Reklama

Szpital w karetce

Tygodnik Ziemia Sochaczewska
26/02/2008 11:24
Szpital sochaczewski, tak jak cała polska służba zdrowia, przeżywa kłopoty, staramy się więc informować czytelników na bieżąco o sytuacji w naszej największej placówce zdrowia. Kłopoty w funkcjonowaniu oddziału ginekologiczno-położniczego przedstawiła na naszych łamach ordynator dr Bożena Papierowska. Relacjonowaliśmy też dramatyczny moment na oddziale pediatrycznym i noworodkowym pani ordynator dr Elżbiety Matuszewskiej-Woźnicy, który mógł się zakończyć jego likwidacją, i ciągle to niebezpieczeństwo istnieje. W kolejnym tygodniu wypowiadał się w „Ziemi Sochaczewskiej” wicedyrektor szpitala do spraw medycznych dr Piotr Szenk, który zapewniał, że dyrekcja zrobi wszystko, aby środki na poprawę sytuacji kadrowej w szpitalu się znalazły. Tydzień temu odwiedziliśmy szpitalną rehabilitację, by wyjaśnić mieszkańcom, skąd biorą się tak długie, bo kilkumiesięczne terminy oczekiwania na przepisane przez lekarza zabiegi. Dziś natomiast rozmawiamy z dr. Pawłem Piątkiewiczem, szefem SOR-u, Szpitalnego Oddziału Ratunkowego.
Kłopoty kadrowe są jak wszędzie
Jak twierdzi dr Piątkiewicz, również na SOR-ze były i są kłopoty kadrowe. Po pierwsze nie ma tu pełnej obsady etatowej, więc oddział opiera się na pracy lekarzy z innych szpitalnych oddziałów. Przede wszystkim chirurgii i oddziału wewnętrznego. Głównie biorą oni dyżury na oddziale, ale niektórzy jeżdżą też w karetkach. Z powodu braku lekarzy jeden zespół ratowniczy, od nowego roku, w całości skompletowany jest wyłącznie z ratowników medycznych, czyli osób wyszkolonych do udzielania pomocy ludziom, którzy znajdują się w stanie zagrożenia życia, nie posiadających jednak uprawnień i wiedzy dyplomowanego lekarza. Ta sytuacja sprawia, że zdarza się, iż lekarz na SOR-ze dyżuruje 2-3 doby pod rząd.
Dyrektor Piątkiewicz jest przekonany, że kłopoty z obsadą lekarską to nie tylko problem natury finansowej, ale również wynik dziury specjalizacyjnej w służbie zdrowia w Polsce. Przez jakiś czas bowiem specjalizacje były wstrzymane, ze względu na przechodzenie na nowy 6-letni system ich uzyskiwania. Jest więc kilkuletnia luka w kształceniu specjalistów, a to bardzo dużo. Inna przyczyna to masowe wyjazdy lekarzy do pracy na Zachód. Bo kandydatów na akademie medyczne nadal jest wielu, ale z tego co się czyta, około połowa z nich już na studiach deklaruje, że opuści nasz kraj. „Na dodatek - mówi dr Paweł Piątkiewicz - oddział ratunkowy ma wyjątkową sytuację, pracujący tu ludzie muszą bowiem spełniać kryteria, których wymaga Narodowy Fundusz Zdrowia. Nie można osoby, która jest na stażu lub świeżo po nim, wpuścić do specjalistycznej karetki, bądź do oddziału ratunkowego. Taka osoba musi pracować najpierw kilka lat w tym systemie, lub mieć otwartą specjalizację z medycyny ratunkowej, anestezjologii, bądź z chirurgii. Bo medycyna ratunkowa w ostatnich latach zmieniła się bardzo. Nie widzimy już w karetce pana doktora w wykrochmalonym fartuchu, muszą to być wykwalifikowani fachowcy właśnie od ratownictwa medycznego. Powinni umieć posługiwać się często bardzo specjalistycznym sprzętem. Czasy, kiedy karetka brała chorego na nosze i wiozła do szpitala, by tam się ktoś nim zajął, bezpowrotnie mijają. Dziś karetka to mały szpital na kółkach, gdzie można przeprowadzać skomplikowane badania a nawet zabiegi operacyjne. Nowoczesna karetka to taki mały OIOM.”
Karetki z najwyższej półki
Szpitalnemu Oddziałowi Ratunkowemu od pewnego czasu przybyły dwie nowe, znakomicie wyposażone, karetki. Pieniądze na nie znalazły się w ramach tzw. komponentu G, którym dysponuje Urząd Wojewódzki, dołożył się także do tego zakupu Marszałek Województwa. W grudniu pojawiły się więc w naszym szpitalu te dwie najwyższej klasy karetki, zbudowane na bazie mercedesa, a w tej chwili ogłoszone są przetargi na zakup kolejnej.
Z czterech karetek, którymi do tej pory dysponował SOR, jak twierdzi dr Piątkieiwcz, dwie zostaną sprzedane, zaś dwie pozostaną w rezerwie. Karetka, którą swego czasu szpital otrzymał od Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, bardzo charakterystyczna - z dużym sercem Orkiestry na masce, będzie jeszcze jakiś czas służyła, bo jest świeżo po remoncie, ale, jak planuje szef SOR-u, może w przyszłym roku, w ramach kolejnej akcji WOŚP, szpital wystawi ją na aukcję, aby wylicytowaną sumę przekazać na Orkiestrę. „Jest to dar całego społeczeństwa, więc myślę, że niehonorowo byłoby sprzedać go i pieniądze zatrzymać dla siebie. A tak, pieniądze te mogą zasilić zakup potrzebnych sprzętów dla któregoś ze szpitali” – mówi dr Paweł Piątkiewicz.
Nowo zakupione karetki to zdaniem szefa SOR-u naprawdę sprzęt najwyższej światowej jakości. Mają oryginalne rozwiązania techniczne, umożliwiające transport pacjentów w bardzo ciężkich stanach i posiadają wiele specjalistycznego sprzętu. Jak choćby defibrylator, czyli urządzenie do pobudzania elektrycznego zatrzymanego serca i monitorowania parametrów życiowych, czy przenośne EKG. Uzyskane dane można bezpośrednio z karetki wytransmitować do szpitala, do którego ma trafić pacjent.
Pacjent w drodze
„Często jest tak, że pacjent zabrany do karetki w ogóle nie trafia do naszego szpitala, tylko po odpowiednich zabiegach i badaniach w tymże samochodzie, przekazywany jest drogą lotniczą do wyspecjalizowanych ośrodków – mówi dr Piątkiewicz. Bywa, że śmigłowiec zabiera pacjenta bezpośrednio z miejsca wypadku, lub podwozimy go karetką na szpitalne lądowisko. Fakt, że tak często lądują u nas śmigłowce, wynika z naszej wyjątkowo dobrej współpracy z Lotniczym Pogotowiem Ratunkowym. Najczęściej są to jednak przypadki ostrych schorzeń kardiologicznych. Według nowych procedur bowiem, takie przypadki nie powinny być leczone poza ośrodkami hemodynamiki, a ponieważ szpital w Sochaczewie nie posiada takiej pracowni, z racji swojej struktury i tego, że cena jej kształtuje się w granicach 7 mln euro, staramy się takich pacjentów jak najszybciej skierować do ośrodka, który taką pracownią dysponuje. W międzyczasie, już w karetce, przygotowujemy pacjenta, by ułatwić kardiochirurgom interwencję w obrębie naczyń wieńcowych, a więc pacjent trafia na stół operacyjny już częściowo udrożniony farmakologicznie przez nasz zespół i tam jest dokonywana reszta”.
Dzięki temu nowoczesnemu systemowi wzrasta rozpoznawalność ostrych schorzeń wieńcowych. W ostatnich latach kilkukrotnie wzrosła w Sochaczewie ilość pacjentów z takimi przypadkami, którzy trafili do ośrodków hemodynamiki.
Mamy społeczność hipochondryczną
Największym problemem SOR-u, jak twierdzi jego szef, są jednak nieuzasadnione wezwania, oddział ratunkowy nie jest jego zdaniem od tego, żeby jeździł do bolących pleców czy wysokiej gorączki. Dyspozytor ma za zadanie wysyłać karetki przede wszystkim do przypadków cięższych. Na przykład wypadki komunikacyjne, wypadki przy pracy, nagłe utraty przytomności, bóle w klatce piersiowej, oparzenia, porażenia prądem, topienie się, zachłyśnięcie, zatrucia, czy padaczka, a więc stany zagrożenia życia. Natomiast w praktyce aż 80 proc. pacjentów SOR-u nie powinno tu w ogóle trafić. „Często bywa, że człowiek przewróci się, zbije sobie palec i zjawia się na oddziale ratunkowym. A powinien iść do lekarza rodzinnego, który da skierowanie na rentgen, opatrzy go i przepisze lek. W ten sposób, przez nasz oddział, przewija się rocznie około 40 tys. osób, czyli można by pomyśleć, że każdy sochaczewianin był w stanie zagrożenia życia w ubiegłym roku. Może więc należałoby ogłosić jakiś stan klęski zdrowotnej. Ostatnio przyszedł do nas pan, który został polizany przez psa i nie był pewien, czy pies nie był wściekły… Potrzebna jest więc zmiana ludzkiej mentalności, bowiem sochaczewski oddział ratunkowy jest na ryczałcie, a przez takie zachowania pacjentów ryczałtu tego nie wystarcza na pokrycie potrzeb. Codziennie szpital dopłaca około tysiąca złotych do SOR-u. Ponadto, jeśli obciąża się ten skromny ilościowo personel medyczny setką pacjentów w ciągu doby, to nikt tego nie wytrzyma.”
Mamy jednak złą wiadomość dla hipochondryków w Sochaczewie i okolicy. SOR ma teraz prawo wystawić wzywającemu fakturę, jeśli lekarz oceni, że wezwanie było nieuzasadnione. A są to niebagatelne pieniądze, bo wyjazd karetki kosztuje blisko 400 zł, ale dodając inne koszty, które mogą się pojawić, to za „R” można zapłacić nawet 2,5 tys. zł! I trzeba się liczyć z tym, że będziemy musieli zapłacić, są to bowiem koszty ściągane przez Sąd Grodzki. Nieuzasadnione wezwanie jest dziś bowiem traktowane jako nadużycie systemu krajowego ratownictwa medycznego. I to sprawia, że dyspozytor, oceniając sytuację, może nawet odmówić wysłania karetki.
Sławomir Burzyński
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    Trol 2008-03-03 11:33:01

    Bój się pacjencie Pan Doktor Cię ukaże za to, że nie kończyłeś studiów medycznych i nie potrafisz określić swojego stanu zdrowia, i ośmieliłeś się zawrócić głowę Panu Doktorowi w pracy.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo e-Sochaczew.pl




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama