Reklama

Ze strzykawką na premiera

Tygodnik Ziemia Sochaczewska
16/05/2006 13:29
Sochaczewscy lekarze w ubiegłą środę wyruszyli do Warszawy na ogólnopolską krucjatę po talary i utraconą, ich zdaniem, godność. Niestety nie wzięli ze sobą kilofów, łańcuchów, trzonków od łopat i siekier. Nie zabrali nawet kul dla połamańców, rurek do usztywniania kończyn, czy choćby poręczy od szpitalnych łóżek. Brak odpowiedniego militarnego przygotowania spowodował, że z gołymi rękami nie próbowali forsować drzwi rządowych gmachów. Delikatnymi rączkami nie chciało im się również wyrywać bruku, by ciskać nim w okna siedziby Rady Ministrów lub kancelarii prezydenta.
Mało tego, nikt nawet nie wygrażał władzy lancetem i nie próbował dusić marszałka Sejmu gumową rurką stetoskopu. Demonstracja przebiegała bardzo spokojnie, a przedstawiciele władzy, wychodzący do protestujących, byli wyraźnie znudzeni. Marek Jurek cały czas zerkał na zegarek, bo spieszył się zapewne tam, gdzie dzieją się rzeczy bardziej emocjonujące, czyli do kuluarów sejmowych. Medycy nie obrzucili nawet polityków strzykawkami, co byłoby przez wszystkich zapewne przyjęte ze zrozumieniem.
Jeśli tak spartolili swoją szansę, to niech się teraz nie dziwią, że rząd ich olał, przecież już dziś ministrowie z premierem na czele o całej sprawie zapomnieli. Bo kto by tam pamiętał demonstrację, podczas której nikogo nie zabito, a przynajmniej nie było rannych i nawet żadnemu reporterowi gumowa kula nie wybiła oka.
Kilka dni później ulicami tej samej Warszawy przemaszerowali kibice po meczu Legia-Wisłą. Bilansem spaceru było kilkudziesięciu rannych, w większości spośród policjantów, powybijane okna, zniszczone bary i zapełnione areszty. Warszawiacy będą mieli co wspominać. Kilkudziesięciu kibiców przyćmiło kilkutysięczną demonstrację lekarzy. I przypomina się historia pewnego pracownika dużego zakładu, który zapomniał przepustki. Przekonuje więc strażnika:
- Proszę mnie wpuścić, przecież ja tu pracuję, nie pamiętacie mnie?!
- A spowodowaliście kiedyś jakąś awarię?
- Nie.
- A wódkę pijecie?
- Uchowaj Boże!
- Ukradliście coś kiedyś z zakładu?
- Nie.
- No to jak ja mam was do cholery pamiętać!
No właśnie, zamiast posłać kilka wyrażeń powszechnie uważanych za obraźliwe, to oni, jakby zawstydzeni, „chcemy leczyć w swoim kraju” – wołali. A co im tak na tym zależy? Czy ci za granicą mają wewnątrz jakoś inaczej poukładane? A może organy mają zdrowsze i trudniej wypatrzeć chorobę? Krzyczeli też: „Posłowie w kamasze”. A co to za groźba, skoro w garnizonowej kantynie może być równie wesoło, jak w sejmowej restauracji. Na dodatek wiceminister zdrowia już zapowiedział, że odbierze protestującym, a da pieniądze lekarzom wojskowym. Takiemu wydadzą rozkaz: lecz! I on leczy. I jeszcze jedno hasło protestujących: „Rząd do roboty za tysiąc złotych”. Dlaczego nie, może to nie jest wiele, ale za tauzena dziennie od biedy da się przeżyć.
Tak więc, wyprawa sochaczewskich lekarzy do stolicy okazała się niewypałem, tym bardziej, że premier obiecał podwyżki głównie pielęgniarkom, bo będą musiały przejąć obowiązki lekarzy, którzy mają zamiar zwalniać się z pracy. Aptekarz też lekarz – mówiło się kiedyś, więc siostry również nie od macochy. A podczas środowej demonstracji dał się zauważyć niesiony w pochodzie transparent: „ Śpieszmy się kochać ministrów, tak szybko odchodzą”. Wygląda jednak na to, że prędzej odejdą lekarze.
Sławomir Burzyński
PS Tekst został napisany w sobotę 13 maja.


Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo e-Sochaczew.pl




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama