Reklama

Z pamiętnika bitka

Tygodnik Echo Powiatu
18/07/2007 11:04

Kontynuujemy publikację wspomnień Wojciecha Pioruna (1900 - 1983) - dowódcy II plutonu VI kompanii IV batalionu AK obwodu „Skowronek”.

Pamiętnik mojego pradziadka obejmuje lata 1900-45. Jednak skupia się on w nim głównie na swojej działalności w AK i pobycie w obozach: Oświęcimiu, Mauthausen i Linz. Wspomnienia te wraz z nim spisała jego córka Czesława Maria Bugaj, i to właśnie dzięki jej uprzejmości możemy je publikować.

Część dwudziesta Bitka

Razem z dziećmi było nas 418 osób. Organizowaniem żywności i w ogóle tym wszystkim byłem strasznie wyczerpany, ale i zadowolony i szczęśliwy z tego, że od trzech dni byliśmy wolnymi ludźmi. Nazajutrz pojechaliśmy do komendy miasta po zaopatrzenie. Tam otrzymaliśmy 2 kwity - jeden na mięso, a drugi na artykuły żywnościowe. Musieliśmy zarejestrować szofera i samochód. Z magazynu otrzymaliśmy 209 paczek, oraz z głównego magazynu zapas żywności na 4 dni. Po mięso pojechaliśmy do tej samej rzeźni, do której jeździliśmy razem ze Strenkiem. Magazynier zaproponował mi tam dobrze płatna pracę, ale odmówiłem.

Wieczorem tego dnia, a był 9. maja przez megafony podano wiadomość, że Berlin poddał się i że Niemcy skapitulowali. Nareszcie ta wojna, ludzka gehenna zakończyła się. Wiedzieliśmy teraz, że już niedługo powrócimy do naszych rodzin, do Ojczyzny. Kilku więźniów przygotowało bimber. Częstowali i mnie mówiąc, że taki dzień trzeba nieźle oblać. Wypiłem trochę, ale po takim okresie niepicia bałem się spróbować więcej. Przestrzegałem i innych, ale nikt nie słuchał. Epilog tego świętowania był tragiczny. Drugiego dnia zmarło 6 osób, a dwóch straciło wzrok. Pozostali po tym przyrzekli, że już nigdy nie wezmą wódki do ust. W pierwszą niedzielę wolności poszliśmy całą kolumną do pobliskiego kościoła, podziękować Bogu i Matce Boskiej za opiekę i szczęśliwe ocalenie. Na organach grał Nałęcz - brat stryjeczny Nałęcza ps. „Tadeusz”, który w pierwszych dniach wojny przyjeżdżał do mojego domu na inspekcje. Wszyscy mieliśmy przyczepione do marynarek przypięte przez jedną panią proporczyki biało-czerwone. Nasza trójka na przedzie niosła polską flagę, za nami szły kobiety z dziećmi, dalej mężczyźni czwórkami. Szliśmy tak uroczyście na mszę jeszcze przez dwie niedziele. Trzeciej niedzieli zabroniono nam chodzić w zwartym szeregu, mogliśmy tylko chodzić małymi grupkami.
Przez cały okres naszego pobytu tam jeździliśmy do pobliskich majątków po różne rzeczy, aby urozmaicić swój jadłospis. Dostawaliśmy po 20 marek tygodniowo, więc mogliśmy sobie pozwolić na ten luksus. Swoją broń złożyliśmy z rozkazu komendy miejskiej 12. maja. Gdy oddawałem swoją broń w komendzie spotkałem mjr Sokołowskiego, Eugeniusza Żukowskiego i Janusza Wolskiego. Żukowski odtąd odwiedzał mnie często.
Tak na drobnych sprawach mijał nam dzień za dniem, a o powrocie do domu nie było mowy.
Pewnego dnia przyszedł do nas łącznik z Czerwonego Krzyża oznajmiając, że możemy napisać list do swoich bliskich, a oni pocztą lotniczą je przekażą. Mój list doszedł do domu już 5 miesięcy po moim powrocie. 16. maja pod nasz obóz podjechały 2 ciężarowe samochody z więźniami i z żołnierzami amerykańskimi. Wszyscy uzbrojeni. Jechali na obławę byłego komendanta Mauthausen, który z żoną i synem ukrywał się w lesie. Mieliśmy, jako więźniowie tego obozu, dołączyć do nich. Ja sam miałem jeszcze czyraki, których nabawiłem się tam stojąc na mrozie i śniegu przez 19 dni. Las został otoczony. Zakradliśmy się do leśniczówki. Drzewa były wysokie i grube, ale stały wąsko, więc widoczność była dobra. Spotkaliśmy około stu drwali, ale wśród nich nie było tego, którego szukaliśmy. Wypytywaliśmy też ludzi. Okazało się, że jeden z pytanych widział komendanta dwa dni wcześniej w leśniczówce oddalonej od tej o 5 km. Kiedy znaleźliśmy się blisko następnej grupy drwali, ktoś nagle wyskoczył i zaczął uciekać. Posypały się za nim strzały. Część z nas poszła do leśniczówki po żonę i 12-letniego syna. Syn należał do hitlerjugend i ćwiczył strzelanie, celując do więźniów. Wielu ich miał na swoim młodocianym sumieniu. Chwilę później przyniesiono na noszach rannego komendanta. Zawieziono go do szpitala, gdzie po 6 godzinach zmarł. Rodzinę zabrano do więzienia.

W drugą niedzielę naszej wolności zorganizowaliśmy koncert. Wzięli w nim udział bracia Zygmunt i Roman Niemczewscy z Poznania, dwóch z chóru Juranda i czterech artystów z obozu nr 21 od mjr Sokołowskiego. Impreza była udana i wszyscy z występów zadowoleni. Dostałem polecenie, aby pod płaszczykiem tej imprezy, razem z piątką innych ludzi jeździć po okolicy i spisywać wszystkich Polaków. Niektórzy młodzi Polacy już się pożenili i nie chcieli wracać do Ojczyzny. Były tu też całe polskie rodziny mieszkające z dziada pradziada, którym było tu dobrze. Po spisie okazało się, że w całej okolicy było 47800 Polaków.


opracowanie
Łukasz Majewski

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    Poziomka 2007-07-18 16:33:58

    Glupia smierc..... przezyc wojne i umrzec od wodki.....

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo e-Sochaczew.pl




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama