Wytnijmy im numer Wierzycie w sny? Nie? To posłuchajcie. Z soboty na niedzielę śniło mi się, że stoję przy jakimś otwartym oknie z innymi osobami. Nagle ktoś krzyknął: Psy się wściekły! I zaraz zza węgła wypadł jeden, nawet niewielki i wskoczył na parapet okna, przy którym staliśmy. Wypchnąłem go na zewnątrz, ale ten skubaniec znowu hyc na parapet i złapał mnie zębami za przegub dłoni. Ostatecznie wielkiej krzywdy mi nie zrobił i, jak to we śnie, gdzieś nagle zniknął. Parę razy w życiu miałem podobne sny i zawsze kilka dni później ktoś mnie za rękę szarpał, czyli atakował za to, co napisałem w gazecie. Dlatego z zainteresowaniem będę teraz czekał na to, skąd wściekłe psy się odezwą. Być może będzie to miało związek z wyborami, bo od tego nie da się chyba uciec. I powiem wam, że nawet bym nie chciał. W końcu jest to najlepszy czas dla mieszkańców Sochaczewa i powiatu. Sądzę, że większość z nich została teraz solidnie dowartościowana. Kilkuset kandydatów na radnych miejskich, powiatowych i wiejskich oraz burmistrzów i wójtów obiecało im już chyba wszystko. Jakby tak te obietnice zebrać do kupy, to Sochaczew i jego okolice byłyby krainą mlekiem i miodem płynącą, a tak jest Bzurą, Utratą i herbatą. Jeden mówił nawet o tramwaju do Chodakowa, może chciał być motorniczym. Czyż to nie miłe mieć taką na przyszłość perspektywę? A przecież niektórzy kandydaci podobno na tym nie poprzestawali. Własnymi samochodami wozili ludzi do wyborów. Tacy byli uprzejmi, że nie wypadało się potem nie odwzajemnić... krzyżykiem. Podobnie jak w przypadkach tradycyjnej już polskiej gościnności. Czym chata bogata, z tym gospodarz po parkach lata. Królowały jednak podobno wyroby średnioprocentowe, aby elektorat jeszcze w kratkę trafił. I jest w tym tylko jeden szkopuł. Niedawno mieliśmy wybory prezydenckie, teraz samorządowe, za chwilę parlamentarne, a przecież kampania też swoje potrwać musi. Mogą być więc skutki uboczne. Jak u tego faceta, który skarżył się u lekarza: - Panie doktorze, bardzo mnie boli wątroba. - A wódkę pan pije? - Pewnie, ale nie pomaga! A z tymi plakatami co było? Naklejali jeden na drugim i widziałem takie tablice, gdzie kandydaci twarze mieli co prawda swoje, o ile ich jeszcze nie stracili, ale imię i nazwisko konkurenta. Jak na tablicy, gdzie wisiał Paweł Masłowski, to znaczy jego twarz, bo nad nią był napis „Janusz Szostak”, i to pięć razy pod rząd! To nie mogło się ludziom w głowach pomieszać? Stąd pewnie wyniki obu panów, co prawda nieznacznie, ale jednak słabsze od spodziewanych. A wiecie, że był kandydat, który swymi plakatami okleił chyba wszystkie drzewa w mieście... i wygrał, uzyskując mandat radnego. Liczymy więc, że teraz, w ramach rewanżu, zajmie się w Radzie dendrologią i powoła komisję śledczą do eliminacji szkodników ze zdrowych korzeni przy pomocy zatrudnionego w tym celu biegłego dzięcioła. No i popatrzcie, będziemy mieli drugą rundę, w której zmierzą się muzyk z rugbistą. Kto lepszy? Cóż, mówi się, że muzyka łagodzi obyczaje, chociaż też, że sport to zdrowie. Trudno zgadnąć, kto wygra, ale i tak się cieszę, bo, a nóż widelec okaże się, że będę miał burmistrza z mojej gminy. Co prawda z innej wioski, ale zawsze może prędzej krajana zrozumie i w potrzebie pomoże? I powiem wam jedno, mówi się, że w drugiej turze wyborów zawsze jest mała frekwencja. Już cieszą się więc ci, którzy mają większą rodzinę (choć wszyscy Polacy to jedna rodzina). Więc zróbmy im ten paskudny dowcip i pójdźmy wszyscy na wybory! Wiecie, jaki byśmy w ten sposób numer wykręcili?! Sławomir Burzyński
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze