Reklama

Janina Szytenchelm - Gdy farmacja była siostrą medycyny

Tygodnik Ziemia Sochaczewska
04/12/2003 14:01
Pani Janina Szytenchelm do pracy w szpitalnej aptece przyszła w 1954 roku, mając 22 lata, tytuł magistra farmacji i w najbliższej perspektywie zamążpójście. Co prawda obowiązywały wtedy przydziały, ale ponieważ jako jedna z pierwszych uzyskała dyplom i miała poślubić sochaczewianina, udało się tu trafić, by zająć stanowisko kierownika apteki. Jak nam powiedziała, były to jeszcze czasy, kiedy farmacja była siostrą medycyny, a nie służącą.
Ze strychu na parter
Przez pierwsze dwa tygodnie pracy pani Janiny pomieszczenie apteczne mieściło się na strychu tzw. starego budynku szpitala przy ul.Staszica 39, który teraz zajmuje Caritas. Oprócz niej apteki było tam jeszcze laboratorium, krwiodawstwo i kaplica. Trudno zresztą nazwać pomieszczeniem maleńką klitkę bez dostępu do bieżącej wody, z niewielkim magazynkiem na wodę destylowaną, w którym znajdowała się umywalka pedałowa. Wodę przywoziło się z kotłowni Chemiteksu w Chodakowie w dużych balonach. Robił to pan Rydel niewielką furką zaprzęgniętą w jednego konia. Ta bardzo ważna wówczas furka służyła również do dowożenia leków i żywności do szpitalika, który mieścił się wtedy w domu doktora Ossowskiego, późniejszym Domu Partii. Usytuowano tam oddział dziecięcy. Królowały w nim doktor Bieguńska i Zalewska. Furką podróżowali również do szpitala i do dworca kolejowego lekarze i stażyści, gdyż wielu z nich mieszkało w Warszawie.
Potem, jak wspomina pani Janina, apteka „zjechała” do piwnicy, w bezpośrednie sąsiedztwo pralni. Dopiero, kiedy na drugi budynek szpitalny adaptowano w latach 1956/57 ten z naprzeciwka, prawie całą prawą stronę parteru zajęła apteka. Było to pomieszczenie „sławne”, bo przedtem urzędowało tam gestapo, potem zaś UB. Wszędzie znajdowały się kraty, od strony podwórka nie było okien, tylko malutkie okieneczka u góry i drzwi do cel okute blachą z judaszem. Trudno było pomalować to bardzo zdewastowane pomieszczenie, bo ciągle wychodziły czerwone plamy. Jak mówi pani Szytenchelm, wszyscy zastanawiali się czy to jakaś farba, czy krew. Pracownicy apteki, przenosząc się tu, cieszyli się, że mają teraz więcej miejsca, bo i potrzeba na płyny infuzyjne była większa, przybywało sprzętu, pojawił się destylator i redystylator. Zabrakło zaś p.Rydla, który zmarł i nie woził już destylowanej wody z Chodakowa.
Spartańskie czasy
„To były spartańskie czasy – wspomina pani Janina - Gdy pomyślę, na co my się wtedy porywaliśmy, to dziś włos mi się jeży na głowie. Płyny infuzyjne robiłam w pożyczonym od wojska autoklawie, który służył do ich wyjaławiania. Paliło się w nim, czym się dało: drzewem, węglem, skrzyniami po lekach. Autoklaw, to aparat wysokociśnieniowy, który potrzebuje specjalnego nadzoru. A ponieważ na początku takowoż nie było, to ja wyliczałam według tabeli temperaturę w zależności od ciśnienia. Robiłam kapilary ze szkła, umieszczałam w nich siarkę, kładłam do autoklawu i to był jedyny wskaźnik czy płyny są wyjałowione, czy nie. Czasem żartowaliśmy z ówczesnym dyrektorem, doktorem Warakomskim, czy nie spotkamy się w więzieniu. A potem pytał mnie – słuchaj, magistrówka, a ile ty możesz dziennie wyprodukować tych płynów? Wszyscy żyliśmy tam, jak w wielkiej rodzinie. W swojej pracy balansowaliśmy na krawędzi, ale wiedzieliśmy, że zawsze mamy na kogo liczyć, że zwierzchnik zrobi wszystko, aby było dobrze”.
W tych trudnych warunkach i szalonych czasach przy pierwszych przetaczaniach płynów pani Janinie towarzyszył dr Warakomski. Prosiła go, żeby pilnował wykonywania ich, ponieważ dreny nie były jednorazowe, przetaczało się nimi i płyny infuzyjne, i krew. Nie do dopuszczenia była sytuacja, aby w drenie po krwi przetoczyć płyn. Niestety, raz tak się zdarzyło. Pacjent miał wysoką temperaturę i kiedy pani Szytenchelm rozcięła dren, ujrzała cała mnóstwo „farfocli po krwi”. „Wtedy – wspomina pani Janina – siostra Rozalia nie rozmawiała ze mną przez dwa miesiące. Bo jak tu przyszłam do pracy, to wszystkimi oddziałowymi były siostry, oprócz ginekologii i położnictwa, gdzie królowała oddziałowa pielęgniarka Wanda Leszczyńska. Na oddziale chirurgicznym była siostra Rozalia, pomagała jej siostra Zofia. Na internie była s. Maria Haczyk z pomagającą jej s. Stanisławą, a na dziecięcym s. Jadwiga Żebrowska.
Wracając do apteki – kontynuuje pani Janina – miała ona wtedy zupełnie inne zadania. Tu ja czasem musiałam powiedzieć ordynatorowi, że łączenie pewnych leków daje interakcje w płynach, które podaje się do żyły. Albo, że nie wolno rozpuszczać aminophylin w glukozie, tylko w soli. Pamiętam, że o każdej porze dnia i nocy odbierałam telefony ze szpitala. Wciąż tam biegałam, dobrze chociaż, że mieszkałam niedaleko. Dla przykładu powiem, że tylko ja miałam książkę, która wyjaśniała, jak postępować w przypadku różnych zatruć. Wreszcie miałam dość i zostawiłam ją w szpitalu, gdzie niestety zginęła”.
Huzia na Józia
Ze wspomnień pani magister wynika, że kwitło w tych czasach w sochaczewskim szpitalu życie towarzyskie. Organizowano wycieczki, choinki dla personelu i dla dzieci, a nawet części artystyczne „ku czci”. W latach 1960-70 brali w nich udział lekarze, pielęgniarki, salowe, pracownice pralni, kuchni, którzy byli aktorami i śpiewakami w programach słowno-muzycznych. Pani Janina do dziś pamięta, jak z okazji Dnia Kobiet dr Pasiak recytował wierszyk „Huzia na Józia”. Bakcyl „siedział” zaś w aptece, toteż w jej bramie odbywały się owe akademie, które oglądał cały szpital oraz miejskie władze. W czasie przedstawień zgromadzeni usłyszeć mogli i „Elegię o śmierci Ludwika Waryńskiego”, i „Dziś do ciebie przyjść nie mogę”.
Zmieniali się dyrektorzy
W momencie zawitania do szpitala pani Janiny odszedł akurat doktor medycyny Jan Stankiewicz, a przyszedł Zbigniew Warakomski. Przez niego to pani Szytenchelm została w 1955 r. po raz pierwszy „odznaczona” tomikiem poezji Antoniego Słonimskiego. I nie ważne było to, że książki były wtedy tanie jak przysłowiowy barszcz, lecz zauważenie i docenienie jej ciężkiej i odpowiedzialnej pracy. Jak sama wspomina, nigdy nie miała szczęścia do pieniędzy, a do odznaczeń – owszem. Skromnie podkreśla, że nie wie, skąd się one brały i dlaczego je otrzymywała.
Dyrektorem, który nastał w latach 1958/59 był dr med. Konstanty Jaroszewicz. Pani Janina pamięta go jako wielkiego indywidualistę, za to bardzo uzdolnionego plastycznie. O talencie tego chirurga świadczyła jego książka operacyjna, w której bardzo obrazowo ilustrował szczegóły przeprowadzonych operacji. To był kolowy majstersztyk.
W latach 1963/64 szpitalem kierował dr Wacław Kliszcz, który, jak twierdzi pani Janina, bardzo zapisał się w jego historii. Przede wszystkim rozbudował on stary szpital w kierunku Chodakowa. Znany był również z tego, że dbał o załogę, a uzdolniony organizacyjnie, wszystko potrafił załatwić. Doprowadził do założenia w budynku szpitala przy ul.Staszica 84 centralnego ogrzewania. Wcześniej były tam piece, w których salowe paliły, nosząc z dołu na II piętro po dwa razy na dobę wiadra z węglem. Trudno było w tych warunkach utrzymać czystość, a i mogło dojść do zaczadzenia. Również ten szpital za jego szefowania został rozbudowany. „Dr Kliszcz – mówi pani Szytenchelm – to nie tylko wielki budowniczy, ale również fantastyczny człowiek, czuły na ludzką biedę. Kiedyś poszedł do jednej z naszych pielęgniarek. Gdy zobaczył, w jakich warunkach i nędzy ona żyje, w dwa miesiące załatwił jej mieszkanie”. Pani Janina twierdzi, że to taki, który wyszedł w tych samych spodniach, w których przyszedł. Po dyrektorze Kliszczu w 1967 r. przyszedł Bernard Kozłowski, a od 1 grudnia 1969 szpitalem kierował dr Marian Późniak.
Potem od roku 1972, a więc do powstania ZOZ-ów, dyrektorem był dr Tadeusz Ambroziak. Dodać tu należy, że zanim pojawiły się ZOZ-y szpital miał własną administrację, własny budżet, księgowych, kadrowych. Równocześnie z nim działał Wydział Zdrowia, do którego należały wszystkie przychodnie, ośrodki zdrowia, gabinety szkolne, lek. dentyści. Zmieniło się to wraz z nastaniem ZOZ-ów. Kolejnymi dyrektorami sochaczewskiego ZOZ-u byli dr Kazimierz Grzybowski i Izabella Kruczyk. Przez wiele lat dyrektorem ds. lecznictwa był dr Franciszek Pasiak, człowiek o ogromnej kulturze osobistej, specjalista chirurg, który cieszył się wielkim szacunkiem personelu i pacjentów. W 1995 r. dyrektor Anita Hofmeister przeniosła szpital do Gawłowa.
Lekarstwo na wszystko
„Wtedy nie było ani leków, ani pieniędzy na nie – wspomina pani Janina. W aptece robiliśmy po 1000 proszków dziennie. Pigułki, czopki, słowem – mnóstwo receptury. Nawet tabletki z żelazem nie było. Sypało się jedynie przyswajalne ferrum reductum. A ile dziecom na biegunki narobiliśmy calcium carbonicum, które sypało się w opłatki. Receptura w szpitalu zastępowała wszystkie specyfiki. A nawet wtedy, gdy już się one pojawiły, były bardzo drogie, toteż robiło się je dalej, żeby było taniej. To samo dotyczy płynów infuzyjnych, które w późnych latach sześćdziesiątych zaczęły produkować stacje krwiodawstwa.
Potem, swoimi ścieżkami, zdobywałam, co mogłam. Największą satysfakcją, jaką czerpałam wtedy z mojej pracy, było to, że nikt nie umarł z powodu braku leków. Zdarzył się taki przypadek, że pod Sochaczewem rozbili się jadący ze Szczytna milicjanci. Było ich czterech. Po dwóch dniach przyjechał profesor z ich kliniki, żeby zobaczyć, w jakim są stanie i czy można ich przetransportować. Już na miejscu stwierdził, że podawane są im leki, jakich nie posiada nawet apteka kliniczna. Nie zabrał żadnego z policjantów, zostali u nas”
Pani Janina podkreśla, że bardzo ważne były leki z darów, których na początku pacjenci nie chcieli stosować, bo nie znali jęz. francuskiego. Przychodziły one do sochaczewskiego szpitala dwa razy do roku z Francji. Kiedy nikomu w Polsce nie śniło się jeszcze o antybiotykach w zawiesinach, dzieci w Sochaczewie i okolicach już mogły z nich korzystać. Pediatrzy zakładali zeszyty, w których podpisywali się rodzice, że ich dziecko otrzymało ten lek bezpłatnie.
Pani Janina Szytenchelm odeszła na emeryturę w 1988 r. Do roku 1992 pracowała jeszcze w aptece z darami. Dziś bardzo ciepło wspomina tamte czasy, a przeglądając stare zdjęcia bezbłędnie wymienia nazwiska widniejących tam osób i o każdej ma coś do powiedzenia.
Małgorzata Pałuba
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo e-Sochaczew.pl




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama