest magnetofon, ale niech pani popatrzy jakiej jakości, on nawet nie mógłby grać głośno. To prawda, że czasami puszczamy muzykę, zwłaszcza w sylwestra, co chyba oczywiste, ale przecież my tego potrzebujemy. Po to się tu spotykamy, żeby mieć jakąś rozrywkę. Móc porozmawiać, wypić razem herbatę, a jeśli jest okazja - potańczyć. Proszę pani, wszystkie członkinie koła to starsze osoby, czy wyobraża sobie pani, żebyśmy mogły hałasować? Same nie byłybyśmy w stanie słuchać głośnej muzyki. Mamy po siedemdziesiąt, osiemdziesiąt lat. Ja jestem najmłodsza. - Do której godziny tu jesteście? - Przeważnie rozchodzimy się około 19-tej. W zimie zdarza nam się być dłużej, ale najpóźniej do 21.00 nas tu nie ma. Wyłączając Sylwestra oczywiście, kiedy zostajemy może do 1.00. Wie pani, jesteśmy już za stare, żeby się bawić całą noc. - Słyszałam zarzuty dotyczące wypijanego tu alkoholu, widziano butelki, które wynosicie. - Coś takiego! Kiedyś była taka przykra sytuacja, blok podlegał jeszcze pod ZGM, to było pod koniec zimy. Sama, na kolanach, wydłubywałam wokół okien do piwnicy, na zewnątrz, śmieci, jakieś puszki pozbierałam, butelki, wysprzątałam teren i w reklamówkach wyniosłam na śmietnik. A potem poszła do ZGM-u skarga, że to my śmiecimy, zostawiamy butelki. To niesamowite. Naprawdę. Przecież... jak my możemy pić? W tym wieku? Na dodatek żyjemy ze skromnych emerytur. Nawet nie miałybyśmy za co. - A co z orkiestrą, która tu kiedyś przyjechała żukiem? Pani Tomczyk spojrzała wyraźnie zaskoczona na panią Mroczkowską. Przez chwilę patrzyły się na siebie w osłupieniu, w końcu pani Tomczyk odparła: - Orkiestra? Jaka orkiestra? Dwaj panowie z mojej rodziny zgodzili się tu dla nas zagrać przez godzinę, a dodam, że to była choinka, wczesna pora, koło 18.00... Och... nie wiem nawet, co powiedzieć... - Czy gdyby zaproponowano wam inny lokal, wyprowadzilibyście się? - Oczywiście, z chęcią stąd pójdziemy, byleby to był spokojny kąt, żeby już nie spotykały nas takie problemy. Jakieś niezależne pomieszczenie, daleko od lokatorów, żebyśmy na te stare lata mogły wreszcie z zadowoleniem się spotykać, bez nerwów. Naprawdę, kiedyś sprawiało nam to tyle radości. A teraz, idąc tu, zastanawiamy się, co tym razem nas spotka. Wiele osób z tego powodu w ogóle przestało przychodzić.
Rozejmu nie będzie - Nie, absolutnie żaden kompromis nie jest tu możliwy - stwierdziła pani Borowska. - Ja to bym się może dała jeszcze przekonać, ale mieszkańcy z tamtej klatki na pewno nie. I trudno się dziwić.
Ale jest wyjście To nieważne, czy zamek się zaciął, czy go wymieniono. Nieistotne jest, kto zawiesił kłódkę, czy też, nawet jeśli widziano wynoszone butelki po alkoholu, świadczyły one o pijaństwie, czy też o pozostającym w granicach ludzkiej przyzwoitości uczczeniu czyichś imienin lub Sylwestra. Zupełnie nie ma znaczenia, czy muzyka gra za głośno, czy też wręcz za cicho, bo sprzęt jest za słaby, i czy korki się spaliły, czy może ktoś je wykręcił. Do niczego nie prowadzi też szukanie winnych za robaki, nawet jeśli przyczyną ich pojawienia się jest parzenie herbaty. Sprzeczne zarzuty i argumenty będą się tylko mnożyć w miarę trwania tej wojny, bo istota jej stanu zapalnego leży gdzie indziej. Pomimo faktu, że zarząd bloku może i odbywa w tym pomieszczeniu zebrania, mieszkańcom zależy na całkowitym pozyskaniu lokalu dla swoich celów. - Tak - potwierdziła tę moją tezę B. Borowska - To pomieszczenie mogłoby nawet służyć na zebrania wszystkim wspólnotom z osiedla. Zatem wspólnota chce pozyskać pomieszczenie (nie wiem, czy obejdzie się wówczas bez parzenia herbaty), znajdujące się jak by nie było na terenie jej własności, a zajmowane przez osoby zupełnie z zewnątrz (bo do Koła nie należy nikt z mieszkańców bloku, choć wcześniej były takie osoby). A Koło, od trzydziestu lat związane z tym miejscem, chce tu zostać. Obydwie postawy są absolutnie zrozumiałe. Jednak, o ile wspólnota - z pomieszczeniem czy bez - na pewno sobie poradzi, o tyle Koło bez swojej bazy po prostu przestanie istnieć. I w tym sensie sytuacja jego członków wydaje mi się o wiele bardziej dramatyczna. Pomieszczenie należy do miasta i tylko miejskie władze mogą w tej sytuacji emerytom pomóc. Jakieś trzy tygodnie temu kilku przedstawicieli Koła było w UM szukając wsparcia. Złożyli też oficjalne pismo z podpisami członków koła. Sęk w tym, że, jak się okazało, Koło nie ma żadnej osobowości prawnej. Formalnie nie istnieje, a zatem zarówno nie ma uregulowanego stosunku ze wspólnotą (z którą przecież powinno mieć umowę chociażby na sprzątanie terenu wokół pomieszczenia czy użytkowanie prądu), ani z UM, który w tej sytuacji nic nie może zrobić. Na szczęście rozwiązanie jest proste - wystarczy zarejestrować stowarzyszenie w Urzędzie i uiścić opłatę w wysokości 100 złotych. Panie z Koła seniorów były niezwykle zaskoczone, gdy im to powiedziałam. Nie miały pojęcia, że tak należy postąpić, a na dodatek właśnie się dowiedziały, że w obliczu prawa po prostu nie istnieją. "Jak nie istniejemy? Od 30 lat? Przecież płaciłyśmy faktury za prąd wystawione na Koło Seniorów z tym adresem" - mówiły i zresztą (w przypadku absurdalności tych faktur) miały rację.
Bo jest idea Miejmy nadzieję, że Koło szybko dopełni wszelkich formalności, a Urząd Miejski dopomoże w znalezieniu innego, bardziej dogodnego lokalu. I to im szybciej, tym lepiej, bo kto wie, co jeszcze może się na 600-lecia "przypadkiem" zdarzyć. A o Koło Emerytów i Rencistów naprawdę warto walczyć. Jest jedyne w naszym mieście, swoją długą historią, liczbą członków, zaangażowaniem w walkę o funkcjonowanie i byt chyba udowodniło, że powinno istnieć. Większość z nas dożywa wieku, kiedy dzieci odchodzą ze swoimi rodzinami, kiedy zamiast codziennej gonitwy do pracy i intensywnych rozmów ze znajomymi, człowiek zostaje sam w czterech ścianach, krzyż i wątroba dokuczają, pieniędzy brakuje, a on już nikomu nie jest potrzebny. Czy wtedy nie miło by mu było pójść do miejsca, gdzie wszyscy zrozumieją jego potrzebę zauważenia, porozmawiania, pośmiania się, potańczenia, barwniejszego życia po prostu? figa
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze