Kontynuujemy publikację wspomnień Wojciecha Pioruna (1900 - 1983) - dowódcy II plutonu VI kompanii IV batalionu AK obwodu „Skowronek”.
Pamiętnik mojego pradziadka obejmuje lata 1900-45. Jednak skupia się on w nim głównie na swojej działalności w AK i pobycie w obozach: Oświęcimiu, Mauthausen i Linz. Wspomnienia te wraz z nim spisała jego córka Czesława Maria Bugaj, i to właśnie dzięki jej uprzejmości możemy je publikować.
Część dziewiąta
Na Święta Wielkanocne otrzymałem pierwszą paczkę z domu. Oprócz jedzenia zawierała mały jasiek, ręcznik i mydło. Przez okienko obserwowaliśmy z nudów, cały czas bramę. Z oddali słyszeliśmy odgłosy strzelaniny, domyślaliśmy się, że to z getta. Przez bramę śmierci przechodziły całe rodziny żydowskie na rozstrzelanie. Wjeżdżały też furmanki załadowane skrzyniami z nieheblowanych desek. Były to trumny. Furmanki wyjeżdżały pod konwojem i z Pawiaka skręcały w prawo. Jak zauważyliśmy skrzynki były cały czas te same, zmieniał się tylko ładunek. Przestałem być bity. Zacząłem martwić się o dom. Z każdym dniem przybywało coraz więcej więźniów. Od nich dowiedziałem się, że był napad na samochód przewożący więźniów z Pawiaka na Al. Szucha. Cały konwój został wybity, a więźniów uwolniono. Niemcy po tej akcji stali się jeszcze bardziej okrutni. W każdą sobotę otrzymywaliśmy chleb i kawę z Czerwonego Krzyża. Chleba nie można było kroić- trzeba było rwać go palcami. Był czerstwy i kruszył się. Tu każda okruszyna była na wagę złota- toteż bardzo uważaliśmy i każdą podnosiliśmy i zjadaliśmy. Gestapo w każdą niedzielę przeprowadzało w celach inspekcję. Gdy zobaczyli, że chleb był krojony, wyprowadzali wszystkich na korytarz i urządzali ćwiczenia karne- żabki i kaczy chód. Mieliśmy zrobiony z trzonka łyżki nóż, który skrzętnie chowaliśmy przed nimi. 12 maja gestapowcy weszli do celi i odczytali listę, na której ja też się znalazłem. Kazali spakować rzeczy i podać adres domowy. Rzeczy te miały zostać odesłane do domu. Jednak moje nigdy do niego nie doszły. Ustawiono nas dwójkami, odczytano listę i zaprowadzono nas na drugi oddział. Tam już było bardzo dużo więźniów, a ciągle przybywało nowych. Zostawiono nas tam głodnych, aż do następnego dnia. Niektórzy mieli przygotowane wcześniej metalowe pręty. Ostrzyli je o posadzkę. W ten sposób przygotowywano się do ewentualnej ucieczki z pociągu. Drugiego dnia przyszło aż trzydziestu gestapowców. Znowu ustawili nas w dwuszeregu i sprawdzali listę. Stałem blisko gestapowca, zauważyłem, że moje nazwisko zaznaczone było na liście na czerwono. Zastanawiałem się co to mogło znaczyć. Ustawili nas w dwóch grupach. Ja trafiłem do mniejszej, liczącej 74 osoby. W drugiej grupie było aż 466 osób. Ze stolarni przyniesiono dwa duże kosze i kazano powrzucać tam wszystkie metalowe przedmioty. Zapowiedziano nam, że jeśli przy kimś znajdą coś metalowego, to go zabiją. Dużej grupie rozkazano zdjąć buty, skarpety i ustawić równo związane sznurkiem. Do butów przyczepiono karteczki z nazwiskiem właścicieli oraz z adresami. Mojej grupie pozostawiono buty. Podjechały cztery samochody. Gestapo odliczył po 50 osób na każdy samochód, który odjeżdżał obstawiony konwojem. Zawieziono nas na Dworzec Zachodni i wprowadzono do wagonów. Bosych zamknięto na kłódkę, w wagonach towarowych. Nas umieszczono w pulmanach, gdzie mieliśmy miejsca siedzące. W czasie podróży wolno nam było korzystać z ubikacji.
Zawieziono nas do Oświęcimia. Przed dworcem w Oświęcimiu przyjęli nas żołnierze SS. Ustawiono nas w kolumnę piątkową, a po bokach szli esesmani z psami. Krokiem marszowym, w ciemną noc, doszliśmy do bram obozu. Tuż za bramą zatrzymano nas. Blokowy Żyd zaprowadził nas do bloku nr 20. W tym bloku bez posadzki cały czas staliśmy. Ustawiono nas pod ścianą w pięciu szeregach. Blokowy cały czas przygrywał nam na starym patefonie polki, oberki i inne skoczne melodie. Mdleliśmy z głodu, pragnienia i z zaduchu. Na nasze prośby o picie, odpowiadał, że dopiero rano dostaniemy oświęcimskiej herbatki. Nad ranem wprowadzono do nas jeszcze 1000 osobowy transport ze Lwowa. Lwowiaków ustawiono po drugiej stronie baraku i zamknięto drzwi. Teraz zaduch był nie do wytrzymania. Musieliśmy załatwiać się w rogu bloku. Ludzie zaczęli masowo mdleć. Blokowy chodził między nami i nie pozwolił się nawet oprzeć. Do pomocy zawołał drugiego blokowego, który grał na starym gracie, a ten krążył wokół nas. Na nasze błagalne prośby o coś do picia, odpowiedział, że to nie wypoczynek tylko obóz. Powiedział, że tu wchodzi się bramą, a wylatuje kominem. Koledzy zasłonili mnie, abym mógł choć na chwilę uklęknąć i odpocząć. Tak pomagaliśmy sobie wzajemnie. Z palców poschodziły mi paznokcie, miałem ręce tak obolałe, że nie mogłem się do niczego dotknąć. O godzinie 5.00 blokowy Żyd wziął z naszej grupy 8 ludzi, a z lwowskiej 16 i wysłał po herbatę. Powrócili niosąc sześć beczek. Pomagali im więźniowie w pasiakach, niosąc 21 czerwonych misek. Pół miski cieczy o zielonym kolorze przydzielano na pięć osób. Po wypiciu napoju, wyprowadzono nas przed blok. Tu można było usiąść na ziemi i chwilę odpocząć. Później kazano nam ustawić się w szeregu i podchodzić do stołu. Tam jedni spisywali nasze personalia, a drudzy tatuowali nam na ręku numery. Ja otrzymałem numer 121577. Więzień, który spisywał personalia, pochodził z Sochaczewa. Nazywał się Wacław Wagner i pracował w szpitalu. Rozpoznał mnie i przestrzegł abym nie pił wody i nie przyjmował gorących płynów, gdyż są szkodliwe. Dostaliśmy worki na bieliznę i ubranie z kartką, którą mieliśmy opisać swoimi danymi personalnymi. Nago przechodziliśmy do fryzjera, który nas strzygł i golił do gołej skóry. Tu także spotkałem znajomego Żyda - rzeźnika Wiśnię. Zapytał czy nie wiem co się stało z jego rodziną. Zaczął płakać, gdy odpowiedziałem, że wszystkich Żydów zabrali do getta. Gdy mu powiedziałem, że dwie doby nic nie jadłem, przyniósł mi kawałek chleba i szybko odszedł. Więcej już go nie widziałem. W następnej szopie dostaliśmy starą i porwaną bieliznę, ubranie o wiele za duże i dwa białe paski płótna na napisanie numeru. Paski te mieliśmy przyszyć do lewego boku, przy czerwonym trójkącie, gdzie była litera P. Na plecach i na czapce, jak również na spodniach z lewej i z prawej strony, wymalowane farbą olejną były czerwone koła. Bosym więźniom dali drewniaki. Gdy już byliśmy ubrani, przyjechał wózek z obiadem. Dostaliśmy po pół litra rozgotowanej brukwi, po dwa ziemniaki ugotowane w mundurkach, oraz twarde, razowe suchary. Był wśród nas ksiądz Jankowski - on nas cały czas podtrzymywał na duchu. Po obiedzie podeszli blokowi z listami i każdy zabrał swoich. Ja trafiłem do bloku nr 16. Dostaliśmy igłę i nitkę i każdy musiał sobie przyszyć pasek z numerem do ubrania na piersi, i na lewym udzie. Na kolacje dostaliśmy około 25 gramów chleba, trochę zimnych nóżek i miskę kawy na pięciu. Po kolacji wyszliśmy dziesiątkami na plac, do apelu. Tam blokowy sprawdzał listę. W razie gdyby liczba osób nie była zgodna z listą, cały blok przechodziłby pod SS.
Zajęliśmy lewą stronę baraku. W wąskim boksie mieściliśmy się w 6 osób. Ja z Matczakiem wybraliśmy trzecie piętro, ale tam było źle i duszno. Były tam prycze zrobione z okrąglaków z sękami, z czterema bardzo zniszczonymi kocami. Dwa koce rozłożyliśmy na nieheblowane deski, a dwoma przykrywaliśmy się. Było tam miejsca na cztery osoby, a nas było sześciu. Z rana zbudził nas blokowy Żyd. Nim wyszliśmy z koi, trzeba było się ubrać i złożyć koce. Ja wstałem bardzo obolały. Rany moje jeszcze nie zdążyły się zagoić, a sęki strasznie je podrażniały. Blokowy nalał nam kawy. Starczyło zaledwie po łyku. Po śniadaniu zaprowadzono nas do ubikacji. Mieściła się w szopie - na całej długości zrobiony był kanał o głębokości metra, a nad nim deska na której się siadało. Nie było ani papieru, ani ręczników. W głębi szopy był podobny kanał. Zza ściany wystawały trzy rurki, z których bez przerwy leciała żółta ciecz. Tam więźniowie myli twarz i ręce. Po wyjściu na plac, kazano stanąć oddzielnie nowoprzybyłym. Jeden z opaską oberkapo ustawił nas piątkami, przeliczył i poprowadził do tej samej bramy, którą poprzedniego dnia weszliśmy. Rozkazał nam zdjąć czapki i iść patrząc w lewo, gdzie stał komendant warty. Do marszu przygrywała nam 72-osobowa orkiestra - ta sama, która dzień wcześniej witała nas w obozie. Za bramą stali esesmeni z psami. Podzielono naszą 540 - osobową grupę na pięć mniejszych i przydzielono do wszystkich pewną liczbę esesmanów.
rysunki i opracowanie Łukasz Majewski
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze