Reklama

Z pamiętnika Bitka II

Tygodnik Echo Powiatu
18/06/2007 14:51
Kontynuujemy publikację wspomnień Wojciecha Pioruna (1900 - 1983) - dowódcy II plutonu VI kompanii IV batalionu AK obwodu „Skowronek”.

Pamiętnik mojego pradziadka obejmuje lata 1900-45. Jednak skupia się on w nim głównie na swojej działalności w AK i pobycie w obozach: Oświęcimiu, Mauthausen i Linz. Wspomnienia te wraz z nim spisała jego córka Czesława Maria Bugaj, i to właśnie dzięki jej uprzejmości możemy je publikować.

Część piętnasta

W obozie przestano nas bić i prześladować z byle powodu. Na drzwiach każdego bloku zawieszono tablicę z napisem: „Zabrania się wszystkim władzom obozowym bicia więźniów na terenie obozu i wczasie pracy, to samo obowiązuje blokowych i kapo. W razie nieprzestrzegania powyższych przepisów - dla winnych zastosowane będą kary dyscyplinarne”. Tekst podpisany był przez ministra Spraw Wewnętrznych III Rzeszy.
Raz kapo Wencel podczas pracy uderzył Józefa Nowaka, ten oddał mu tak, że tamten aż poleciał na ziemię, a był to ciężarowiec ważący 100 kg. Za karę Nowakowi kazano stać przez 2 godziny na baczność - gdyby nie oddał Wencelowi, stałby tamten. Nowak stał się bohaterem.
Pewnej niedzieli Adam zorganizował po raz pierwszy mecz bokserski. Zgłosili się Niemcy, 2 Jugosłowian i Włoch. Adam sędziował. Najlepsi okazali się Niemcy, a wśród nich Miller. Nowak zgłosił się do walki z nim. Po przerwie wszyscy przyszli zobaczyć tę walkę. Blok był wypełniony po brzegi. Pierwsza runda należała do Millera, pod koniec drugiej leżał już na deskach. Nowak walczył później z drugim Niemcem. Po kilku ciosach także i on leżał na deskach.. Walka zakończyła się całkowitym zwycięstwem Polaka.

W dniu 25 lipca 1944 roku podczas pracy usłyszeliśmy syreny. Był to pierwszy duży nalot samolotowy na Linz. Megafony wzywały ludność niemiecką do zejścia do schronów. Było słychać szum poderwanych samolotów z pobliskiego lotniska. Nad nami rozszalało się piekło. Z jednej strony warkot silników, z drugiej dudnienie wystrzałów artyleryjskich. Samoloty alianckie leciały bardzo wysoko, ledwo je było widać. Leciały w zwartym szyku, nie zwracając uwagi na lecące do nich pociski. Bombowce były olbrzymie, osłaniały je ze wszystkich stron myśliwce. Niemcy w końcu zaczęli czuć strach. Aliancki atak na wroga był dla nas wielką radością. Po jakimś czasie usłyszeliśmy olbrzymie detonacje zrzucanych bomb. Bomby spadały coraz bliżej od nas. Komandofuhrer był przerażony, biegał i krzyczal na nas. Zarządził zbiórkę. Poprowadził nas do elektrowni, tam po podniesieniu betonowej płyty zeszliśmy na dół po metalowej drabinie. Ostatni wchodzący SS przymknęli płytę.
Był to długi wybetonowany kanał. Paliły się żarówki. Było tam bardzo ciasno. Słychać było zbliżające się samoloty. Gdzieś blisko spadły bomby, tak, że aż zatrzęsły się mury w podziemiu. Cały alarm trwał 2 godziny. Gdy wracaliśmy do obozu po drodze widzieliśmy całe rumowisko gruzów. Hale fabryczne i nasz obóz został doszczętnie zniszczony. Ani jeden blok się nie ostał. Polecono nam wydobyć spod gruzów tych, którzy nie zdążyli uciec. Wyciągnnęliśmy martwego naszego blokowego Hermana. Trochę było go żal, nie był zły, nie krzyczał i nie bił nas. W całym obozie wyciągnięto około sto ciał. Weszliśmy do magazynów paczek, ale tam już nic nie było. Więźniowie, którzy pierwsi tu dotarli, zagarnęli nasze skarby.
Około 15 znowu nadleciały 2 myśliwce i rozrzuciły ulotki, ale nikt z nas nie potrafił ich odczytać. Tym razem artyleria nie odezwała się. Jak się póżniej okazało została doszczętnie rozbita. Tak przeżyliśmy pierwsze dywanowe naloty w Austrii. Tego dnia byliśmy głodni. Obiadu nie dostaliśmy, bo kuchnia było zniszczona, a nasze paczki zniknęły. Jednak nie przejmowaliśmy się tym zbytnio - tego dnia wstąpiła w nas nadzieja, że dzień naszej wolności jest już blisko. Żal nam było jednak zabitych. nie dane im było powrócić do rodzin, nikt z bliskich nie zapali na ich grobach świeczek. To było straszne.

Komendant zabrał nas wszystkich do obozu nr 3 położonego pod lasem, między dwiema rzekami. Do obozu można było przejść tylko przez most. Rzeką Emsą transportowane były z fabryki czołgi, samoloty i broń. Dojście do obozu obstawione było przez ukrytych w pojedyńczych bunkrach SS, rozstawionych po całym terenie. Wartownik bez przerwy był na straży. Bez przepustki nie wpuszczał nikogo. Nas pozostawiono na łące przed obozem i tam na murawie spaliśmy bez okrycia. Na drugi dzień zajęliśmy miejsca w obozie. Mnie razem z najbliższymi kolegami przydzielono do I sztuby bloku nr. 7. Wydano nam płaszcze i po dwa koce. Następnego dnia normalnie już poszliśmy do pracy, jednak nie popracowaliśmy zbyt długo, ponieważ znowu ogloszono alarm. Skryliśmy się w kanałach. Nad nami było słychać rumor. Bliskie detonacje. Ogarnął nas strach. Nie chcieliśmy mieć wspólnej mogiły z SS w kanale. Po odwołaniu alarmu w pośpiechu wyszliśmy z kanału. Zaraz skierowano nas do pracy. Jak zwykle komendant wyznaczył nam palikami drogę do wykonania i poszedł na pocztę. Szybko z niej wrócił, bo okazało się, że jest zburzona. Dla więźniów przyszło wiele paczek, które trzeba było zabezpieczyć. Zająl się tym jeden z SS, który nam je potem rozdawał. Ja też otrzymałem porwaną i prawdopodobnie niekompletną paczkę, ale cieszyłem się, że w ogóle była.
Znowu nadleciały myśliwce zrzucające ulotki. Napisane było na nich w czterech językach, aby więźniowie nie uciekali podczas nalotów z obozów, ponieważ są one już zlokalizowane i nie będą bombardowane. Na potwierdzenie tego pod napisem był rysunek z rozmieszczeniem bloków, magazynów, a nawet drzew.
Po drogach i na terenie fabryki leżało dużo bomb. Niemcy początkowo myśleli, że są to niewypały. Starosta miasta zwrócił się do władz obozowych, aby zebrali więźniów minerów do rozbrajania bomb. Komendant wyznaczył 8 komand po 8 więźniów i po czterech SS. Wieczorem rozwieziono ich samochodami po zagrożonym terenie. Podczas rozbrajania zginęło całe trzecie komando, z piątego przeżył tylko jeden więzien, który wyszedł za potrzebą, i esesman, który go pilnował. Natychmiast na miejsce przyjechała komisja i stwierdziła, że są to bomby zegarowe. Zabrano stamtąd pozostałe komanda. Bomby te wybuchały całą noc.

Naloty cały czas się powtarzały, ale nie były już takie groźne. Ludzie wystraszeni co rano spieszyli do schronów, a my do roboty. Przypominało mi to wrzesień 1939, tylko teraz role się odwróciły. 2 sierpnia jedna z mijających nas kobiet powiedziała, że w Warszawie wybuchło powstanie. Słowa te zelektryzowały nas. Z utęsknieniem czekaliśmy tych słów. Jeden z SS przyniósł gazetę i dał ją raporfuhrerowi do przeczytania. Zobaczyliśmy wtedy duży napis na pierwszej stronie: Polscy bandyci napadli na żołnierzy III Rzeszy w Warszawie.

Następnego dnia nasi więźniowie pracujący w fabryce przy składaniu samolotów przynieśli na blok różne druty, blaszki. Skonstruowali z tego radio na słuchawki. Umieściliśmy je na strychu. Nasza sztuba, gdzie byli sami Polacy, była wtajemniczona. Przy drzwiach ciągle ktoś stał na straży. Teraz mieliśmy świeże wiadomości prosto z Londynu. Powstała organizacja. Wiadomości słuchał zwykle stenograf, który pracował w głównej kancelarii obozu. On pisał te wiadomości na maszynie i rozdawał wtajemniczonym, a ci swoim kolporterom i tak szło dalej. Dowódcą organizacji był mjr. Sokołowski, utworzył on sztab złożony z dziesięciu więźniów. Należałem do sztabu. Na nowo odebraliśmy przysięgę. Przez około 4 miesiące działaliśmy skutecznie. Ulotki po przeczytaniu miały być palone, jednak nie wszyscy się do tego dostosowali. Jedna z ulotek dostała się do władz obozowych i była szczegółowa rewizja na wszystkich blokach, ale na szczęście nic nie znaleziono. Radio pozostało czynne aż do wyzwolenia.

Urwała się korespondencja z Generalną Gubernią. Przestały przychodzić listy i paczki. Jeszcze w sierpniu Czesław Kornacki w imieniu mojej żony przysłał jedną. Jednak większość nic nie dostawała. Byli oni prawdziwą plagą. Gdy ktoś otrzymał paczkę, oni robili sztuczny tłok, podstawiali nogę, a gdy zawartość paczki wyleciała na ziemię, rzucali się na nią i wszystko zabierali. Utworzyliśmy milicję obozową złożoną z kilku narodowości, która ochraniała dwurzędowym szpalerem niosącego paczkę.


opracowanie
Łukasz Majewski
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo e-Sochaczew.pl




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama