Reklama

Co “gryzie” dyrektora?

Tygodnik Echo Powiatu
22/10/2002 00:00
Dyrektor Szpitala Powiatowego w Sochaczewie Maciej Kiełbratowski złożył w Starostwie Powiatowym w Sochaczewie wypowiedzenie z pracy.
W wywiadzie dla Radia Fama dyrektor pytany, czy wycofał swoje wymówienie z pracy, wyjaśniał, że prowadzi rozmowy z Zarządem Powiatu i ma nadzieję na takie ich zakończenie, które satysfakcjonowałoby obie strony.
- Kiedy przyszedłem do pracy w szpitalu, w lipcu 2000 roku, miałem założony pewien plan działania. Dwa lata pokazały, że ten plan można realizować i konsekwencje jego wdrażania są widoczne: uruchomienie stacji dializ, tomografu komputerowego, w przyszłości mammografia. Szpital wymaga jeszcze pewnych prac, by mógł spełniać najwyższe wymagania. Jeżeli więc pewne działania się zaczyna, to chciałoby się je skończyć. Wszystko zależy od wyniku rozmów ze starostwem powiatowym.

Maciej Kiełbratowski pytany, czy wymówienie z pracy związane jest z kwestiami finansowymi - wysokością wynagrodzenia (jest to 7000 złotych brutto) - wyjaśniał:
- Nie tylko. Chodzi również o współpracę obecną i przyszłą. Trzeba mieć świadomość, że jedna osoba nie jest w stanie pewnych rzeczy dokonać. To co udało się osiągnąć w szpitalu w ciągu dwóch lat, to zasługa pracowników, dyrekcji, obecnej Rady Powiatu oraz Zarządu. Można żałować, że pewnych planów nie udało się zrealizować szybciej, ale w szpitalu udało się wiele osiągnąć. Wystarczy porównać jego sytuację z placówkami sąsiednimi, które borykają się ze zdecydowanie większymi kłopotami.

To, że nie wszystkie plany udało się zrealizować, zdaniem dyrektora Kiełbratowskiego, jest wynikiem ograniczonych środków finansowych, którymi dysponuje szpital, ale i kondycji budżetu centralnego oraz budżetu powiatu.

Konflikt?
Naszym poprzednim publikacjom na temat szpitala zarzucono stronniczość, usłyszeliśmy opinię, że uprawiamy propagandę sukcesu, gdy tymczasem współpraca dyrektora z pracownikami układa się nie najlepiej. Dyrektor zajęty realizowaniem swoich wizji nie dostrzega problemów ludzi pracujących w szpitalu, którzy są tylko drobnymi trybikami w potężnej machinie służby zdrowia.
- Myślę, że nasza współpraca układa się dobrze. Doszliśmy do pewnego porozumienia, może nie jest idealnie, ale biorąc pod uwagę inne szpitale jest nieźle. Pracownicy rozumieją, że im więcej będzie pacjentów, tym więcej pieniędzy otrzyma szpital. Wszyscy powinniśmy być zainteresowani, by pacjenci byli dobrze przyjmowani w szpitalu. Moim zadaniem jest ściągnięcie pieniędzy z kas chorych. Za rok 2000 i 2001 udało się i mam nadzieję, że za 2002 też się uda. Nadwyżka finansowa poza kontraktami za pierwsze półrocze wynosi 1.144 000 zł, mam nadzieję, że do końca roku te pieniądze otrzymamy. Jeżeli będziemy mieli pieniądze, wtedy będziemy mogli wypłacić nagrody czy premie pracownikom. Trudno dzielić coś, czego nie ma, czyli dzielić biedę.

Pensje w szpitalu zostały zamrożone, ale jak wyjaśnia dyrektor, wynika to z ustaw około budżetowych. W przyszłym roku też mają być zamrożone. Szpital wypłacił pracownikom zaległe 203 zł za rok 2001, zrobiło to tylko około 30 procent szpitali w Polsce. Jeśli chodzi o ten rok, szpital czeka na rozstrzygnięcie Trybunału Konstytucyjnego, który ma zdecydować, czy obowiązek wypłaty zaległych pieniędzy należy do kas chorych, czy pieniądze powinien wypłacić skarb państwa.
W wywiadzie radiowym dyrektor zapewnił, że pieniądze, które uda się uzyskać z nadwykonań zostaną wypłacone pracownikom, którzy nie powinni obawiać się, że przeznaczone będą na spłatę długów.
Zdaniem dyrektora długi szpitala nie są duże, jedyne zobowiązanie w tym roku to milionowy kredyt w banku. W roku poprzednim szpital spłacił dwumilionowy kredyt, a obecny nie musi zostać uregulowany w tym roku.

Plan finansowy dla szpitala zakłada, że będzie się bilansował, mimo straty, która za pierwsze półrocze wyniosła 360 tysięcy złotych. Gdyby szpital otrzymał pieniądze za nadwykonania miałby nadwyżkę, którą mógłby przeznaczyć na premie dla pracowników.
- Pracownicy nie powinni się obawiać - zapewnia dyrektor - że nadwyżkę pochłoną zobowiązania wobec dostawców. W wyniku prowadzonych negocjacji szpital uzyskuje korzystne terminy i warunki spłat. Udaje się nam negocjować dobre warunki. Trzeba mieć jednak świadomość, że sytuacja w służbie zdrowia w całej Polsce jest tragiczna, szpitale mają długi i nie są w stanie spłacać ich na bieżąco. Mamy poślizg dwu-trzymiesięczny jeśli chodzi o pewne płatności, ale płacimy. Może nie w terminie, ale płacimy. Biorąc pod uwagę inne szpitale w naszym rejonie, pozycja szpitala sochaczewskiego jest zupełnie inna.

Stosunki międzyludzkie to delikatna materia. Panuje opinia, że w szpitalu utworzyły się dwa obozy lekarzy: z Sochaczewa i tych spoza. Dyrektor pytany: czy jego zdaniem kadra lekarska powinna zostać wymieniona (w ostatnich latach w sochaczewskim szpitalu zatrudnieni zostali lekarze z Warszawy i okolic) odpowiada, że wymiana kadry to naturalny proces, jedni odchodzą, drudzy przychodzą.
- Rzeczywiście sporo lekarzy z okolic Warszawy podjęło pracę w szpitalu. Myślę, że ten proces odbywa się z korzyścią dla pacjentów. Trzeba mieć świadomość, że skoro otwieramy nowe poradnie specjalistyczne to pewnych specjalności w szpitalu brakuje, stąd potrzeba zatrudnienia nowych lekarzy. Trudności z rozpoczęciem specjalizacji są obecnie większe niż w latach minionych. Zdobycie określonej specjalizacji trwa pięć lat.
Zdaniem dyrektora, szpitala nie stać, by na pięć lat oddelegować lekarza dla zrobienia specjalizacji. Szpital musi realizować kontrakt podpisany z kasą chorych. Nie może czekać kilka lat aż wykształcą się specjaliści w danej dziedzinie. Musi sięgać po lekarzy z zewnątrz i to robi.
- Nie mamy specjalistów w zakresie tomografii komputerowej, ale nie możemy czekać i szkolić ich kilka lat, jeśli już są potrzebni.

Wielu lekarzy z Warszawy i okolic decyduje się na podjęcie pracy w sochaczewskim szpitalu. Jedni dojeżdżają, inni kupują mieszkania w Sochaczewie, jeszcze innym szpital pomógł w wynajęciu mieszkania. Do tej pory szpital współpracował z Wojskową Agencją Mieszkaniową, teraz ta współpraca została przerwana, ponieważ Agencja przeniosła swoja siedzibę do Płocka i dotychczasowe źródło mieszkań, jak mówi dyrektor, wyschło.

Lekarze chcą pracować w Sochaczewie, natomiast pielęgniarki przenoszą się do warszawskich klinik i instytutów zachęcane wyższymi zarobkami.
- Jest taka tendencja - potwierdza dyrektor. Pytanie, jak długo się utrzyma.
Pielęgniarki odchodzą z różnych powodów, niektóre ze względów rodzinnych zmieniają miejsce zamieszkania a więc i miejsce pracy. Niektóre ze względów finansowych. Skuszone wyższymi zarobkami w warszawskich klinikach decydują się dojeżdżać. Nie ma nic niebezpiecznego w tej tendencji - zapewnia dyrektor. To naturalny proces, który zachodzi w sąsiedztwie dużych metropolii. Niezależnie od tego, czy jest to Berlin, Paryż, Londyn czy Warszawa. Taka migracja występuje. Dla pacjenta nie jest istotne, czy leczy go lekarz warszawski, sochaczewski, czy amerykański, ale jak go leczy. Jeśli potrzebuje pomocy, powinien ją otrzymać, ponieważ jego zdrowie jest najważniejsze i to wydaje się oczywiste. Grażyna Gajda

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo e-Sochaczew.pl




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama