Czegoś takiego już dawno nie widziałem. Na ostatniej sesji Rady Miasta przewodniczący rady Maciej Małecki powiedział, że nie wiedział nad czym głosował trzy tygodnie wcześniej. Kiedy stwierdzenie to padło pierwszy raz z ust przewodniczącego myślałem, że źle słyszę. Ale nie, Małecki kilka razy, głośno, z właściwą sobie emfazą powtórzył, że nie wiedział i że czuję się oszukany przez burmistrza. Chodziło o uchwałę, w której radni (niemalże jednogłośnie) zezwolili burmistrzowi na sprzedaż nieruchomości przy ulicy Fabrycznej 2, gdzie mieszczą się przychodnia i apteka. Małecki tłumaczył, iż nie wiedział, że z przychodni korzysta 5 tys. mieszkańców Boryszewa i okolic, a także, że najemcy mają podpisane umowy do 2011 roku. Co więcej, radny zaproponował, aby na następnej sesji uchwałę odwołać (sic!). Chciałem zadać przewodniczącemu pytanie czy wiedza o tym, nad czym się głosuje, jest dobrą wolą radnego, czy może jego obowiązkiem. Czy 1,7 tys. zł za pełnienie funkcji przewodniczącego plus 100 zł za każdą sesję to zbyt mało, aby radny wiedział, nad czym głosuje. Jak również, czy radny mieszka może w Warszawie albo Krakowie. Zdumienie odebrało mi mowę. Uzasadnienie, które burmistrz dołączył do proponowanej uchwały było rzeczywiście krótkie. Ale czy obowiązuje zakaz, aby radni we własnym zakresie dowiadywali wszelkich okoliczności faktycznych związanych z uchwałami? Mają po temu możliwości i prawne, i faktyczne. Jest jednak inaczej. Duża część radnych traktuje sprawowanie mandatu, jak pracę w amerykańskim sądzie przysięgłych, gdzie decyduje się tylko o winie lub jej braku. Podobnie zresztą podchodzą do jakichkolwiek (dobrych czy złych) propozycji burmistrza. Tak na przykład radny Żyżyński podkreślał, że rada jest tylko organem stanowiącym. Święta prawda, ale czy to znaczy, że nie jest odpowiedzialna za losy miasta? Czy to zwalnia radnych, a w szczególności jej przewodniczącego, od przestudiowania wnikliwie każdej uchwały, jaką się rozpatruje? Znamienne, że radni jakby z założenia nieufnie spoglądają na propozycję uchwał, ale tym razem Małecki uwierzył burmistrzowi niemalże na słowo. Anglicy użyliby tu określenia „pure nonsens”. Zresztą, rozumiem rozgoryczenie przewodniczącego. Uchwała przegłosowana, a tu ludzie protestują. „Zostałem oszukany” - odpowiada. Ja mogę jedynie domniemywać, że gdyby nie owe 5 tys. wyborców, Małecki nie proponowałby jej odwołania. Do wyborów przecież coraz bliżej. Natomiast jestem głęboko przekonany, że jeśli za nasze pieniądze zasiada się w radzie, to jest się do czegoś zobowiązanym. To coś, to praca, nie tylko podnoszenie i opuszczanie rąk. Jeśli radny miałby choć cień wątpliwości, to powinien je rozwiać i powziąć szerszą wiedzę. Okazało się jednak, że przewodniczący nic o przychodni nie wiedział. A tak naprawdę to burmistrz nie musi dołączać książki do każdej propozycji uchwały tylko po to, żeby radnego zwolnić z samodzielnego zapoznania się z sytuacją. Można by zresztą usprawiedliwić Małeckiego, gdyby podłożono mu jakieś fałszywe dane, jakieś tomiszcza niezrozumiałych sprawozdań finansowych, ale tu chodziło o przychodnię w dużej dzielnicy miasta! Miejscem, gdzie radni mogą zasięgnąć informacji na każdy temat, są komisje szczegółowo rozpatrujące wszystkie sprawy. Jednak jeśli Maciej Małecki naprawdę tego nie wie, i nie może się sam dowiedzieć, to może warto kupić kilka maszyn do głosowania. Można zaprogramować losowo, a nawet wpisać do programu skręt w stronę którejś z opcji. Na pewno będzie taniej. Aha, jeszcze coś, jeśli przewodniczący będzie proponował zmianę każdej uchwały za którą głosował, to dobrze to miastu nie wróży.
Andrzej Gąsiorowski
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze