Publikujemy ostatnią część wspomnień Wojciecha Pioruna (1900 - 1983) - dowódcy II plutonu VI kompanii IV batalionu AK obwodu „Skowronek”.
Pamiętnik mojego pradziadka obejmuje lata 1900-45. Jednak skupia się on w nim głównie na swojej działalności w AK i pobycie w obozach: Oświęcimiu, Mauthausen i Linz. Wspomnienia te wraz z nim spisała jego córka Czesława Maria Bugaj, i to właśnie dzięki jej uprzejmości możemy je publikować.
Część dwudziesta trzecia - ostatnia
W domu zastałem również Macieja Kalinę (Józef Zakowicz) - młodego porucznika zrzuconego tu w 1943 r. z Londynu, jako specjalistę od stacji nadawczo-odbiorczej, która działała u nas w domu.
Nie zdążyłem jeszcze ochłonąć z emocji powitań z rodziną, a tu już moi lokatorzy przyszli przywitać się i zobaczyć jak wyglądam po powrocie z obozu. W domu zastałem wszystko w porządku, z mojej najbliższej rodziny wszyscy mieli się w porządku, natomiast z moich przyjaciół i kolegów konspiracyjnych wielu już nie żyło - „Lech”- Tadeusz Turczyński, dowódca partyzantki, człowiek szalenie zdolny, który przeprowadził wiele akcji na terenie Sochaczewa, zginął ze swoją drużyną na Bronisławach. Zginęli tam również dwaj moi zastępcy oraz łącznik Zdzisław Żaczkowski, Tadeusz Dudziński „Zawieja” zginął w Powstaniu Warszawskim, por. Wacław Sosnowski „Narcyz” został w straszliwy sposób zamordowany przez UB, również wielu innych dobrych i oddanych ojczyźnie Polaków, których śmierć zatruwała mi radość po powrocie do domu.
Dowiedziałem się również, że wraz z odzyskaniem niepodległości AK rozwiązała swoje szeregi i że wszystkie pieniądze, jakimi dysponowaliśmy rozdzielono między byłych dowódców. Ja swoich pieniędzy jednak nigdy nie zobaczyłem. Prawdopodobnie przywłaszczył je sobie ktoś, kto siedział jak u Pana Boga za piecem, nie przejmując się zbytnio moją żoną i szóstką dzieci, którym by się one należały w razie mojej śmierci.
Drugiego dnia poszedłem z żoną zarejestrować się do magistratu. Zdałem swój bilet i dowód tymczasowy z Dziedzic. Po załatwieniu wszystkich formalności wyszliśmy na miasto. Dużo nieznanych mi osób zatrzymywało mnie z okrzykami radości i witali mnie jak bohatera, ciesząc się z mojego powrotu i z tego, że przeżyłem. Na oczach całego miasta byłem katowany - toteż mój powrót stał się wydarzeniem. Odwiedziłem Stanisława Buczka i Janiszewskiego, aby podziękować im za pomoc okazaną mojej rodzinie. Jeszcze tego wieczoru, w obawie przed aresztowaniem przez UB, uciekłem na dwa tygodnie do rodziny zamieszkałej w Pasikoniach. Po powrocie znowu wziąłem się do handlu. W naszym domu cały czas przebywał Maciej, który nie mógł odnaleźć swojej rodziny. Opowiedział mi, jak działająca u nas radiostacja znalazła się na podsłuchu i gdyby nie przytomność moich dzieci, akcja krwawo by się zakończyła. Dzieci zawiadomiły, że idzie pan z walizeczką w ręku, a w uszach ma coś błyszczącego i jest blisko naszego domu. Natychmiast przerwano pracę radiostacji. Panowie, a było ich kilku uzbrojonych po zęby, nakazali mojej żonie zabrać dzieci i uciekać z domu. Jednak Niemcy stracili orientację i skończyło się tylko na strachu. Po tym incydencie radiostacja została przeniesiona do Rozlazłowa.
Żona moja i córki czynnie działały w organizacji. Julia sama zarabiała na utrzymanie rodziny i jeszcze pomagała innym. Nadal odbywały się u nas narady i spotkania inspektorów i sztabu. Po moim aresztowaniu dom mój nawiedzany był kilka razy przez żandarmów. Nie mogli uwierzyć, że ja po takim biciu żyję i jeszcze piszę listy do domu. Dom mój stał się przystanią dla osób pozbawionych dachu nad głową. Był to, jak mówił „Wiesław” prawdziwie polski dom. Mówił, że jako komendant Okręgu Warszawskiego miał tylko dwa takie domy, gdzie cała rodzina była zaangażowana w pracę konspiracyjną.
Po powstaniu warszawskim w naszym domu znalazło schronienie 14 osób. Mieszkali tu aż do wyzwolenia. Moja żona była tak silna, że nawet wiadomość, iż obydwie nasze najstarsze córki znalazły się na liście na wyjazd do Niemiec, nie załamała jej. Umieściła jedną z córek, Halinę w szpitalu, gdzie włożono jej nogę w gips, a siostra zakonna Salomea przepisywała całą noc kilka kart z książeczki przyjęć, aby była umieszczona o kilka dni wcześniej. Najstarsza córka Danka w tym czasie chodziła do szkoły pielęgniarskiej w Warszawie, gdzie dyrektorem był Niemiec. Żona dotarła do niego i on wysłał takie pismo do starosty sochaczewskiego, że ten po przeczytaniu go nie chciał już oglądać ani jednej, ani drugiej córki. Po wojnie Julia za swoje zasługi otrzymała Medal Wolności i Zwycięstwa, Odznakę Grunwaldu i Krzyż Partyzancki.
Parę miesięcy później spotkałem piekarza Pinczewskiego - Żyda z pochodzenia. Padliśmy sobie w ramiona. Był bardzo szczęśliwy, że przeżyłem. Zapytał, co mam zamiar robić dalej. Gdy mu odpowiedziałem, że nie wiem, on wyjął 10.000 zł i powiedział: Nie zastanawiaj się, bierz i otwieraj sklep! Handel teraz dobrze popłaca, a pieniądze oddasz mi, jak się dorobisz na towarze. Zabrałem się do uprzątnięcia warsztatu i już w kilka dni później zacząłem znowu wyrabiać wędliny i prowadzić sklep. Pieniądze te przyniosły mi szczęście, wkrótce stanąłem na nogi. Sam nie nadążałem z robotą, dlatego zatrudniłem kilku pracowników. Teraz mając zapewnione dobre warunki materialne, poświęciłem się całkowicie pracy społecznej, bez której już nie umiałem żyć. Założyłem Związek Byłych Więźniów Politycznych, którego byłem prezesem, byłem członkiem Rady Narodowej, a także członkiem Klubu Motorowego, oraz prezesem Opieki Społecznej. Urządzaliśmy charytatywne zabawy na pomoc dla wdów i sierot oraz na potrzeby Związku. Zakupiliśmy sztandar i pobudowaliśmy dwa kioski, które zapewniły utrzymanie 2 rodzinom. Z naszych pieniędzy i z paczek UNRA urządziliśmy gwiazdkę dla wszystkich wdów i sierot całego powiatu. W roku 1947 mieliśmy 300 członków i 200 podopiecznych. Zw. B. W. P za mojej kadencji funkcjonował bardzo dobrze. Później Warszawa dowiedziała się o naszych zarobkach i zażądała, aby im je w całości przekazywać, a oni będą nimi dysponowali. To było krzywdzące i niesprawiedliwe ze strony Zarządu Okręgu. Zbuntowaliśmy się i zaprzestaliśmy urządzać zabawy. Przez jakiś czas przesyłaliśmy 20% dochodów, a później ja sam wycofałem się z tej pracy. W domu zaczęły się różne kradzieże i niepowodzenia. Wiele nieprzyjemnych i nieprzewidzianych spraw zaczęło prześladować moją rodzinę. Nie miałem już siły i chęci dalej walczyć. Pod naciskiem władz musiałem zamknąć sklep. Postanowiłem usunąć się w cień.
W roku 1952 sprzedałem plac w mieście i przeniosłem się wraz z żoną na wieś do Rokotowa, w pełni sił i zdrowia, ale zmęczony już życiem i przeciwnościami złego losu. Tam w ciszy i spokoju, zażywając uroków wiejskiego żywota, postanowiłem spisać wraz z córką, na podstawie różnych notatek, dzieje swojego życia, w którym przeszedłem tak wiele, co w tym pamiętniku częściowo opisałem.
Koniec
Sochaczew 1976 r.
opracowanie Łukasz Majewski
Za tydzień opublikujemy epilog autorstwa Czesławy Marii Bugaj, opowiadający o powojennych losach rodziny Piorunów
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze