Od wielu tygodni śledzimy w mediach protest pielęgniarek i lekarzy i na pewno problemów całej służby zdrowia prędko się nie rozwiąże. Sochaczewski szpital i jego personel, w tym również pielęgniarki, nie biorą czynnego udziału w proteście, jednak trudno dziś przewidzieć, co stanie się, gdy on jeszcze się zaostrzy. O komentarz do całej sytuacji, z punktu widzenia sochaczewskiej pielęgniarki, poprosiliśmy Naczelną Pielęgniarkę naszego szpitala, mgr Wiesławę Załuską. Jak się mają coraz starsze sochaczewskie pielęgniarki Od razu pragnę sprostować – mówi Wiesława Załuska – nasze pielęgniarki i położne ze Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych brały udział w marszu protestacyjnym, który przerodził się w wielodniowy strajk okupacyjny i głodówkę. Brały udział w marszu, ale potem wróciły do domów i do pracy. Dziś czynnie nie protestują pod kancelarią premiera, ale żądania popierają, bo sytuacja pielęgniarek jest bardzo trudna. Wynika ona oczywiście z niedofinansowania ochrony zdrowia, bowiem w Polsce nakłady na ten ważny sektor wynoszą obecnie 720 dolarów na obywatela rocznie. Podczas gdy w sąsiednich Czechach są dwa razy wyższe, nie mówiąc już o bogatszych krajach europejskich. Po ostatnich 30-procentowych podwyżkach, które wprowadzone zostały pod koniec ubiegłego roku, średnia pensja pielęgniarki to 1500 zł brutto, plus dodatki. Protestujące pielęgniarki oczywiście domagają się wyższych uposażeń, i moim zdaniem słusznie. Warunki płacowe w pielęgniarstwie demotywują, wywołują frustrację i zniechęcają do zawodu nawet najbardziej zaangażowane pielęgniarki. Duże obciążenie fizyczne i psychiczne w pracy, niska pozycja w systemie, częste niedocenianie kompetencji oraz specyficzny charakter zawodu powodują, że profesja ta staje się zawodem deficytowym. Odczuwalne jest również zjawisko luki pokoleniowej wynikające z braku chętnych do kształcenia w tym kierunku oraz rezygnacji z wykonywania zawodu. Z danych rządowych wynika, że niedobór personelu pielęgniarskiego przekracza 70 tys. Niestety absolwenci studiów pielęgniarskich emigrują za granicę, przede wszystkim ze względów ekonomicznych, ale również niskiego prestiżu tego zawodu w Polsce. W Sochaczewie średnia wieku pielęgniarki to 43 lata. A przecież w tym wieku kobiety mają większe potrzeby rodzinne, bo dzieci są przeważnie na studiach. I trzeba sobie zadać pytanie: kto będzie pracował w szpitalu, kiedy nasze pielęgniarki odejdą na emerytury i renty? Trendy demograficzne, w tym przede wszystkim wzrastający odsetek ludzi powyżej 75 lat, jednoznacznie wskazują na wzrastające zapotrzebowanie na opiekę pielęgniarską. W sektorze ochrony zdrowia brak jest systemowych uregulowań określających priorytety dla pielęgniarek i położnych z perspektywy nie tylko ich potrzeb i interesów, ale również wzrastających potrzeb społeczeństwa. Taka polityka może doprowadzić do poważnych turbulencji w zapewnieniu profesjonalnej opieki pielęgniarskiej w szpitalach i emigracji zarobkowej. Z naszego szpitala dwie pielęgniarki wyjechały do pracy za granicę, natomiast w tym roku aż 18 złożyło wypowiedzenia, w większości odchodząc do pracy w konkurencyjnych szpitalach warszawskich, gdzie wynagrodzenia są znacznie wyższe. Aby pozyskać kadrę, a przede wszystkim utrzymać tę pracującą w naszym szpitalu i zapewnić opiekę pacjentom, podejmujemy różne działania w ramach szczupłych środków finansowych szpitala. Między innymi stwarzamy warunki do ciągłego podnoszenia kwalifikacji zawodowych, pozyskując dofinansowanie z Izb Pielęgniarskich, co zapewnia coraz wyższy poziom specjalistycznej wiedzy i umiejętności zawodowych naszych pielęgniarek i położnych. Tak naprawdę jedynie znaczący wzrost wynagrodzeń zatrzyma pielęgniarki w szpitalach i zwiększy zainteresowanie młodych ludzi tym zawodem. Mam nadzieję, że sytuacja polskich pielęgniarek się poprawi, dlatego zachęcam do podjęcia kształcenia w tym kierunku. Jest to piękny zawód, który pozwala nieść pomoc drugiemu człowiekowi, co przynosi wiele satysfakcji z jego wykonywania. W sochaczewskim szpitalu pracuje obecnie 211 pielęgniarek, opiekując się 350 pacjentami. Natomiast szpital w Stanach Zjednoczonych, obejmujący opieką podobny teren i porównywalną ilość pacjentów oraz łóżek do naszego, zatrudnia 800 pielęgniarek. To jaka tam musi być opieka?! Ale w USA przeznacza się na opiekę zdrowotną jednego obywatela 6 tys. dolarów rocznie (przypomnijmy, że u nas 720 dolarów). Nie szukajmy pieniędzy na służbę zdrowia w kieszeniach obywateli Decydenci powiadają, że nie ma na postulaty służby zdrowia pieniędzy. Myślę - kontynuuje Wiesława Załuska - że nie jest to do końca prawda, bo pieniądze są, choćby w budżecie państwa, czy w Narodowym Funduszu Zdrowia, tylko być może nie są właściwie rozdysponowane. W Polsce przeznacza się na ochronę zdrowia obywateli niecałe 4 proc. PKB środków publicznych. W Niemczech jest to 11 proc., we Francji 10,2 proc., Wielka Brytania, Węgry i Czechy – 8 proc. Polska jest pod tym względem w Unii Europejskiej na jednym z ostatnich miejsc. Ministerstwo straszy obywateli podniesieniem podatków, a ja myślę, że należałoby poszukać tych pieniędzy w budżecie, np. dofinansowując deficytowe specjalności: onkologiczną, kardiologiczną, rehabilitację, lateralną diagnostykę, opiekę paliatywną i długoterminową. Bo ten tort w jakiś sposób jest dzielony i należałoby te proporcje zmienić, abyśmy mogli leczyć i opiekować się chorymi na europejskim poziomie. Nie chodzi więc tylko o podwyżki płac, ale o zwiększenie świadczeń na ochronę zdrowia w ogóle. Szukać środków można wszędzie. Choćby kwestia refundacji leków. Obecnie ceny leków w Polsce są wyższe niż w Czechach, czy w Niemczech i wielu Polaków tam jeździ je kupować. Silne lobby farmaceutyczne w Polsce dyktuje ceny lekarstw, które muszą kupować szpitale i pacjenci. Z drugiej strony Narodowy Fundusz Zdrowia refunduje leki aptekom komercyjnym. Uważam więc, że polityka refundacji leków i w ogóle terapii lekowej jest nieusystematyzowana, a nawet, jak sądzę, wymknęła się spod kontroli, ponieważ nie ma skutecznych blokad legislacyjnych. Inny przykład: za lek, który kosztuje pacjenta 12,80 zł, NFZ płaci aptece 313,70 zł. Apteki otrzymują całą refundację za leki, natomiast szpitalom odmawia się zapłaty za tzw. nadwykonania, czyli za leczenie chorych, którzy tego potrzebują. W zeszłym roku nasz szpital nie otrzymał z NFZ za leczenie pacjentów w ramach nadwykonań ponad 2 mln zł, a całość zobowiązań Funduszu wobec szpitala wynosi 6 mln zł. Czy Fundusz winien jest coś którejś z aptek? Twierdzę więc, że z tego tortu Funduszu za dużo idzie na farmaceutyki i Ministerstwo Zdrowia powinno coś z tym zrobić. To tylko jeden przykład, a podobnych jest więcej, choćby rosnące środki na administrację państwową. Ciekawostką jest to, że są grupy zawodowe, które nie płacą składki zdrowotnej, np. około 2 mln rolników nie musi opłacać ubezpieczenia zdrowotnego. Prowadzący działalność gospodarczą też płacą relatywnie mało, bo często najniższe ubezpieczenie, czyli 190 zł i to niezależnie od przychodów. Mamy jednak nadzieję, że dojdzie wreszcie do zmian legislacyjnych i będą większe nakłady na ochronę zdrowia. Dzięki tej nadziei szpital nasz cały czas aktywnie pracuje i nie strajkuje. Nie trzeba też nigdzie pacjentów ewakuować, jak to miało miejsce w warszawskim szpitalu przy ul.Barskiej. Bo sytuacja, w której dochodzi do naruszenia bezpieczeństwa pacjenta, bardzo mi się nie podoba. Sądzę więc, iż bardzo dobrze się stało, że do Sochaczewa takie pomysły nie dotarły. Duża w tym zasługa autorytetu dyrektora, który nad wszystkim czuwa oraz racjonalizuje trudne sytuacje. Ostatnio mieliśmy przypadek, że mama jednej z naszych koleżanek ciężko zachorowała. Wykryto u niej nowotwór. Olbrzymie kłopoty miała jej córka, aby umieścić ją w którymś z warszawskich szpitali, ponieważ niezbędna była operacja w oddziale onkologicznym. Sytuacja, jaką mamy, staje się więc zbyt groźna dla chorych. Wysłuchał Sławomir Burzyński
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze