Reklama

Z pamiętnika Bitka - 4

Tygodnik Echo Powiatu
14/03/2007 13:04

Kontynuujemy publikację wspomnień Wojciecha Pioruna (1900 - 1983) - dowódcy II plutonu VI kompanii IV batalionu AK obwodu „Skowronek”.

Pamiętnik mojego pradziadka obejmuje lata 1900 - 45. Jednak skupia się on w nim głównie na swojej działalności w AK i pobycie w obozach: Oświęcimiu, Mauthausen i Linz. Wspomnienia te wraz z nim spisała jego córka Czesława Marianna Bugaj, i to właśnie dzięki jej uprzejmości możemy je publikować.

Maja

Część piąta

Mieliśmy tygodniowo 500 do 1000 kg mięsa. Część z tego szła na sztab powiatowy, dla rannych żołnierzy oraz dla wdów i sierot, jak również do Niepokalanowa i do Boryszewa. Za swoją działalność dostałem podziękowania z Czerownego Krzyża. Cała żywność była do mnie przywożona i u mnie wydawana. To zwracało uwagę sąsiadów i Niemców zamieszkałych po drugiej stronie ulicy. Po pewnym czasie poprosiłem Orskiego o zmianę mojej funkcji.
Była u mnie radiostacja, odbywały się też u nas tajne komplety- było to trochę za dużo jak na jeden dom. W dniu 25 stycznia 1942 roku moja żona po raz drugi złożyła przysięgę przed Orskim. Zaprzysiężone zostały również trzy moje córki: Danusia, Halina i Janka. Reszta młodszych dzieci też brała udział w różnych akcjach. Często stały na ulicy i podwórzu jako „czujki” i ostrzegały przed niebezpieczeństwem namierzenia naszej radiostacji. Pewnego dnia pod mój dom podjechała żandarmeria i obstawiła go. Do domu weszło dwóch żandarmów z zapytaniem, gdzie mieszka Franciszek Sikorski. Wskazałem im dom na podwórzu i podałem adres mieszkania. Wysłałem moją córkę, najmłodszą i chorowitą Marysię, aby poinformowała o grożącym niebezpieczeństwie. Wyszła z okrążenia i ile miała sił w nogach pobiegła do miasta oddalonego o około 2,5 kilometry. Wpadła tuż przed żandarmerią do warsztatu Sikorskiego i zdążyła go ostrzec. Sikorski wyszedł tylnymi drzwiami i uciekł. Ukrywał się do końca wojny i przeżył. W kilka lat później rodzina Sikorskiego z wdzięczności podarowała Marysi 5000 zł na gwiazdkę.

Moja prośba o zmianę funkcji została pozytywnie rozpatrzona. Mianowano mnie dowódcą II plutonu szturmowego w gminie Łazy na miejsce porucznika Freja, który został aresztowany. Drużyna była niekompletna, mieliśmy tylko 27 ludzi. Amunicji również brakowało. Pistolety ukryliśmy w dziupli starego dębu. Część amunicji ukryta była na posterunku w Łazach, parę karabinów w leśniczówce w Kampinosie. Pluton mój wcielony był w VI kompanię IV batalionu pułku Ziemi Sochaczewskiej. Co dwa tygodnie organizowano regularne ćwiczenia wojskowe. Odprawy mojego plutonu odbywały się w majątku Łazy. Moimi zastępcami byli podchorąży Pokorski i Pływaczewski, natomiast łącznikiem był Henryk Żaczkowski. Z chwilą przejścia pod rozkazy „Grota”, złożyliśmy po raz drugi przysięgę. Była ona tylko trochę zmieniona. Przysięgę składałem przed Orskim, sam odebrałem ją od całego plutonu. Po zorganizowaniu plutonu zostałem nominowany na sierżanta. W tym czasie zapoznałem porucznika „Niskiego” Niewiadomskiego. Pomimo ciągłych aresztowań szeregi AK nie malały. Na miejsce jednego aresztowanego przychodziło dziesięciu nowych. Im większe było okrucieństwo Niemców, tym my byliśmy bardziej zwarci. W kraju zaostrzył się terror, wywózki młodzieży na przymusowe roboty do Rzeszy, łapanki, aresztowania. Zabrano też moich dwóch dowódców drużyn: Stefana Więcławskiego i Owczarka. O pomoc zwróciłem się do Edka Malinowskiego. Ten załatwił sprawę z Niemcem Karolkiem, któremu miałem wręczyć 5000 zł. Chłopcy na stacji zostali uwolnieni. Po pewnym czasie wrócili do pracy w organizacji.

Spalonych ludzi z Warszawy przysyłano do nas. My ukrywaliśmy ich w różnych kwaterach. Mieliśmy takie w samym mieście, w Cypryjanach, Jeżówce i w wielu innych miejscach. Wróg nie oszczędzał również ludności wiejskiej. Nakładane były na nich coraz większe kontyngenty. Starych wieśniaków, nie mogących wywiązać się z zobowiązań, zabierano do przymusowych obozów pracy. Jeden z takich obozów był w Boryszewie. Istniała możliwość wykupu więźniów. Często zwracałem się z prośbą do Nyssena o wykup niektórych. Mówiłem, że zabrano kogoś z rodziny, lub bardzo potrzebnego pracownika, i w ten sposób udawało się wykupić niektórych.

W tym czasie z Londynu były częste zrzuty broni, pieniędzy i dobrze przeszkolonych ludzi. Odpowiedzialnymi za zrzuty na naszych ziemiach byli „Mścisław” i „Lech”. Oni magazynowali i wydawali broń. Za nadawanie zaszyfrowanych raportów i obsługi radiostacji odpowiadali „Zawieja” i „Maciej”.

Zdarzyło się, że musieliśmy wykonać wyrok śmierci na naszym człowieku. W magazynie, gdzie kierownikiem był „Karolek”, powstało manko w wysokości 100 000 zł. Groził mu obóz koncentracyjny. Zwrócił się do komendanta i zagroził, że jak mu nie pomoże, to wyda całą organizację. Komendant radził mu przeprowadzić się do innego województwa. Nie zgodził się. Organizacja bojąc się wsypy zmuszona była wyrok wykonać. Była to śmierć niepotrzebna. Strach i nerwy były straszne i były przyczyną wielu takich wydarzeń. Byliśmy tą śmiercią bardzo wstrząśnięci.

Razem z Pokorskim i Pływaczewskim chodziliśmy co dwa tygodnie na szkolenia. Dowódcy i inspektorzy wojskowi przygotowywali swoje plutony do zbrojnego wystąpienia. Mieliśmy we Włochach koło Warszawy tajną zbrojownię. Z niej otrzymywaliśmy broń i amunicję. Pewnego razu dostaliśmy przesyłkę z rzekomymi kaflami piecowymi dostarczoną pociągiem towarowym. Były to granaty, których nośność mieliśmy wypróbować. Cały powiat obstawiony był „czujkami”. Rozstawieni byli też specjaliści, którzy mierzyli siłę i czas detonacji.

Na terenie Sochaczewa i Łowicza słychać było w tym czasie o „Kubie”- Stanisławie Gaciu z powiatu łowickiego. Należał on do ZWZ i po połączeniu wszystkich organizacji w AK, nie podporządkował się i przeszedł na partyzantkę. Napadł na posterunek w Rybnie, zdobywając broń i amunicję. Pod płaszczykiem współpracy z „Kubą” powstała masa organizacji o charakterze rabunkowym. Bandy nocą napadały na gospodarzy, zabierając wszystko co się dało. Przez wsie przeszedł strach. Ludzie zaczęli sami organizować się, tworząc „czujki”, straż zaopatrzoną w widły, siekiery i kije. Chłopi pilnowali gospodarstw całą noc na zmianę. Gdy „czujki” dały znać, chłopi wyskakiwali z tym co mieli pod ręką i na miejscu zabijali rabusia. Jedną z ofiar takiego pościgu był Stanisław Rednowski, którego chłopi za skradzioną krowę zarąbali na śmierć. Niemcy również srogo tępili rabusiów i złodziei. Jedna z takich band grasowała na terenie Łowicz - Leonów - Kozłów Biskupi, z siedzibą w Malesinie u Smułków. Za skradzione rzeczy urządzali sobie libacje. Trwało to do momentu, w którym pewnej nocy Niemcy otoczyli dom i wszystkich uczestników libacji wyprowadzili na podwórze i rozstrzelali. Dom został spalony. Ocalał tylko jeden mężczyzna, którego puszczono wolno.

Niemcy urządzali różne prowokacje: podstawiony mężczyzna czytający na stacji gazetkę AK, niby wysiedlony Polak na siłę poszukujący kontaktów. Jednym z prowokatorów był kasjer z Szymanowa - Rafalski. Zdobył zaufanie sochaczewskiej inteligencji i na nią donosił. Niemcy otoczyli Sochaczew i aresztowali 40 osób i prawie wszystkich pod Szymanowem zabili. Na Rafalskiego został wydany wyrok śmierci. Dwa razy w krótkim odstępie czasu egzekutorzy posłali w jego ciało cały magazynek, mimo to przeżył. Po drugim zamachu żandarmi wywieźli go w niewiadome miejsce. Po wyzwoleniu został rozpoznany jako UB-ek.

W swoich szeregach mieliśmy też żandarma. Był to Polak z pochodzenia. Matka jego, kiedy był małoletni, zapisała go na listę volksdeutchsów. Gdy skończył dwadzieścia lat, dostał się do wojska, przeszedł szkolenia i znalazł się w Sochaczewie. On to informował nas o wszystkich posunięciach żandarmerii. Wielu ludzi, nie wiedząc nawet o tym, zawdzięczało mu życie. Donosił o wszystkich anonimach, a my w porę uprzedzaliśmy ludzi. Nie wiem co się z nim stało, do czasu mego aresztowania służył w żandarmerii.

opracowanie i rysunki
Łukasz Majewski

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo e-Sochaczew.pl




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama