Reklama

Ostatecznością będzie odejście z pracy

Tygodnik Ziemia Sochaczewska
16/05/2006 13:26
O proteście lekarzy mówi dziś cała Polska. My również kilka tygodni temu opisywaliśmy akcję protestacyjną w sochaczewskim szpitalu polegającą na braniu przez lekarzy i pielęgniarki jednodniowego urlopu na żądanie. Informowaliśmy również o dalszych planach protestacyjnych środowiska lekarskiego. Była tam mowa także o demonstracjach ulicznych, do których doszło w środę 10 maja w Warszawie. W wielotysięcznej manifestacji brała udział również delegacja z naszego szpitala. Rozmawiamy z jedną z jej uczestniczek dr Elżbietą Matuszewską-Woźnicą, ordynatorem Oddziału Dziecięcego i miejską radną.
- Środowa manifestacja była chyba pierwszym na taką skalę protestem lekarzy w naszym kraju.
- Być może, ale przecież te problemy pojawiają się już od kilku lat. Wszyscy pamiętamy strajk pielęgniarek pod budynkiem Sejmu, nawet spędzały one tam Wigilię. I szczerze mówiąc myślę, że od tamtej pory nic się nie zmieniło. Zarobki bowiem w służbie zdrowia nadal są kiepskie. Również system się nie poprawił, zmieniono bowiem tylko Kasy Chorych na Narodowy Fundusz Zdrowia. Jedyny plus to fakt, że pieniądze na leczenie zostały wyodrębnione z budżetu i teraz wiadomo, ile ich jest, chociaż wiadomo też, że jest ich za mało. Tak więc w środę do Warszawy przyjechała oznajmić władzom swoje rozczarowanie reprezentacja służby zdrowia z całej Polski. Demonstracja była zorganizowana w ten sposób, że na czele szły reprezentacje organizacji związkowych i samorządowych, a dalej pogrupowani zostaliśmy regionami. Mazowsze znalazło się bliżej końca. Byłam zdziwiona i wzruszona ilością osób, które przyjechały nieraz z samych krańców Polski.
- Proszę opowiedzieć, jak przebiegała demonstracja, do jakich miejsc dotarła i z jakim skutkiem.
- Zgromadziliśmy się na Placu Zamkowym, skąd wyruszyliśmy najpierw pod gmach Ministerstwa Finansów. Tam przedstawiciele poszczególnych regionów złożyli petycje z naszymi żądaniami. Zostały one przyjęte, ale od razu usłyszeliśmy, że będzie trudno, bo pieniędzy nie ma. Później na dłużej zatrzymaliśmy się przed Sejmem, bowiem pan marszałek Jurek kazał na siebie czekać pół godziny. A potem, krótko rozmawiając z przedstawicielami demonstrujących, cały czas zerkał na zegarek. Stwierdził, że posłowie przygotowani są do przełożonej debaty o służbie zdrowia, która miała odbyć się właśnie w środę. Ostatnim adresem demonstracji była siedziba Rady Ministrów w Al. Ujazdowskich. Wyszedł do nas premier Kazimierz Marcinkiewicz i obiecał, że rząd przyjrzy się tej sprawie, ale od razu dodał, ze być może uda się pomóc tylko tym naprawdę najbiedniejszym. Cóż to jednak ma naprawdę znaczyć, nikt z nas nie wie.
- Sądzi pani, że ten uliczny protest przyniesie skutek?
- Niestety nie, myślę, że realnie on nic nie zmieni. To tylko manifestacja determinacji środowiska lekarskiego i w ogóle służby zdrowia. Organizatorzy mówili wprost, że więcej takiego protestu organizować nie będziemy. Nie chcemy bowiem „na kolanach” prosić, by władze zechciały nas wysłuchać.
- Co będzie wobec tego dalej? Jak zamierzacie, mimo wszystko, zainteresować swoimi problemami rządzących?
- Przede wszystkim trzeba poczekać na sejmową debatę, aby przekonać się, jakie decyzje zapadną. Jednak zgodnie z harmonogramem, następnym etapem będzie strajk generalny, który podejmują już niektóre regiony. Dzień przed demonstracją w Warszawie strajk taki rozpoczęli lekarze z województwa łódzkiego, którzy pracują tak, jak na ostrym dyżurze, zapewniając jedynie doraźną pomoc w sytuacjach nagłych.
- No właśnie, wiele się pisze w ostatnich dniach o postawie lekarzy. Niektórzy piętnują ich za to, że strajkują w szpitalach, zaś po wyjściu z pracy przyjmują pacjentów za pieniądze w prywatnych przychodniach. Co pani o tym sądzi?
- No cóż, zacznijmy od tego, że lekarze to generalnie humaniści. Uczy się ich zrozumienia drugiego człowieka i to jest najważniejszy chyba cel, oprócz leczenia, jaki tej pracy przyświeca. Dlatego nie potrafimy wymusić siłą na władzy, jak inne grupy zawodowe, swoich postulatów. Zmuszeni więc zostaliśmy do zastosowania innych środków. Zastanówmy się też, czy znajdziemy etykę wśród decydentów, którzy traktują lekarzy z lekceważeniem. Nieprawdą jest też, że chodzi nam tylko o podwyżki. Chodzi o zmianę systemu w ogóle, czyli o wzrost nakładów na służbę zdrowia, wzrost do 6 proc. produktu krajowego brutto i uporządkowanie całej struktury medycznej w Polsce.
Kiedy ja zdawałam na studia, mój tata powiedział: - Słuchaj dziecko, jest to piękny zawód, ale bardzo trudny. Będziesz musiała wiele wycierpieć, bo takiej pracy trzeba się poświęcić. Ja jednak myślałam wówczas również o tym, że gdy skończę te studia, będzie mi się lepiej żyło, niż moim rodzicom którzy musieli bardzo ciężko pracować. A teraz, gdy już jestem chyba w drugiej połowie swojej kariery zawodowej, to myślę, że perspektywa poprawy mojego bytu jest bardzo mizerna. Przecież na środowej demonstracji padały takie głosy: - Chcemy zarabiać tyle, ile kierowca w Narodowym Funduszu Zdrowia. Bo tam kierowca odbiera podobno 2,5 tys. zł, a ja, będąc ordynatorem oddziału, ze stażem 23-letnim, nie mam nawet takiej pensji brutto.
- Jakie więc widzi pani rozwiązanie, aby jednak ta perspektywa jeszcze była? Co należałoby zrobić?
- Jak myślę, metoda jest jedna, należy zwiększyć nakłady na służbę zdrowia. Bo nie wyobrażam sobie, by teraz minister narzucił dyrektorom ZOZ-ów, że mają nam wypłacić pieniądze. Byłaby to kolejna ustawa 203. W placówkach służby zdrowia bowiem pieniędzy nie ma.
- Na koniec chciałbym, abyśmy wrócili jeszcze na chwilę do tych kolejnych kroków, jakie planują protestujący. Co nas może czekać w najbliższych tygodniach i miesiącach?
- Rozważane jest wypowiedzenie umów z ZUS-em, aby nie wypisywać druków L-4. Niestety, byłoby to dotkliwe dla pacjentów, więc należy się nad tym jeszcze zastanowić. To jest pewna ostateczność. Kolejną formą protestu miałoby być nie wypisywanie recept na drukach paskowych, co wiązałoby się z pełną odpłatnością za leki. Trzecia forma to strajk generalny, czyli, że wszystkie szpitale publiczne w kraju pracują w systemie ostrodyżurowym, zaś na oddziałach załatwia się tylko najpilniejsze sprawy. Ostatni etap to składanie wypowiedzeń z pracy. I boję się, że jeśli nadal ten protest będzie traktowany tak, jak potraktowany został środowy marsz, to do składania wypowiedzeń może dojść. I to planowane jest już na czerwiec.
Chciałabym jeszcze dodać, że wszystkie te formy protestu są oczywiście dotkliwe dla pacjentów, ale również bardzo trudne dla nas. Bo jak powiedzieć niezamożnej matce chorego dziecka, że musi zapłacić pełną sumę za leki albo, w przypadku strajku, nie przyjąć kogoś na oddział? Dlatego ja osobiście, wolałabym już od razu się zwolnić.
Rozmawiał
Sławomir Burzyński
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    Diego 2006-05-16 15:03:41

    Mając spore doświadczenie w kontaktach z niektórymi lekarzami z Sochaczewskiego Szpitala musze przyznać, że ich zwolnienie z pracy powinno odbyć się już dawno i to dyscyplinarnie !

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo e-Sochaczew.pl




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama