Reklama

Akt czerwonej flagi

Tygodnik Echo Powiatu
05/08/2009 10:50
W dzisiejszych czasach bardzo często denerwujemy się ograniczeniami prędkości, z jakimi spotykamy się na drogach. Historia dowodzi jednak, że nie jest to wymysł współczesnych nam ustawodawców, a jedynie „popłuczyny” po przepisach z jakimi musieli się zmagać kierowcy w początkach motoryzacji.

Początki motoryzacji
Zanim wymyślono pojazdy mechaniczne, ludzie na lądzie najczęściej korzystali z siły pociągowej zwierząt. Wynalezienie silnika parowego zwiastowało jednak, że prędzej czy później transport zostanie zmechanizowany. Jedną z pierwszych prób podjął w 1769 roku Francuz Mikołaj Józef Cugnot. Jego pojazd to ciągnik artyleryjski o napędzie parowym, mogący osiągać prędkość 4 km/h. Tę konstrukcję uznalibyśmy za bardzo oryginalną, ponieważ aby go uruchomić należało najpierw, wprost na powierzchni drogi, rozpalić ognisko. Jego maksymalna prędkość nie wymagała z pewnością żadnych ograniczeń, ale już szesnaście lat później, Wiliam Murdock skonstruował napędzaną parą zabawkę. W czasie próby przeprowadzanej na ulicy, jechała ona tak tak szybko, że wynalazca nie mógł jej dogonić. Pędzący drogą 30-centymetrowej wysokości pojazd tak przestraszył miejscowego księdza, że ten zmarł na zawał serca. Następnym krokiem było zbudowanie w 1801 roku przez Richarda Trevithicka tzw. lokomotywy drogowej.

Transport zbiorowy
Żywiołowy rozwój pojazdów napędzanych parą, szybko doprowadził do zastosowania ich w transporcie pasażerskim. W stosunku do pojazdów konnych miały one wiele zalet. Nie męczyły się i nie notowano na nie napadów, tak jak na dyliżanse. Sprawa była prosta. Na piechotę nie można było ich dogonić, a konno się nie dało, bo konie bały się buchającego parą pojazdu. W dodatku wygoda i szybkość podróżowania szybko prześcignęły pojazdy konne. Fakty te tak dalece zaniepokoiły właścicieli konnych dyliżansów i towarzystwa kolei żelaznych, że zaczęły one prowadzić akcję mającą na celu zahamowanie rozwoju komunikacji drogowej przy pomocy pojazdów parowymi.

Akcja zaporowa
Po pierwsze przeprowadzono uchwałę dotyczącą pobierania myta, doprowadzając ją niemal do granic absurdu. Myto pobierano bowiem nie tylko przed każdym miasteczkiem, wsią czy osiedlem, ale również w szczerym polu, co mógł czynić każdy właściciel skrawka ziemi, przez który biegła trasa. W dodatku opłata dotyczyła nie tylko pojazdów, ale i każdego podróżnego z osobna. „Skrupulatne” pobieranie opłat trwało godzinami i zdecydowanie wydłużało podróż. Częstymi przypadkami były również akty sabotażu polegające na umieszczaniu różnych przeszkód na drogach lub kopaniu rowów w poprzek trasy. Posunięto się nawet do przekupienia lekarzy, którzy twierdzili, że jazda omnibusem parowym jest szkodliwa dla zdrowia oraz duchownych, którzy z ambony ostrzegali przed korzystaniem z tego szatańskiego wynalazku. Wszystkie te przedsięwzięcia nie przynosiły jednak spodziewanych rezultatów i komunikacja „wozami napędzanymi parą” rozwijała się nadal w szalonym tempie.

Cios ostateczny
Zmasowany atak wpływowych właścicieli pojazdów konnych i kolei zakończył się dopiero w parlamencie, który pod ich wpływem, w 1865 roku, uchwalił pierwsze w świecie przepisy dotyczące ruchu pojazdów mechanicznych. Były one nawet na owe czasy szczytem zacofania i na wiele lat powstrzymały rozwój parowego transportu drogowego. A oto przepisy jakie zawierał słynny „Red Flag Act” (akt czerwonej chorągwi):
1. Lokomotywy drogowe muszą być obsługiwane przez co najmniej trzy osoby, a w przypadku ciągnięcia przyczep, czwarta osoba musi mieć baczenie nad ruchem.
2. Co najmniej na 60 jardów przed pojazdem ma iść człowiek z czerwoną chorągiewką i ostrzegać użytkowników drogi o zbliżaniu się pojazdu. Ma on ponadto obowiązek pomagać w usuwaniu innych pojazdów z drogi, a w razie potrzeby zatrzymać lokomotywę drogową.
3. Największa dopuszczalna szybkość lokomotyw drogowych ograniczona zostaje poza obrębem osiedli do 4 mil na godzinę.
4. Każda lokomotywa drogowa ma być natychmiast zatrzymana na każde żądanie przechodniów, woźniców i jeźdźców, którzy wyrażają to żądanie podniesieniem ręki.
W ten sposób interesy właścicieli kolei i konnych dyliżansów powstrzymały rozwój drogowej komunikacji parowej. Ustawa została zniesiona dopiero w 1896 roku, a więc w czasach, gdy w innych krajach automobilizm rozwijał się w najlepsze.
Memento: Jadąc naszymi kiepskimi drogami i patrząc na znaki drogowe ograniczające prędkość, gdy zaczynają nas ponosić nerwy i śpieszy nam się jak diabli, zdejmując nogę z gazu, cieszmy się, że nasz światły parlament nie zafundował nam podobnej ustawy i mimo wszystko poza obszarem zabudowanym możemy jeździć nieco szybciej niż 4 mile/h (ok. siedmiu kilometrów na godzinę)
Piotr Gadziński
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo e-Sochaczew.pl




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama