Kontynuujemy publikację wspomnień Wojciecha Pioruna (1900 - 1983) - dowódcy II plutonu VI kompanii IV batalionu AK obwodu „Skowronek”.
Pamiętnik mojego pradziadka obejmuje lata 1900-45. Jednak skupia się on w nim głównie na swojej działalności w AK i pobycie w obozach: Oświęcimiu, Mauthausen i Linz. Wspomnienia te wraz z nim spisała jego córka Czesława Maria Bugaj, i to właśnie dzięki jej uprzejmości możemy je publikować.
Część dziesiąta
Zaprowadzono nas na plac, gdzie leżały porozrzucane deski. Układaliśmy je w konstrukcję w kształcie trójkąta, o wysokości 15 metrów. Dwóch siedziało na górze i układało deski, reszta je donosiła. W końcu dostaliśmy obiad. Podchodziliśmy setkami i z tych naszych niemytych misek jedliśmy. Po obiedzie byłem głodniejszy niż przed. Później powróciliśmy do tej samej pracy. Co jakiś czas sprawdzali naszą obecność. Podczas jednej z kontroli okazało się, że brakuje jednego więźnia z mojej grupy. Zrobił się wielki szum i zamieszanie. Poszczególni kapo poczęli sprawdzać ludzi w swoich grupach. Uciekiniera nigdzie nie było. Przybiegł dowódca warty. Natychmiast zarządził pościg z psami, ale również to nic nie dało. Nas zaprowadzono na teren obozu. Wszyscy więźniowie stali na placu apelowym aż do godziny 23.00. Później poszliśmy do bloków. Uciekinierem był mjr Józef Niedźwiecki. Była to już jego druga próba ucieczki. Raz udało mu się zbiec, jednak znowu trafił, przez przypadek, do obozu. Gdy, trzeciego dnia po zniknięciu, uporządkowaliśmy deski, okazało się, że pod nimi była wyschnięta studnia, a w niej zgnieciona trawa i odchody. Domyśleliśmy się, że uciekinier ukrywał się tu przez dwie doby, a gdy sprawa ucichła, odszedł dalej. Nie miał nic do stracenia. Już za pierwszą ucieczkę groziła mu śmierć. Pewnego dnia przy deskach zastaliśmy 8 zabitych mężczyzn. Leżeli w jednym szeregu, ale w rożnych pozach. Podszedł do nas jeden z SS, i przez tłumacza powiedział, że każdego, kto będzie próbował uciekać, spotka taki sam los. Tego samego dnia zauważyliśmy wielką liczbę Cyganów z dziećmi przenoszących masę cegieł. Okazało się, że za karę musieli rozbierać wysiedloną wieś Olszynki. Innym razem przywieźli Żydów z Grecji. Głodni Żydzi dobiegli do stawu i najedli się zielonych bulw. Rezultat był taki, że 50 z nich od razu zmarło. Bulwy, jak się później okazało, były trujące. Współtowarzysze przy wtórze orkiestry musieli trupy ciągnąć na apel - stan liczby więźniów musiał się zgadzać. U mnie z prawą ręką było coraz gorzej. Była zaczerwieniona i bardzo bolała. Początkowo bałem zgłosić się do blokowego. Dopiero 24 maja zgłosiłem się. Zostałem wpisany na listę chorych i postawiony do raportu. Rano zaprowadzono mnie do bloku szpitalnego. Było nas tam 240 osób. Niemiecki lekarz po zbadaniu mnie, skierował mnie na operację. Operacja odbyła się przy wszystkich więźniach czekających na swoją kolejkę. Operował mnie znajomy Żyd z Sochaczewa - doktor Kapłan. Wdało się zakażenie w ręku, po wbijaniu drzazg za paznokcie. Dostałem narkozę, o którą wystarał się doktor. Po operacji zostałem wysłany do bloku nr 8. Tu na jednej pryczy spało się po dwie osoby. Musieliśmy leżeć głowa przy stopie współtowarzysza - inaczej się nie mieściliśmy. Jednak warunki i tak były lepsze niż poprzednio. Natychmiast zasnąłem. Drugiego dnia odwiedził mnie również znajomy doktor Knot z Sochaczewa. Przyniósł mi kawałek chleba. Na śniadanie dostaliśmy tylko kawę, więc ten kawałeczek chleba był dla mnie wszystkim. Po skromnych i byle jakich posiłkach wciąż odczuwałem głód. Gdy zjadłem tę kromkę chleba, doktor wypytał się mnie, jak tu trafiłem, i w ogóle co słychać. Opowiedziałem mu jak wszystkich Żydów, w tym i jego rodzinę, wzięli do getta w Warszawie. Nic mi na to nie odpowiedział. Pokiwał tylko głową i poszedł.
Na obiad dostaliśmy rozgotowaną pokrzywę zaprawioną żytnią mąką. Mieliśmy czystsze menażki i własne łyżki. Tu w bloku szpitalnym mieliśmy w ogóle więcej swobody. Moja rana źle się goiła. Przez bandaż przeciekała ropa. Doktor Kapłan sam zrobił mi opatrunek. Najpierw wycisnął mi ropę, a później nałożył nową gazę umoczoną w jodynie. Piekło mnie niesamowicie. Rana była duża i głęboka - od palca serdecznego do wskazującego. Po opatrzeniu trochę mi ulżyło. Powróciłem na swoją pryczę. Przyszedł do nas Józef Skiba z Łodzi. Porozmawialiśmy trochę, aby zabić czas. On był już tu dwa miesiące. Dostawał paczki z domu. Dał mi kawałek kiełbasy. Następnego dnia obudziłem się po raz pierwszy wypoczęty i wyspany. Zacząłem się rozglądać z ciekawością. Zauważyłem, jak z niektórych koi wyrzucano trupy na posadzkę. Leżały tak aż do wieczora. Tego dnia spotkałem felczera Zawadzkiego z Łaz, który został aresztowany razem z Gmurkiem. Był chory na krwawą dyzenterię, dwa dni później zmarł. Moja ręka nadal źle wyglądała. Była spuchnięta i ciekła z niej ropa. Kapłan z drugim francuskim lekarzem jeszcze raz ją obejrzeli i stwierdzili, że w ręku pozostały jeszcze drzazgi. Wykręcili mi rękę i Francuz wyjął mi jedną drzazgę o długości około centymetra. Zrobili opatrunek. Tym razem rana szybko się zagoiła. Na swoim bloku spotkałem pułkownika Głogowskiego, właściciela majątku Rokotów koło Sochaczewa. Wzięto go podczas łapanki. Również chorował na krwawą dyzenterię. Była to choroba brudu i niedożywienia, która dziesiątkowała ludzi w obozie. Jakby było mało prześladowań wroga, również sami więźniowie jak kapo bili nas za byle co i gnębili. Jednym z takich drani był ślepy Józek z lubelskiego. On to pewnego dnia kazał wejść całemu komando do stawu w ubraniach. Jak ktoś chciał wyjść, to był bity trzonkiem od łopaty, z którym tamten się nie rozstawał. Za takie wyczyny kapo dostawali większe porcje żywnościowe. Prawie wszyscy kapo byli podli i bezlitośni. Dobrze odżywieni, w nagrodę chodzili do bloku publicznego z kobietami różnej narodowości.
Każdego pierwszego dnia miesiąca mogliśmy pisać po niemiecku listy do rodziny. Zwróciłem się z prośbą w tej sprawie do inż. Tołłoczko. On napisał mi list po niemiecku, a ja się podpisałem. Tego dnia odwiedził mnie po kryjomu Matczak. Powiedział mi, że wszystkich przenieśli do bloku nr 1, że dodatkowo nad literą P zostaną nam dopisane litery JL. Powiedział, że będziemy odizolowani jako niebezpieczni więźniowie polityczni i nie będziemy chodzić z innymi do pracy. Blok numer 1 został odgrodzony od reszty drutem kolczastym. Ja na razie pozostawałem jeszcze w szpitalu. Zauważyłem, że jeden człowiek roznosi niektórym więźniom przed obiadem menażki. Gdy przechodził obok, rzuciłem hasło - nie było odpowiedzi. Wówczas zatrzymałem go. On zaczął wypytywać mnie do jakiej organizacji należałem i kto był głównym komendantem. Po mojej odpowiedzi przyniósł mi prawie pełną menażkę tłuczonych ziemniaków, którymi podzieliłem się z Rolnickim. Wieczorem też dostałem większą porcję chleba. Odtąd już stale otrzymywałem większe porcje. Jedzeniem dzieliłem się z innymi. Nie byłem już głodny, szybko powracałem do zdrowia. 10 czerwca z okna szpitalnego baraku obserwowałem jak z bloku nr 1 wyprowadzono więźniów pod eskortą SS i SD. Podprowadzono ich pod bramę, gdzie leżała duża góra żwiru. Kazano im przekręcić marynarkę tyłem do przodu, uchwycić dół marynarki i podchodzić po żwir. Każdemu sypano dużą łopatę żwiru. Trzeba było biegiem iść z tym około pół kilometra, wysypać żwir i wrócić po następny. Więźniowie żwir odnosili, a samochody go dowoziły. Wzdłuż całej drogi ustawieni byli SS i najgorsi z kapo. Gdy ktoś zwolnił, dostawał gumą lub kijem po plecach lub po głowie. W pobliżu stała cała świta oświęcimska zaśmiewała się z uciechy. Tak pracowali aż do apelu. Połowa z nich zmarła z wycieńczenia. Pozostali przy życiu musieli wziąć martwych i rannych i zanieść ich na plac apelowy. Ja widząc to byłem przerażony. To było moje komando, a więc taki los i mnie miał czekać. Byłem jeszcze słaby po biciu, głodzie i operacji. Majkut poradził mi, abym jak najdłużej pozostał w szpitalnym bloku i wynajdywał sobie nowe choroby. Tymczasem, widząc poprawę w stanie mojego zdrowia, kazano mi zadbać o czystość w bloku.
opracowanie Łukasz Majewski
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Z niecierpliwoscia czekam na kolejne fragmenty!!!