W tym roku na Bzurze... najsłynniejszy polski czołg
Tygodnik Echo Powiatu
23/08/2006 09:23
Dwa tygodnie temu Jacek Haber był na antenie radia Fama gościem Kulturalnego Programu Muzycznego. Jako współorganizator inscenizacji historycznej „Bzura 2006” opowiadał słuchaczom o tym, jaka będzie tegoroczna bitwa. Oto druga część rozmowy.
- Na portalu Polonia Militaris co jakiś czas pojawia się wizja odrestaurowania, czy zbudowania słynnego polskiego czołgu „7 TP”, czy równie znanego samolotu bombowego „Łoś” Kiedy nareszcie się tego doczekamy? - Ten czołg pojawi się jeszcze w tym roku. Co prawda nie będzie jeszcze cały, ale ważne jest to, że jest to rekonstrukcja oryginału na podstawie znalezionych w ziemi fragmentów. Nasz kolega Grzegorz Klimczuk buduje czołg i to, co uda mu się stworzyć do 17 września chcemy pokazać miłośnikom polskiej broni pancernej. Będzie to cały kadłub pojazdu i wieża, ale czołg jeszcze nie ma układu jezdnego i sam nie jeździ. - Powiem rzecz banalną. Obejrzałem już dwie inscenizacje i zawsze największe wrażenie robiła na mnie szarża ułanów. Po prostu włosy stają dęba na głowie. Jak to wyglądało naprawdę, czy w 1939 r. robiło to podobne wrażenie na Niemcach? - Mnie też się włos jeży na głowie, ale głównie dlatego, że to najtrudniejszy i najniebezpieczniejszy element spektaklu. A co do historii, takie szarże w kampanii wrześniowej były właściwie tylko dwie. Pierwszy raz 1 września pod Krojantami, gdzie ułani napadli na biwakujących Niemców 3 dywizji pancernej i w zasadzie uderzenie zakończyło się sukcesem, bo wróg został rozbity, natomiast straty były duże. Drugi raz miało to miejsce 19 września w nocy pod Wólką Węglową, kiedy przebijające się przez Puszczę Kampinoską oddziały grupy generała Abrahama wyszły pod Łomiankami na przedpola Warszawy i tam napotkały oddziały niemieckie. 14 Pułk Ułanów Jałowieckich przebił się szarżą przez linię wroga i otworzył drogę do Warszawy dla całej grupy kawalerii. Ta szarża zakończyła się dużym sukcesem, a straty były nieliczne. - Ale bohaterstwo żołnierzy września było czymś wielkim. Jak to się działo, że prości ludzie walczyli za tę II Rzeczpospolitą tak ofiarnie? - Nie wiem, jak to się działo, ale prosty żołnierz rzeczywiście miał za punkt honoru nie poddać się wrogowi. Znamienne są opisy niemieckie polskich ataków na bagnety. Niemcy byli nafaszerowani bronią maszynową, lekkimi pojazdami pancernymi, a zdarzało się, że polski batalion, czasami pułk atakował takie oddziały na bagnety. Niemcy się tego panicznie bali. Czasami całe jednostki oddawały pole widząc polskich żołnierzy atakujących na bagnety. - Obejrzymy już szóstą inscenizację, pamiętasz jeszcze początki? - Oczywiście, to był 2002 rok. Mało kto w Polsce myślał o zrobieniu na żywo bitwy z II wojny światowej na żywo. Zebrało się nas trzydziestu. Do dyspozycji mieliśmy 30 wypożyczonych mundurów, tylko Paweł Rożdżestwieński i Marek Babulewicz mieli własne, a prócz tego mój samochód pancerny wz. 34 i działko z Lipiec Reymontowskich. Ale... nie było Niemców, nikt nawet o tym wtedy nie myślał, bo nikt nie wierzył, że to w ogóle wyjdzie. Spotkaliśmy się na moście w Witkowicach, całą sobotę lał rzęsisty deszcz, a cała inscenizacja trwała 20 minut i był to po prostu atak na krzaki. Teraz jest potężne widowisko, a rekonstruktorzy są coraz lepszymi aktorami. Niektórych mógłby z powodzeniem zatrudnić Spielberg na planie Szeregowca Ryan’a. Zapraszamy na nie w dniach 16 i 17 września! - Dziękuję za rozmowę.
rozm. Andrzej Gąsiorowski
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze